Bannery górne wyróżnione

Bannery górne

A+ A A-

Serblin & Son Frankie Plus

Serblin & Son Frankie Plus

Choć wśród projektantów sprzętu grającego nie brakuje ekscentryków, szaleńców i oszołomów, niewielu zdołało swoimi oryginalnymi pomysłami zadziwić świat do tego stopnia, aby ich nazwisko było kojarzone równie dobrze, a w niektórych kręgach nawet lepiej niż firma, pod której skrzydłami działali. Nawet jeśli uważacie się za doświadczonych audiofilów, założę się, że mielibyście problem z dopasowaniem nazwisk konstruktorów do znanych wszystkim marek, o ile oczywiście nie jest to jedno i to samo, jak w przypadku Cardasa, McIntosha, Kimbera czy Dana D'Agostino. Zdziwiłbym się jednak, gdybyście - mając się za audiofilów - nie wiedzieli, kim był i co takiego stworzył Franco Serblin. Niestety nie miałem okazji go poznać, ale musiał to być niezwykle utalentowany i charyzmatyczny jegomość. Melomani szaleli za jego kolumnami, a koledzy po fachu albo szczerze podziwiali, albo kompletnie lekceważyli jego projekty. Nie jest tajemnicą, że Franco miał w głębokim poważaniu parametry i pomiary. Podczas gdy konkurencja zmierzała w stronę projektowania komputerowego, próbując rozwiązać wszystkie problemy związane z reprodukcją dźwięku za pomocą nauki, założyciel firmy Sonus Faber polegał na własnych uszach i skupiał się na tym, co podpowiadała mu intuicja. Miał wrodzony talent i ufał mu bezgranicznie. Tworząc swoje kolejne dzieła, wolał słuchać niż analizować wykresy. To, że stworzone przez niego zestawy głośnikowe wyglądają wspaniale i do dziś budzą podziw swoją formą, nie ulega wątpliwości. O wiele ważniejsze jest jednak to, czego nie widać na zdjęciach - dźwięk. A ten zdaniem większości audiofilów jest wyjątkowy, hipnotyzujący, niepowtarzalny. Nic dziwnego, że dzieło pana Serblina jest dziś kontynuowane i to nie tylko przez firmę, której poświęcił ponad trzydzieści lat, ale także przez inne, mniejsze manufaktury założone i prowadzone przez jego krewnych. Jedną z nich jest Serblin & Son.

Uważni czytelnicy z pewnością zauważą, że sprawa wydaje się lekko zagadkowa. Po pierwsze, nazwisko legendarnego konstruktora powinno jednoznacznie kojarzyć się z kolumnami, a tymczasem do testu dostaliśmy wzmacniacz zintegrowany. Po drugie, kim dokładnie jest ów Serblin, a kim jego syn? Czy to tylko przypadkowa zbieżność nazwisk? Nie, ale aby to zrozumieć, musimy zacząć od początku. Franco, a właściwie Gianfranco Serblin, był synem chorwackiego żołnierza marynarki wojennej Ivana Srblina, który wraz z żoną, Antoniettą Banovaz, wyemigrował z Istrii do Włoch, a konkretnie do położonego w bliskim sąsiedztwie swojej ojczyzny Triestu. Para doczekała się aż siedmiorga synów, z których najmłodszy był właśnie Gianfranco, urodzony w 1939 roku w Vicenzie. Można się domyślać, że ze względu na trudność w wymowie ich nazwisko zostało odrobinę zmodyfikowane albo przez włoskich urzędników, albo na prośbę samych rodziców. Franco uwielbiał muzykę i dźwięk, a do tego musiał uważnie przyglądać się pracom rzeźbiarzy i mistrzów stolarki, ale jego pierwsze znane na całym świecie dzieło powstało dopiero w 1980 roku. Mowa oczywiście o zestawie głośnikowym Snail Project, składającym się z subwoofera i wystających z niego, niczym oczy ślimaka (stąd nazwa), satelitach. Kupno oryginalnego "ślimaka" graniczy dziś z cudem, ponieważ zbudowano zaledwie dziesięć egzemplarzy tego niezwykłego systemu. Wystarczyło to jednak, aby zdobyć rozgłos. Trzy lata później Franco Serblin założył firmę Sonus Faber i w tym momencie musimy przesunąć pasek przewijania do przodu, ponieważ przybliżenie historii i produktów tej marki to temat na osobny artykuł. W 2006 roku, po 33 latach pracy w założonej przez siebie firmie, Franco opuścił ją, aby wrócić do korzeni i zająć się tworzeniem kolumn w bardziej, nazwijmy to, butikowy sposób. W lutym 2007 roku Sonus Faber został sprzedany włoskiemu holdingowi Quadrivio, który rok później przejął również markę Audio Research. Tymczasem Franco już trzy lata później zaprezentował wyjątkowe kolumny o nazwie Ktêma, a zrobił to - a jakże - pod własnym imieniem i nazwiskiem. Włoski konstruktor zmarł w Vicenzie w 2013 roku, w wieku 73 lat, jednak jego dziedzictwo jest kontynuowane, a w ofercie marki Franco Serblin można obecnie znaleźć pięć modeli kolumn - Ktêma, Accordo, Accordo Essence, Accordo Goldberg i Lignea.

Druga, mniej znana firma do pewnego stopnia bazująca na tej historii to właśnie Serblin & Son. Wbrew temu, co sugeruje nazwa, nie prowadzi jej jednak syn, ale bratanek Franco Serblina, Fabio. Talent do konstruowania sprzętu audio ujawnił się u niego nawet wcześniej niż u stryja, ponieważ projektowaniem i budowaniem komponentów elektronicznych zajmował się już w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a więc dokładnie wtedy, gdy rodziła się firma Sonus Faber. Pierwszą dostępną komercyjnie konstrukcją stworzoną przez bratanka jej założyciela był zresztą wzmacniacz Sonus Faber Quid (1986-1992). Po kilku latach współpracy z wujem Fabio postanowił pójść własną drogą, zakładając firmę o nazwie Fase Evoluzione Audio. Ma ona na koncie wiele udanych konstrukcji, takich jak chociażby wzmacniacz zintegrowany Performance 1.0 czy zestaw dzielony złożony z przedwzmacniacza Controlsource 1.0 i końcówki mocy Powersource 1.0. W ofercie Fase pojawiły się nawet odtwarzacze CD. Jeśli spojrzmy na archiwalne zdjęcia modelu Laserdrice 301b i wzmacniacza Performance 301t, dojdziemy do wniosku, że taka wieża wyglądała prawie jak system Krella KAV-280CD/KAV-300iL (choć cena była zupełnie inna). Fabio zajmował się także projektowaniem sprzętu hi-fi dla innych marek oraz importowaniem ciekawych, ale mało znanych urządzeń do Włoch. W pewnym momencie historia Fase Evoluzione Audio się urywa, ale w październiku 2019 roku, po ponad dziesięciu latach przerwy w działalności firmy, ukazał się wzmacniacz zintegrowany Frankie. Jego nazwa jest oczywiście hołdem dla Franco Serblina, a dodatkowo Fabio, poniekąd odcinając się od swoich wcześniejszych osiągnięć, zdecydował się powołać do życia nową markę - Serblin & Son. Cennik otwiera wzmacniacz zintegrowany Performer, dostępny w wersji zwykłej i sieciowej (odpowiednio 6900 i 7800 zł), szczytową pozycję zajmuje zestaw złożony z hybrydowego przedwzmacniacza Frankie Hybrid Preamplifier (16800 zł) i monofonicznych końcówek mocy Frankie Monoblock (18900 zł/para), natomiast trzonem oferty jest integra Frankie, dostępna w aż pięciu różnych wersjach (od 11400 do 15450 zł).

