
Kiedy zaczynałem zabawę w testowanie sprzętu audio, ułożyłem listę żelaznych postanowień, których zamierzałem się trzymać. Wiecie, coś w rodzaju postanowień noworocznych. Większość z nich udało mi się utrzymać w mocy do dziś, ale jeden poległ stosunkowo szybko - był to punkt mówiący o tym, że przed przystąpieniem do testu nie będę miał żadnych ustalonych oczekiwań wobec opisywanego sprzętu i nie dam się stereotypom. Zamierzałem do każdego produktu podchodzić na zasadzie czystej kartki. Pewnie udałoby mi się zrealizować ten postulat gdyby nie to, że wielu producentów sprzętu audio trzyma się wypracowanej dawno temu filozofii kształtowania brzmienia. Jest więc jasne, że widząc karton z logiem danej firmy, automatycznie zaczynamy się na coś nastawiać. Z upływem lat ukształtowało się w mojej głowie sporo tego typu skojarzeń, które mógłbym podzielić na kilka grup. Czasami przed rozpoczęciem testu myślę sobie "będzie ciekawie", często też spodziewam się, że "będzie hardcore'owo", a wiele razy moja podświadomość szepcze jedynie "będzie jak zwykle". To oczywiście zależy od tego, co w przypadku danej marki oznacza "zwykle". DALI należy do grupy producentów, których logo wywołuje u mnie myśl "będzie przyjemnie". I to niezależnie od wybranego przedziału cenowego. O ile w swoich droższych zestawach duńscy konstruktorzy stosują hybrydowe tweetery i inne wynalazki mające uczynić dźwięk bardziej efektownym, o tyle w budżetowych kolumnach od dawna stawiają na klasyczne rozwiązania, co przekłada się na muzykalne i stuprocentowo fizjologiczne brzmienie. Kiedy firma ogłosiła wprowadzenie na rynek nowej serii Spektor, wiedziałem, że któraś z czterech tworzących ją konstrukcji niebawem do mnie trafi. Ponieważ tradycyjnie moimi ulubionymi kolumnami z budżetowych serii DALI są "dwójki" lub "szóstki", zwróciłem się do dystrybutora z prośbą o wypożyczenie jednego z tych modeli do testu i tak oto w naszej redakcji znalazły się jeszcze cieplutkie Spektory 2.

Nie ma chyba w świecie audio osoby, która nie zna albo po prostu nie zetknęła się z firmą Pylon Audio. Proszę nawet nie żartować, bo nie uwierzę, że istnieje ktoś, kto interesuje się sprzętem hi-fi i zwraca uwagę na segment głośnikowy, a słysząc tę nazwę robi dziwną minę i wzrusza ramionami. Produktów manufaktury z Jarocina nie sposób nie zauważyć, bo napisano o nich więcej, niż zajmuje objętościowo "Trylogia" Sienkiewicza. To oczywiście żart, ale recenzji tych zestawów głośnikowych jest już bardzo dużo, a prywatnych opinii na ich temat - jeszcze więcej. Kiedy marka Pylon Audio powstawała w 2011 roku jako rodzinny biznes, nikt nie przypuszczał, że rozwinie się tak szybko, a już za pięć lat będzie dziarsko wpychać się na salony światowego hi-fi. W ciągu dwóch lat od założenia firmy udało się przenieść hale produkcyjne z Przyborek koło Wrześni do wspomnianego Jarocina. Rok 2014 przyniósł kolejną zmianę - park maszynowy rozbudowano o możliwość produkcji obudów w okleinie naturalnej. W tym samym roku Pylon postarał się o nowe centrum obróbcze, dzięki czemu mógł zwiększyć wydajność produkcji. Potem już poszło z górki. Zaczęły pojawiać się coraz szersze plany pozyskiwania zagranicznych klientów, a pozycja firmy w Polsce umacniała się dzięki dobrym produktom i przemyślanej strategii wspinania się na coraz wyższy poziom. Ostatnie dwa lata działalności to nic innego, jak niebywały sukces komercyjny. Zainteresowanie polskimi kolumnami było tak duże, że chwilami przerastało możliwości fabryki. To naprawdę robi wrażenie.