Serblin & Son Frankie Plus

Wygląd i funkcjonalność

Dawno nie miałem takiego problemu z wyborem modelu, który powinienem przetestować. Początkowo kusiła mnie wersja podstawowa, ale ponieważ za stosunkowo niewielką dopłatą producent dokłada przetwornik cyfrowo-analogowy, a nawet moduł strumieniowy, nie mogłem nie sprawdzić, czy te gadżety spełniają swoją funkcję nie tylko w kategoriach "działa" lub "nie działa", ale jako sensowne rozszerzenie funkcjonalności wzmacniacza z punktu widzenia audiofila. Różnica w cenie jest w zasadzie kosmetyczna, ponieważ w bazowym wydaniu Frankie kosztuje 11400 zł, za wersję z przetwornikiem, Frankie EX, zapłacimy 11900 zł, a odmianę ze streamerem wyceniono na 13000 zł. Wobec tego, ze za 1600 zł ciężko jest w tym momencie kupić jakikolwiek sensowny odtwarzacz sieciowy pełniący również funkcję przetwornika, postanowiłem sprawdzić, jak maleńka, włoska manufaktura poradziła sobie z tym zadaniem (wielu utytułowanych producentów wzmacniaczy wciąż omija ten temat, zmuszając użytkowników do zakupu źródeł konkurencji - sam fakt, że Serblin & Son podjął to wyzwanie, zasługuje na szacunek).

Nawet wybierając podstawową wersję testowanego piecyka, oprócz zwykłych wejść analogowych w standardzie RCA i XLR dostaniemy przedwzmacniacz gramofonowy. I to nie byle jaki, bo współpracujący z wkładkami MM i MC, a do tego umożliwiający dokładne dostrojenie parametrów pracy za pomocą maleńkich przełączników hebelkowych. Dodajmy do tego piękną obudowę utrzymaną w typowo włoskim stylu i solidny układ wzmacniający z klasyczną końcówką mocy zapewniającą 75 W na kanał przy 8 Ω w klasie AB oraz tradycyjny zasilacz oparty na sporym transformatorze toroidalnym, a powoli maluje nam się obraz wzmacniacza, który wielu melomanów chciałoby mieć, tylko nie może, bo takowe albo już nie istnieją, albo kosztują tyle, że szkoda gadać.

Oprócz wymienionej trójki istnieją także dwie znacznie mocniejsze odmiany Frankie D1000 EX (z przetwornikiem) i Frankie D1000 Plus (z przetwornikiem i streamerem), oferujące moc 250 W na kanał w klasie D. I tutaj już Serblin & Son nieśmiało wchodzi w rejony, w których wielu producentów porusza się już od dłuższego czasu - zamiast porządnego, ciężkiego, klasycznego wzmacniacza wsadzić do środka jakieś leciutkie, ekologiczne, przełączane miliard razy na sekundę diabelstwo, wyglądające jak karta graficzna wyjęta ze starego komputera, a cenę dla pewności podnieść, żeby klienci wiedzieli, że to jest właśnie model lepszy, a nie gorszy. Naturalnie, teraz już delikatnie dogryzam fanom tej technologii, aczkolwiek mam wrażenie, że w ciągu ostatnich kilku lat zdążyła ona dojrzeć, co pokazują takie urządzenia jak Lyngdorf TDAI-1120 czy NAD M23. Nie dziwię się tym, którzy wybrali taki wzmacniacz świadomie, wiedząc, że właśnie takie brzmienie im odpowiada, a posiadane przez nich kolumny dobrze dogadują się z nowoczesnymi piecykami. Mimo to coś mi podpowiada, że w przypadku opisywanej integry lepiej będzie zacząć od klasy AB, zostawiając sobie wersję z dopiskiem "D1000" na wypadek, gdyby 75 watów na kanał okazało się niewystarczające.

Frankie to piękny wzmacniacz - dokładnie taki, jakiego spodziewalibyśmy się po skromnej, włoskiej manufakturze. Wszystko zostało tu zaprojektowane ze smakiem i starannością, ale widać też coś innego - całkowity brak części pachnących taniochą i masówką. Bądźmy szczerzy - dziesięć tysięcy złotych dawno nie jest już kwotą gwarantującą wejście choćby do przedsionka hi-endu, a w dzisiejszych czasach jest to budżet, w którym trzeba się godzić na kompromisy jakościowe. W wielu urządzeniach za te pieniądze zobaczymy ewidentne braki w wyposażeniu, nóżki nadające się tylko do natychmiastowej wymiany na coś lepszego, tandetne gniazda, elementy z tworzywa sztucznego udającego metal, a pilot zdalnego sterowania, jeśli w ogóle jest, będzie prawdopodobnie niewiele ładniejszy od tego, który dostaniemy w komplecie z najgorszym dekoderem telewizji satelitarnej. Tymczasem Frankie to piecyk z zupełnie innej galaktyki. W porządku, może i nie jest potwornie wielki (co dla wielu użytkowników będzie zaletą - taki klocek zmieści się na typowej komodzie pod telewizorem), ale swoje waży, a przede wszystkim został wykonany ze świetnych materiałów i z ogromną dbałością o szczegóły.

Wszystko, czego tu nie dotkniemy, jest prawdziwe, masywne, pełne w środku, a cały wzmacniacz sprawia wrażenie niebywale solidnego. Obudowa ma strukturę kanapkową. Wnętrze z frezowanego orzecha włoskiego zostało zamknięte między dwiema aluminiowymi płytami o grubości 6 mm. Mimo że wzmacniacz jest typowym prostopadłościanem, wszędzie widać zaokrąglenia, a nawet drobne frezy. Pod otworami wentylacyjnymi w pokrywie widać chromowaną płytkę, zapobiegającą przedostaniu się do środka brudu lub nawet drobnych przedmiotów. W chłodzeniu układu elektronicznego pomagają też wycięcia w drewnianych panelach, przez które widać zamontowane wewnątrz czerwone diody. Nawet nóżki są niezwykle estetyczne, ale kwintesencją włoskiego stylu jest aluminiowy pilot, który świetnie leży w dłoni i którego nabywcom tego wzmacniacza będą zazdrościli nawet niektórzy właściciele piecyków wartych kilka razy więcej. Podczas sesji zdjęciowej dokładnie obejrzałem "Franka" z każdej strony i przepraszam, ale jeśli chodzi o jakość wykonania, nie mam się do czego przyczepić. Gdyby to zależało ode mnie, pokrętła na przednim panelu byłyby matowe, takie jak pokrywa, bo chromowane są śliskie i widać na nich nie tylko każdy odcisk palca, ale i każdą drobną ryskę (jeśli będziecie czyścili je czymś innym niż ściereczki do okularów, takowe prędzej czy później się pojawią). Generalnie jednak odniosłem wrażenie obcowania ze sprzętem z najwyższej półki, tyle że w formacie klasycznego, kompaktowego wzmacniacza, którego nie trzeba podnosić wózkiem widłowym.

Jeśli chodzi o obsługę włoskiego piecyka, można powiedzieć, że również jest typowo włoska - teoretycznie wszystko jest proste, ale po chwili zaczynają się schody i trzeba spojrzeć do instrukcji obsługi, aby dowiedzieć się, co autor miał na myśli. Po pierwsze, gdzie jest włącznik? Na tylnym panelu mamy tylko gniazdo zasilające bez przycisku, na przedniej ściance zamontowano dwa pokrętła, a oprócz tego pusto. Może przycisk umieszczono w podstawie? Nie. Może którąś z chromowanych gałek trzeba wcisnąć? Nie. Okazuje się, że wystarczy w tym celu wykonać ruch lewym pokrętłem w prawo. Wówczas wzmacniacz obudzi się do życia, sygnalizując to miganiem czterech diod LED umieszczonych między pokrętami. Intrygujący jest również fakt, że żadna z dwóch gałek nie została opisana. Obie obracają się dookoła, nie posiadają żadnego punktu orientacyjnego w stylu nacięcia, kropki lub diody ale to jeszcze nic, ponieważ Frankie de facto nie ma żadnego systemu pozwalającego użytkownikowi ustalić, jaki jest aktualny poziom głośności. Jeżeli myśleliście, że służą do tego cztery diody umieszczone między pokrętłami, jesteście w błędzie. Ich rola ogranicza się bowiem do informowania nas o wybranym wejściu, a także o dotarciu do początku skali potencjometru - kiedy to zrobimy, wzmacniacz rozpocznie procedurę przejścia w tryb czuwania. Czyli jeszcze raz - wzmacniacz włączamy poprzez obrócenie pokrętła głośności w prawo (domyślny poziom wysterowania to około 20%), następnie wybieramy źródło drugim pokrętłem, obserwując cztery diody świecące się w różnych konfiguracjach i dwóch kolorach (białym i czerwonym), później ustawiamy poziom decybeli na ucho, a gdy dojdziemy do zera, wszystkie cztery diody znów zaczną migać, a po sześciu sekundach urządzenie się wyłączy. W tryb czuwania Frankie przechodzi również, gdy przez 20 minut nie wykryje sygnału na wejściu. Taaak, jeżeli mieliście jakiekolwiek wątpliwości, teraz powinniście mieć już stuprocentową pewność, że mamy do czynienia ze sprzętem zaprojektowanym i zbudowanym we Włoszech. Wystarczy jednak spędzić z tym piecykiem trochę czasu, aby się do jego dziwactw przyzwyczaić, a nawet je docenić.

Podczas sesji zdjęciowej dokładnie obejrzałem "Franka" z każdej strony i jeśli chodzi o jakość wykonania, nie mam się do czego przyczepić. Odniosłem wrażenie obcowania ze sprzętem z najwyższej półki, tyle że w formacie klasycznego, kompaktowego wzmacniacza, którego nie trzeba podnosić wózkiem widłowym.

Tylna ścianka opisywanego wzmacniacza jest nie tylko piękna, ale przemyślana. Na pierwszy rzut oka widać, że Fabio Serblin nie oszczędzał na gniazdach. Zdziwienie budzą jedynie terminale głośnikowe w formie otworów akceptujących wyłącznie wtyki bananowe, ale jeśli mam być szczery, wątpię, aby użytkownicy tego piecyka chcieli skorzystać z widełek. Dodatkowo takie gniazda, charakterystyczne dla wzmacniaczy niektórych firm brytyjskich, takich jak Naim czy Exposure, bardzo dobrze sprawdzają się, gdy każdy centymetr jest na wagę złota - na przykład wtedy, gdy zechcemy ustawić sprzęt w typowej szafce RTV. Ich producenci raczej nie biorą pod uwagę tego, że komukolwiek przyjdzie do głowy wciskać w nie coś innego niż dekoder, konsola lub mały amplituner, w związku z czym znalezienie głębokiej komody, z której w sensowny sposób będzie można wyprowadzić kable, graniczy z cudem. Tymczasem Frankie mierzy 7,8 x 43 x 31,7 cm (W x S x G), więc nawet zostawiając 4-5 cm na kable, aby nie wyginać ich zbyt mocno, wystarczy nam półka o głębokości 36-37 cm. Należy jedynie zadbać o właściwą wentylację, ale i to nie powinno być problemem. Wszystkie gniazda RCA to solidne, złocone złącza z dużymi nakrętkami, więc nawet podczas podłączania grubych interkonektów nie powinniśmy obawiać się, że coś nam się zewrze, wygnie lub złamie. Wejścia najlepiej opisać po kolei. Numer jeden to wejście gramofonowe, z własną "obstawą" w formie uziemienia, przełącznika trybu pracy (MM/MC) i dwóch paneli zawierających po 6 hebelków, służących do ustawienia pojemności (100 lub 150 pF) i impedancji obciążenia (od 100 Ω do 47 kΩ). Numer dwa to wejście zbalansowane (XLR), a "trójka" i "czwórka" to klasyczne wejścia RCA. Istnieje jeszcze kolejne wejście analogowe, tym razem w formie 3,5-mm jacka. Umieszczono je między prawym a lewym gniazdem wejścia oznaczonego numerem cztery. Rozumiem, że należy z nich korzystać wymiennie. Chcąc pobawić się zewnętrzną końcówką mocy lub uzupełnić system subwooferem, możemy skorzystać z wyjścia pre-out w takim samym standardzie i również z "zapasowym" jackiem między gniazdami RCA. Co ciekawe, wejście phono możemy całkowicie wyłączyć za pomocą szarego przycisku zamontowanego pod zaciskiem uziemiającym. Po drugiej stronie, z dala od wrażliwych na zakłócenia sygnałów, znalazło się dwubolcowe gniazdo zasilające IEC. Ładnie, logicznie, a do tego naprawdę bogato.

Gdybym wziął do testu podstawową wersję tego wzmacniacza, wyposażenie tylnego panelu mielibyśmy omówione, ale w najbardziej rozbudowanej odmianie mamy do dyspozycji jeszcze kilka gadżetów - dwa wejścia cyfrowe (koaksjalne i optyczne), gniazdo USB typu A oraz to, co najważniejsze - gniazdo LAN. Szkoda, że producent nie przewidział jeszcze gniazda USB typu B, pozwalającego podłączyć wzmacniacz bezpośrednio do komputera, ale biorąc pod uwagę naprawdę symboliczną dopłatę za te dodatki, nie ma co wybrzydzać. Na stronie producenta znalazłem informację, jakoby Frankie Plus miał również Wi-Fi i Bluetooth. Na temat możliwości gniazda USB zeznania były sprzeczne - w instrukcji obsługi napisano, że pełni ono jedynie funkcję zasilacza, natomiast na stronie internetowej jest napisane, że po podłączeniu pamięci flash lub dysku będziemy mogli odtwarzać pliki MP3, AAC, Vorbis, Opus, PCM, WMA, AC3, FLAC, ALAC, APE i WavPack. Spróbujmy zatem rozszyfrować to po kolei. Wi-Fi rzeczywiście jest. Bluetooth też, ale służy tylko do komunikacji między wzmacniaczem a aplikacją pełniącą funkcję pilota (o tym za chwilę). Odczyt plików z pamięci USB również jest możliwy, ale nie jest to najbardziej intuicyjna funkcja, z jakiej przyszło mi korzystać. Trzeba po prostu wiedzieć, jak to zrobić albo uważnie przeczytać instrukcję obsługi, a nie tylko spojrzeć na zrzuty ekranu, odpalić aplikację i poruszać się po niej po omacku.

Aby obsłużyć wzmacniacz za pomocą smartfona lub tabletu możemy skorzystać z dwóch aplikacji dostępnych zarówno na iOS, jak i Androida. Pierwsza to typowy pilot, dający nam dostęp do podstawowych funkcji urządzenia. Zainstalować można, ale szczerze mówiąc, nie spodziewam się, aby akurat ta apka zainteresowała klientów najbardziej. Druga jest bowiem bardziej zaawansowana i pozwala nam dobrać się do ustawień streamera, a także ma całkiem rozbudowaną sekcję radia internetowego. Owa lepsza aplikacja nazywa się AirLino i została opracowana przez niemiecką firmę LinTech. Nie jest to więc oprogramowanie stworzone specjalnie dla tego wzmacniacza, ale działa. I to zaskakująco dobrze. Apka jest całkiem przyjemna i lekka - wszystko odpala się szybko i bezboleśnie. Serblin & Sons obiecuje możliwość odtwarzania muzyki z takich serwisów jak Spotify, TIDAL i Qobuz, ale sądziłem, że będzie to zrealizowane w jakiś dziwny sposób, w stylu ręcznego dodawania playlist do zasobów widocznych w AirLino. Ale nie. Spotify Connect? Działa. TIDAL Connect? Niespodzianka - działa. Serwis rozpoznaje wbudowany w integrę streamer, choć tym akurat producent się nie chwalił. Może wobec tego Frankie pojawi się również na liście urządzeń dostępnych w Roonie? I proszę, jest! Nie wiem, ilu posiadaczy tego wzmacniacza zdecyduje się skorzystać z oprogramowanie, za które trzeba płacić 49 zł miesięcznie, ale cieszy sam fakt, że taka możliwość istnieje. Tak samo wygląda to w przypadku Audirvany. Zero problemów. Jedynym małym minusem jest to, że po przejściu z innych źródeł na streamer i odczekaniu kilku, może kilkunastu sekund, w głośnikach pojawia się krótki "dżingiel", potwierdzający przyłączenie się urządzenia do sieci i gotowość do pracy. Takie powiadomienia kojarzą mi się raczej z głośnikami bezprzewodowymi niż audiofilskim sprzętem, ale jeśli cały ten moduł cyfrowy, z przetwornikiem i streamerem, kosztuje 1600 zł i obsługuje właściwie wszystko, czego potrzebujemy, wybaczyłbym mu nawet to, gdyby po każdym uruchomieniu witał się ze mną serią wyzwisk lub przerywał odsłuch co pół godziny, aby opowiedzieć mi "dowcip" w stylu AI.

Wisienką na torcie jest oczywiście pilot zdalnego sterowania i tu kolejna ciekawostka, ponieważ w chwili obecnej jest to akcesorium endemiczne dla naszego rynku. To, że metalowy sterownik jest piękny, to fakt, ale Włosi wykonali go na prośbę polskiego dystrybutora i póki co w innych krajach jest on nieznany. Nie pierwszy raz słyszę, że polscy klienci przywiązują dużą wagę nie tylko do funkcjonalności, ale i wyglądu pilota, którym obsługują sprzęt hi-fi, więc w ogóle mnie to nie dziwi. Bardziej zastanawia mnie to, że Fabio Serblin nie wpadł na to sam, ponieważ włoskie firmy, takie jak Pathos, Unison Research czy Audio Analogue, słyną z ciekawych, oryginalnych, najczęściej też wyjątkowo pięknych "leniuchów", a tutaj standardowo dostalibyśmy albo kawałek brzydkiego plastiku z gumowymi przyciskami, albo nic. Maleńkim minusem metalowego pilota, który wraz ze wzmacniaczem otrzymają polscy melomani, jest fakt, że czasami trzeba się zabawić w snajpera, aby sprzęt wykonał nasze polecenie. Nie jest to jednak przesadnie uciążliwe, bo kiedy tylko zorientowałem się, że mogę skorzystać z TIDAL-a, a nawet Roona, energicznym ruchem przekręciłem gałkę w prawo, a później korzystałem niemal wyłącznie z suwaka w aplikacji.

Serblin & Son Frankie Plus

Brzmienie

Już po kilku, może kilkunastu minutach odsłuchu naszła mnie myśl, że nawet gdyby opisywany wzmacniacz dotarł do naszej redakcji w szczelnie zaszytym worku z otworami na kable, pokrętła i otwory wentylacyjne, zapytany o kraj jego pochodzenia obstawiałbym, że mam do czynienia ze sprzętem zaprojektowanym i zbudowanym we Włoszech, ewentualnie w Polsce, ponieważ wiele wskazuje na to, że naszym rodakom taka charakterystyka brzmieniowa bardzo się podoba. Pod wieloma względami Frankie wpisuje się w styl, któremu hołdują takie marki jak Unison Research, Pathos, Audio Analogue czy Gold Note. Dźwięk jest pełny, muzykalny, plastyczny, ale też wystarczająco szybki, dynamiczny i szczegółowy. W pierwszej chwili trudno stwierdzić, która frakcja jest silniejsza, bowiem z naszego punktu widzenia nie ma tu wyniszczającej wojny między elementami lampowo-analogowymi a tranzystorowo-cyfrowymi. Muzyka jest traktowana jako całość, a jeśli nasza uwaga kierowana jest na jakiś konkretny kawałek tej układanki, to tylko dlatego, że wzmacniacz ma w danym aspekcie coś ciekawego do zaproponowania i z pewnością warto się nad tym pochylić. Mogą to jednak być pierwiastki z zupełnie innych galaktyk. Wydaje mi się, że najczęściej zwracałem uwagę na połączenie przyjemnego zabarwienia średnich tonów i dynamiki, ale wystarczy sięgnąć po inne nagranie, a dojdzie do tego zaskakująco potężny bas lub trójwymiarowa stereofonia.

Najogólniej rzecz ujmując, mógłbym stwierdzić, że Frankie Plus to typowy przedstawiciel gatunku ciepłych tranzystorów, ale byłoby to duże uproszczenie, ponieważ niektóre wzmacniacze zaliczane do tego grona na dłuższą metę grają nudno, zawsze tak samo, natomiast tutaj jest jeszcze pewne pole manewru. Od razu wytłumaczę, że włoska integra nie ma problemów z własną tożsamością i nie powinna zaskoczyć nas całkowitymi wariactwami, z niewiadomych przyczyn pewnego dnia fundując nam ostry, przejaskrawiony, klinicznie chłodny dźwięk, ale w ramach przyjętej estetyki zostawia sobie mały zapas, aby móc wykrzesać z siebie coś ekstra i pozytywnie nas zaskoczyć. Cieszy także, że konstruktor nie przesadził z ciepłem, dawkując je tak, aby było słyszalne, ale nie prowadziło do przesłodzenia, spowolnienia czy kluchowatości. Frankie jest żwawym, mocnym wzmacniaczem, który po prostu ma przyjazne usposobienie i nie lubi pastwić się ani nad nagraniami, ani nad słuchaczami. Jest jak duży pies, który gdyby tylko chciał, pewnie mógłby zerwać się ze smyczy i zagryźć pół osiedla, ale nigdy tego nie zrobi, bo woli biegać za piłką i wystawiać się do głaskania. Nie sposób go nie lubić.

Ja również szybko zaprzyjaźniłem się z włoskim piecykiem, więc bez zbędnych ceregieli przystąpiłem do etapu sprawdzania jego możliwości w nieco trudniejszych warunkach. Zamieniłem Audiovectory QR5 na nieco bardziej wymagające monitory Equilibrium Nano i zmieniło się tylko tyle, że musiałem ciut mocniej przekręcić potencjometr w prawo, aby osiągnąć ten sam poziom głośności. Dźwięk pozostał naturalny, spójny, przyjemnie ciepły, delikatnie zaokrąglony w wyższych rejestrach, ale mocny, zdecydowany, zbudowany na solidnej podstawie basowej, a do tego niezwykle przestrzenny. Stereofonia jest tutaj kluczowym elementem wchodzącym w pakiet owego "zapasu na pozytywne zaskoczenie słuchacza". Jak zapewne się domyślacie, podczas testowania sprzętu od czasu do czasu słucham pełnych albumów od początku do końca, ale lwia część repertuaru to składanki, z których większość stworzyłem sam, a część to playlisty stworzone przez znajomych audiofilów lub znani producenci elektroniki, kolumn i akcesoriów (ciekawe playlisty wrzucają na przykład PS Audio, Nordost, Focal i Audiovector). Słuchając takiego miksu, człowiek musi być przygotowany nie tylko na częste zmiany klimatu muzycznego, ale także specyfiki nagrania. Ścieżki charakteryzujące się wyjątkową rytmiką, pozwalające na ocenę dynamiki i przejrzystości testowanego urzdzenia, mogą mieszać się z takimi, których brzmienie określilibyśmy jako ciasne i przyciemnione lub jaskrawe i agresywne. Zwykle przy takich przejściach w pierwszej kolejności zwracam uwagę na równowagę tonalną i barwę, ale Frankie Plus sprawił, że w pierwszych sekundach kolejnego utworu analizowałem przestrzeń.

Niemal każdy wzmacniacz ma w tej dziedzinie swoje preferencje i choć stereofonia w poszczególnych nagraniach może być różna, to pewne jej atrybuty zawsze z nami zostają. Jeden wzmacniacz będzie wypychał dźwięk do przodu, inny przeciwnie - przesunie scenę do tyłu i dodatkowo będzie starał się grać bardzo szeroko, a jeszcze inny sprawi, że każde źródło pozorne zmniejszy swoje rozmiary, zyskując ostre krawędzie, a między instrumentami pojawi się mnóstwo powietrza i słynne czarne tło. Do której z tych grup zalicza się Frankie Plus? Do każdej. Poważnie - on potrafi zagrać tak, jak podpowiada mu charakter danego nagrania. Dawno już nie miałem do czynienia z integrą, która umiałaby tak mocno zmieniać obraz stereofoniczny po przeskoczeniu z płyty na płytę, a nawet z kawałka na kawałek w obrębie tego samego albumu. Ani chybi świadczy to o tym, że jest to piecyk dysponujący w tej dziedzinie ponadprzeciętnymi możliwościami, a jedynym ograniczeniem jest to, że nie każde nagranie pozwala mu rozwinąć skrzydła. Okazało się, że niektóre utwory, których przestrzeń uważałem za przeciętną, normalną, bez rewelacji, miały w sobie coś więcej. Chwilami czułem się wręcz, jakby Frankie Plus stosował jakieś sztuczki, ponieważ centralna część sceny dziwnie pustoszała, mocniej rozciągając się na boki i otulając mnie niemal ze wszystkich stron. Można było to jednak zaobserwować tylko na niektórych ścieżkach. Wrażenie, że lekko giniemy w tej potężnej przestrzeni, nie towarzyszy nam cały czas. Pojawia się jedynie w nagraniach, których realizacja kusi włoski wzmacniacz, by coś tam jeszcze dopalił, włączył tryb surround.

Pod względem kształtowania sceny stereofonicznej i wszystkiego, co się na niej dzieje, Frankie Plus jest w swoim przedziale cenowym prawdziwym ewenementem. Z góry uprzedzam, że nie każdemu będzie to pasowało, ale jeżeli macie dość ciasnoty i chcielibyście wycisnąć ze swoich kolumn bardziej efektowny, trójwymiarowy, ekspresyjny dźwięk, nie zaburzając prawidłowej równowagi tonalnej, a nawet dodając do równania odrobinę ciepła, Frankie jest wzmacniaczem, od którego powinniście zacząć poszukiwania.

Chciałoby się powiedzieć, że Frankie ma unikalne umiejętności, dzięki którym pewne cechy nagrań, z naciskiem na przestrzeń, mogą zostać wzmocnione, aby kontrast między nimi stał się większy, niż się przyzwyczailiśmy. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się usłyszeć czegoś takiego w wykonaniu piecyka za mniej niż dwadzieścia, może nawet trzydzieści tysięcy złotych. O ile wiele aspektów prezentacji pasuje do prawdziwej ceny włoskiej integry i pozwala ustawić ją w jednej linii z innymi udanymi konstrukcjami wyznającymi podobną filozofię grania, takimi jak chociażby Unison Research Unico Primo, Densen B-130XS, Copland CSA 70 czy Soul Note A-1, o tyle pod względem kształtowania sceny stereofonicznej i wszystkiego, co się na niej dzieje, Frankie Plus jest w swoim przedziale cenowym prawdziwym ewenementem. Z góry uprzedzam, że nie każdemu będzie to pasowało, ale jeżeli macie dość ciasnoty i chcielibyście wycisnąć ze swoich kolumn bardziej efektowny, trójwymiarowy, ekspresyjny dźwięk, nie zaburzając prawidłowej równowagi tonalnej, a nawet dodając do równania odrobinę ciepła, Frankie jest wzmacniaczem, od którego powinniście zacząć poszukiwania. Aby jednak nie było tak słodko, wspomnę o jednym minusie, który jest dla mnie dość istotny. Otóż integra Fabio Serblina niespecjalnie lubi granie na niskich poziomach głośności. Z potencjometrem odkręconym mocno w prawo dynamika, bas, a nawet przejrzystość nie pozostawiają nam pola do narzekania, ale na początku skali dostajemy niestety trochę inny dźwięk. Objawy tej choroby są takie same jak w przypadku innych wzmacniaczy, które nie przepadają za "plumkaniem" - brzmienie staje się szare, skraje pasma się wycofują, dźwięki zaczynają kleić się do siebie. Nietknięta zdaje się być jedynie przestrzeń. Co więcej, podczas cichego słuchania wzmacniacz kilka razy zwyczajnie mi się wyłączył, zupełnie jakby chciał dać mi do zrozumienia, żebym się zdecydował - albo robimy to na poważnie, albo on idzie spać i mam mu nie zawracać gitary. O ile więc z czystym sumieniem mogę polecić ten piecyk każdemu, kto traktuje słuchanie muzyki jako rytuał, nie pieszcząc się z domownikami ani sąsiadami i nie wykonując w tym czasie żadnych innych czynności, o tyle melomanów lubiących słuchać cicho lojalnie ostrzegam - dopóki nie przekroczymy pewnej magicznej granicy, dostaniemy w najlepszym wypadku połowę dźwięku, który Frankie potrafi wydobyć z siebie na wyższych obrotach.

Na koniec zostawiłem sobie wyposażenie dodatkowe. Zarówno w przypadku sekcji cyfrowej, z przetwornikiem i streamerem, jak i przedwzmacniacza gramofonowego, mogę powiedzieć, że dostajemy znacznie więcej, niż sugeruje cena wzmacniacza i dopłata za wersję z plusem. Mam tu na myśli zarówno funkcjonalność, jak i jakość brzmienia, jaką można uzyskać, korzystając z tych modułów. Co więcej, wszystkie te wejścia oceniam jako neutralne i wpisujące się w ogólny charakter włoskiej integry. Nie ma tu zgrzytów czy konfliktu charakterów. Wbudowany przedwzmacniacz gramofonowy jest znacznie lepszy niż te, które - jeśli w ogóle - znajdziemy na pokładzie większości wzmacniaczy w zbliżonej cenie. Nie wspominając już o tym, że będziemy mogli wykorzystać nawet szlifierkę z wkładką MC i dość dokładnie ustawić parametry pracy na wejściu, jest to moim zdaniem poziom przedwzmacniaczy, które kupowane osobno kosztowałyby około 1500-2000 zł. Użytkownikami włoskiego piecyka raczej nie będą posiadacze hi-endowych gramofonów ważących pięćdziesiąt kilogramów i kosztujących grubo ponad sto tysięcy złotych. Obstawiam, że będzie to raczej półka 2000-6000 zł, a wówczas Frankie spokojnie udźwignie ten temat. Za lepszym, zewnętrznym preampem zaczniemy rozglądać się dopiero, gdy zainwestujemy kilka tysięcy złotych we wkładkę lub wkręcimy się w winyle tak mocno, że zdecydujemy się na gramofon z wysokiej półki. Ze streamerem sprawa wygląda podobnie. Mając na uwadze niewielką dopłatę, byłem przekonany, że będzie to co najwyżej zabawka, pakiet startowy umożliwiający klientom korzystanie ze wzmacniacza przez jakiś czas, zanim zainwestują w porządne źródło. Fakt, jeśli chcielibyście wycisnąć z tego piecyka wszystko, co tylko się da, bez audiofilskiego streamera się nie obejdzie, ale zdziwicie się, jak dobry dźwięk Frankie Plus oferuje bez żadnego wspomagania. Gdyby Frankie był zupełnie goły, a ja musiałbym dołożyć do niego odtwarzacz oferujący takie brzmienie, jakie uzyskałem dzięki fabrycznemu modułowi sieciowemu, prawdopodobnie wydałbym co najmniej 3000-4000 zł. Oba udogodnienia są więc niezwykle opłacalne i w moich oczach mocno podnoszą wartość wzmacniacza, który sam w sobie kiepski nie jest.

Serblin & Son Frankie Plus

Budowa i parametry

Przeglądając stronę producenta, naszła mnie refleksja, że Włosi albo nie lubią przechwalać się swoim sprzętem, albo są zbyt zajęci lub leniwi, aby usiąść i skonstruować dokładne opisy każdego modelu. Wszystkie informacje na temat testowanej integry zawarto w - nie żartuję - czterech zdaniach. "Zintegrowany wzmacniacz strumieniowy Frankie jest wynikiem doświadczeń, które rozpoczęły się ponad 30 lat temu. Produkt ten został w całości zaprojektowany, skonstruowany i opracowany we własnym zakresie z wykorzystaniem zastrzeżonych obwodów. Urządzenie zawiera ekskluzywne rozwiązania techniczne, takie jak analogowa kontrola głośności powierzona sieci stałych rezystorów przełączanych przez przekaźniki ze skalą 127 kroków - rozwiązanie, które zapewnia doskonałą jakość dźwięku zarówno analogowym, jak i cyfrowym potencjometrom, gwarantuje doskonałą równowagę między kanałami na całej skali tłumienia i spójność wydajności w czasie. Rozwiązania techniczne z najlepszej szkoły hi-endu w połączeniu z elegancką estetyką i łatwością obsługi z poziomu smartfona zdecydowanie czynią Frankie ekskluzywnym wzmacniaczem zintegrowanym". W ramach uzupełnienia możemy zajrzeć do tabeli danych technicznych, z której dowiemy się, że piecyk pracuje w klasie AB, oferując moc 75 W na kanał przy 8 Ω lub 110 W na kanał przy 4 Ω. To jednak w zasadzie jedyny istotny parametr, jakim producent zdecydował się z nami podzielić. Pobór energii w trybie czuwania (0,5 W) pomijam, bo o wiele bardziej interesowałaby mnie wartość maksymalna, ale takiej rubryki oczywiście nie ma. Jak myślicie, czy Fabio Serblin wie, ile prądu pobiera z sieci Frankie na najwyższych obrotach, ale doszedł do wniosku, że 0,5 W w trybie czuwania wygląda lepiej, czy nawet nie chciało mu się tego zmierzyć? Pasmo przenoszenia, zniekształcenia, stosunek sygnału do szumu, współczynnik tłumienia? Zapomnijcie. Domyślam się, że wszystkie te parametry są zupełnie standardowe, mieszczą się w normie, ale z jakiegoś powodu ich nie ujawniono, a jedyne liczby w tabeli na stronie producenta to wymiary (7,8 x 43 x 31,7 cm) i masa (12 kg). W środku Frankie Plus prezentuje się naprawdę zacnie. Zasilacz zbudowano w oparciu o średniej wielkości transformator toroidalny, który wspierają cztery kondensatory po 10000 μF każdy. Zasadniczy układ wzmacniający zmieścił się na jednej płytce zajmującej około jedną trzecią miejsca wewnątrz obudowy. Nad nią umieszczono kolejne moduły, w tym przetwornik, streamer i phono stage. Między przednią ścianką a główną płytką jest sporo wolnego miejsca. W większości podobnych wzmacniaczy właśnie tutaj znalazłby się radiator, ale Fabio Serblin postanowił zamontować końcówkę mocy z tyłu, w związku z czym radiator znajduje się tuż za gniazdem zasilającym, a tranzystory mocy, po dwa na kanał, przykręcono do niego piętrowo, a nie w jednej linii. Domyślam się, że chodziło o skrócenie ścieżki sygnałowej, co jednak nie zmienia faktu, że ten i tak dość kompaktowy piecyk ma wewnątrz pewien zapas wolnej przestrzeni. Może w przedwzmacniaczu i monoblokach jest ona wykorzystana do ostatniego centymetra.

Werdykt

Domyślam się, że większość czytających te słowa widzi ten wzmacniacz po raz pierwszy. Ja również w pierwszej chwili uznałem, że jest to tylko kolejny dziwny wynalazek dla audiofilów, którzy chcą być oryginalni, wyróżnić się za wszelką cenę, mimo że towaru w sklepach nie brakuje. Takie przemyślenia nachodzą mnie zresztą coraz częściej. Nowa marka sprzętu hi-fi na polskim rynku? Po co?! Ilość dostępnych modeli dawno już stała się dla klientów problemem, więc po jakiego grzyba nam kolejny wzmacniacz? Ma to sens tylko wtedy, gdy nie jest po prostu kolejny, ale też lepszy niż te, które obecnie możemy kupić. I wiecie co? Moim zdaniem Frankie Plus w wielu aspektach naprawdę bije konkurencję na głowę. Jest ciekawy, świetnie wykonany, ma na pokładzie przedwzmacniacz gramofonowy, przetwornik i streamer, które działają, nie robią wiochy i pozwolą użytkownikom zajechać znacznie dalej, niż moglibyśmy się spodziewać, a do tego jako klasyczna integra oferuje naturalne, lekko ocieplone, ale dynamiczne brzmienie z fenomenalną przestrzenią. Okej, sterowanie jest przekombinowane, a brak możliwości sprawdzenia aktualnego poziomu głośności to lekki absurd, ale pozytywów jest tyle, że pokrętła mogłyby być pokryte kolcami i razić użytkownika prądem. Ostatecznie i tak o wiele przyjemniej korzysta się z metalowego pilota lub aplikacji. Wisienką na torcie jest cena. 13000 zł za taki wzmacniacz, a właściwie pełnoprawny system all-in-one, to w dzisiejszych czasach okazja.

Serblin & Son Frankie Plus

Serblin & Son Frankie Plus

Dane techniczne

Moc wyjściowa: 2 x 75 W/8 Ω, 2 x110 W/4 Ω
Wejścia analogowe: 1 x XLR, 2 x RCA, 1 x phono (RCA)
Wyjścia analogowe: 1 x pre-out (RCA)
Wejścia cyfrowe: 1 x koaksjalne, 1 x optyczne, 1 x USB
Łączność: LAN, Wi-Fi, Bluetooth (tylko zdalne sterowanie)
Pobór mocy w trybie czuwania: 0,5 W
Wymiary (W/S/G): 7,8 x 43 x 31,7 cm
Masa: 12 kg
Cena: 13000 zł

Sprzęt do testu dostarczyły firmy Intrada i Akwa Audio Projekt. W artykule wykorzystano zdjęcia udostępnione przez firmę Serblin & Son i wykonane przez redakcję magazynu StereoLife.

Równowaga tonalna
RownowagaStartRownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4RownowagaStop

Dynamika
Poziomy7

Rozdzielczość
Poziomy6

Barwa dźwięku
Barwa5

Szybkość
Poziomy6

Spójność
Poziomy7

Muzykalność
Poziomy7

Szerokość sceny stereo
SzerokoscStereo2

Głębia sceny stereo
GlebiaStereo04

Jakość wykonania
Poziomy8

Funkcjonalność
Poziomy7

Cena
Poziomy7

Nagroda
sl-rekomendacja


Komentarze (4)

  • Garfield

    Mam sentyment do starych modeli Sonusa. Podobały mi się bardziej od wprowadzanych po zmianie właściciela firmy. Wzmacniaczy Serblin & Son jeszcze nie słyszałem - trzeba będzie posłuchać.

    0
  • Dariusz

    A ja się nie dziwię, że pojawiają się tego typu firmy i gromadzą wokół siebie spore grono fanów. Wynika to z prostej zależności - uznane marki w pierwszej kolejności dbają o podnoszenie cen, a żeby szła za tym jakość, to już różnie z tym bywa, natomiast nowym jeszcze się chce, bardzo się starają i dostarczają klientom to, czego tak naprawdę oczekują. Naturalna kolej rzeczy. Serblin & Son prezentuje się przepięknie. Kojarzy mi się ze wzmacniaczem innej mało znanej marki, Moonriver Audio Model 404. To zupełnie inny styl i inna cena, bo Moonriver jest o wiele droższy, ale widać, że i tu i tu projektantem była osoba, która wie, o co w tym wszystkim chodzi.

    0
  • AM

    Jeśli ktoś jest z Warszawy lub okolic, to zapraszam do sklepu Audiopunkt, widziałem tam dwa wzmacniacze Frankie, nawet jednego przez przypadek słuchałem i faktycznie gra wspaniale.

    0
  • Leonard

    Brak wskaźnika głośności we wzmacniaczu za kilkanaście tysięcy złotych to spora wada! Na szczęście z recenzji wynika, że nie jest tak źle, bo urządzenie pokazuje "0" wzmocnienia po przekręceniu w lewo prawej gałki? Ta nasza ergonomia...

    0

Skomentuj

Komentuj jako gość

0

Nie przegap

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Jak dobrać kolumny do wzmacniacza i odwrotnie

Jak dobrać kolumny do wzmacniacza i odwrotnie

To pytanie zadają sobie praktycznie wszyscy audiofile. Początkujący miłośnicy dobrego brzmienia muszą znaleźć na nie odpowiedź podczas kupna pierwszego poważnego systemu stereo, natomiast ci bardziej doświadczeni wracają do niego przy każdej zmianie kolumn lub wzmacniacza. Optymalne współdziałanie tych dwóch elementów jest - obok właściwego dopasowania zestawów głośnikowych do wielkości i...

Bez szumów, bez kabli, bez kompromisów - Sennheiser

Bez szumów, bez kabli, bez kompromisów - Sennheiser

Czy znasz firmę Sennheiser? Na to pytanie twierdząco odpowie niemal każdy, kto interesuje się szeroko pojętym sprzętem audio. DJ, prezenter radiowy, producent muzyczny, artysta, gwiazda estrady, kierownik sceny, zapalony gracz, audiofil, a nawet zwyczajny słuchacz mający chrapkę na porządne słuchawki jednej z prestiżowych marek - wszyscy oni prawdopodobnie choć raz...

Wszystko o akustyce pomieszczenia odsłuchowego

Wszystko o akustyce pomieszczenia odsłuchowego

Który element systemu audio jest najważniejszy? Większość audiofilów z pewnością wskazałoby na zestawy głośnikowe. Inni powiedzą, że pierwszeństwo powinien mieć wzmacniacz lub źródło, a wyjątkowo zakręceni postawią na kable, akcesoria zasilające, a nawet stolik ze specjalnymi platformami antywibracyjnymi. Część melomanów odpowie jednak zupełnie inaczej. Ich zdaniem największy wpływ na brzmienie...

Japońska szkoła brzmienia - Yamaha

Japońska szkoła brzmienia - Yamaha

Yamaha to jeden z producentów sprzętu hi-fi, którego logo kojarzą niemal wszyscy. Nie tylko ze względu na jego obecność na popularnych amplitunerach, soundbarach, głośnikach bezprzewodowych i systemach mikro, ale także produktach związanych z domową aparaturą audio bardzo luźno albo wcale. Nie ulega jednak wątpliwości, że w wielu kręgach, także wśród...

Podstawowe własności i parametry wzmacniaczy stereo

Podstawowe własności i parametry wzmacniaczy stereo

Czy to w domowym zaciszu, na koncercie, podczas pracy w studiu czy w samochodzie - wzmacniacz jest jednym z kluczowych elementów każdego systemu stereo. Czym właściwie jest? Najprościej można powiedzieć, że jest to układ elektroniczny, którego zadaniem jest wytworzenie na wyjściu sygnału analogowego będącego wzmocnioną kopią sygnału podanego na wejście....

Bannery dolne

Nowe testy

Poprzedni Następny
Auralic Vega S1 + PSU S1

Auralic Vega S1 + PSU S1

Strumieniowe odtwarzacze audio to gorący towar. Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że ponad połowa zapytań, jakie otrzymujemy od czytelników na redakcyjną skrzynkę mailową i przez różnego rodzaju komunikatory, dotyczy właśnie...

Pylon Audio Diamond Monitor 18 mkII

Pylon Audio Diamond Monitor 18 mkII

Producenci sprzętu grającego lubią chwalić się swoimi szczytowymi osiągnięciami, jednak w ofercie każdej firmy kluczową rolę pełnią modele, które po prostu najlepiej się sprzedają. To one zapewniają fundusze na dalszy...

Astell&Kern Kann Ultra

Astell&Kern Kann Ultra

Koreańska marka Astell&Kern wyspecjalizowała się w zaskakiwaniu audiofilów luksusowymi odtwarzaczami przenośnymi. Kiedy na rynku debiutowały jej pierwsze hi-endowe playery, miałem wątpliwości, czy nie będzie to krótkoterminowa, jednorazowa akcja, ponieważ ceny...

Komentarze

stereolife
@Garfield - Faktycznie, dziękujemy za komentarz. Dopisaliśmy tę informację do testu. Jak przystało na użytkowników sprzętu Apple'a, często zapominamy, że istnie...
Garfield
Może coś mi umknęło, ale nie widzę w artykule żadnej wzmianki o tym, że firmowa aplikacja działa tylko na platformie firmy Apple. Ja to wiem i większość czyteln...
Piotr
Posłuchałem tego wydania na TIDAL-u i muszę stwierdzić, że wokal zupełnie nie pasuje do wyglądu tej kobiety z okładki (jak mniemam to ona śpiewa?) Obstawiałbym ...
Jurek
Dla mnie korekcja tylko na źródle, wzmacniacz to ma być "drut ze wzmocnieniem". Pozdrawiam!
Tomasz
@stereolife - Ja to nigdy nie zrozumiem, jak można testować taki produkt, nie zapewniając sobie takiej samej jakości ze źródła - po to Sennheiser ma w ofercie a...

Płyty

Tech Corner

Krótka historia płyty kompaktowej

Krótka historia płyty kompaktowej

Jak wyglądał świat w marcu 1979 roku? Andrzej Wajda kręcił "Panny z Wilka". Jan Paweł II był papieżem niecałe pół roku. Prezydentem USA był Jimmy Carter. W Nowym Jorku urodziła się Norah Jones. Atari wypuściło na rynek komputery Model 400 i Model 800. W salonach samochodowych pojawiły się Peugeot 505,...

Nowości ze świata

  • Manufacturers of hi-fi equipment like to brag about their peak performance, but in any company's product lineup, the key role is played by the models that simply sell best. They are the ones that provide funds for further development and...

  • Sonus Faber announced the launch of Suprema, a groundbreaking loudspeaker system rooted in luxury, unparalleled audio excellence and meticulous craftsmanship. Marking the brand's 40th anniversary, the Suprema system, featuring two main columns, two subwoofers and one electronic crossover, represents the...

  • Naim unveils Uniti Nova Power Edition, an all-in-one player that drives Hi-Fi loudspeakers with power and musical resonance Uniti Nova Power Edition is the new all-in-one player from Naim, the British brand that excels in the creation of high-end Hi-Fi...

Prezentacje

Muzyka dla pokoleń - Bryston

Muzyka dla pokoleń - Bryston

Przeglądając strony internetowe i katalogi firm zajmujących się produkcją audiofilskiego sprzętu, prawie zawsze zaglądam do zakładek opisujących ich historię i filozofię. Dziś podobno już niewielu ludzi zwraca na to uwagę, ale prawdziwi hobbyści na pewno interesują się wszystkim, co wiąże się ze sprzętem hi-fi. Sęk w tym, że nie każda...

Poradniki

Listy

Galerie

Dyskografie

Wywiady

Tomasz Karasiński - StereoLife

Tomasz Karasiński - StereoLife

Chcąc poznać ludzi zajmujących się sprzętem audio, związanych z tą branżą zawodowo, natkniemy się na wywiady z konstruktorami, przedsiębiorcami, sprzedawcami,...

Popularne artykuły

Vintage

Marantz 2270

Marantz 2270

Na przestrzeni lat Marantz wyprodukował mnóstwo tunerów radiowych i amplitunerów, w których wyraźnie widać te same geny. Jednym z ciekawszych...

Cytaty

AchimFreyer.png

Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.