Jeszcze pod koniec ubiegłego stulecia typowy, porządny system stereo składał się z możliwie dużych kolumn i kilku klocków tworzących zgrabną wieżę. Jej sercem był oczywiście wzmacniacz, ale na tym historia się nie kończyła, bo należało do niego dokupić odtwarzacz płyt kompaktowych, magnetofon lub tuner, opcjonalnie korektor graficzny lub inne tego typu cudo, a na samej górze postawić gramofon. Jeśli jesteście za młodzi by to pamiętać, obejrzyjcie kilka filmów lub seriali z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Szybko dojdziecie do wniosku, że taka rozbudowana wieża była obowiązkowym elementem wyposażenia salonu, a nawet biura każdego kulturalnego człowieka. Takie same obrazki można zobaczyć w katalogach z tamtego okresu, które pasjonaci vintage'owego sprzętu wrzucają do sieci, tworząc encyklopedie nieprodukowanych już urządzeń. Podobnie, jak w dzisiejszych materiałach promocyjnych, można tam zobaczyć zdjęcia gustownie urządzonych salonów, w których oprócz wygodnych mebli i kineskopowych telewizorów w drewnianych obudowach królowały potężne systemy audio. Kto by pomyślał, że kolejne pokolenia będą chciały aby to wszystko było coraz mniejsze... Dzisiejsze telewizory to już prawie plakaty wieszane na ścianie, a meble muszą nierzadko pełnić kilka różnych funkcji w zależności od okazji, więc i sprzęt audio dostosowywał się do nowych realiów. Nie dość, że musi teraz zajmować jak najmniej miejsca, to koniecznie powinien dogadywać się z innymi elektronicznymi gadżetami. Najlepiej gdyby było to jedno urządzenie, które bez problemu napędzi smukłe, dizajnerskie kolumny, a do tego odtworzy dźwięk z konsoli, dekodera, telefonu, komputera, albo bezpośrednio z sieci, oczywiście bezprzewodowo. Do niedawna sprzedawcy bezradnie rozkładali ręce na takie zachcianki klientów, ale teraz mają już szerokie pole manewru, a jednym z najnowszych hitów może być właśnie Onkyo TX-L20D.

Niektóre produkty na rynku audio są tak charakterystyczne, że oddziałują na ludzi piszących ich recenzje. Xavian jest tego znakomitym przykładem. Dla pierwszego lepszego klienta z ulicy będą to prawdopodobnie kolumny, które tylko trochę różnią się od dokonań konkurencji, ale dla audiofila interesującego się tematem czeska manufaktura jest jedną z niewielu, które dzięki wyjątkowej dbałości o szczegóły wybijają się wysoko ponad poziom masówki. Różnica między kolumnami Xaviana, nawet tymi tańszymi, a typowymi zestawami produkowanymi w tysiącach egzemplarzy jest mniej więcej taka jak między doskonałym piwem warzonym w małym browarze z tradycjami a puszkowanymi popłuczynami dostępnymi w każdym osiedlowym spożywczaku. Nic dziwnego, że dziennikarze testujący kolumny Xaviana są zwykle tak zadowoleni z tego faktu, że większość recenzji wygląda dokładnie tak samo. Najpierw jest opowieść o utalentowanym konstruktorze z Włoch, który dla swej żony przeprowadził się do Czech, zatrudnił genialnych stolarzy i założył firmę produkującą zestawy głośnikowe. Później mamy tradycyjne cmokanie nad jakością stolarki, dopracowanymi detalami i ogólną estetyką kolumn, a cała opowieść kończy się zachwytami nad naturalnym, wciągającym i audiofilskim brzmieniem, którego cechą charakterystyczną jest wyjątkowa umiejętność skupienia uwagi słuchacza na muzyce, a nie dźwięku. Wiem, bo sam wiele takich recenzji Xavianów wyprodukowałem. Kiedy więc dowiedziałem się, że firma wypuszcza na rynek dwa nowe modele, obiecałem sobie, że tym razem moja recenzja będzie zupełnie inna. Jak piękne i wyjątkowe by te nowe kolumny nie były, nie ma mowy żebym znów rozwodził się nad rewelacyjną stolarką, pięknymi detalami, ręczną robotą i muzykalnym brzmieniem! Atmosferę dodatkowo podgrzewał fakt, że nowe modele miały być, jak na Xaviana, całkiem tanie. Och, no to się wreszcie po nich przejadę! Kartony dotarły do naszej sali odsłuchowej, no i patrzcie co z nich wyjęliśmy...

Co zrobić, aby zainteresować ludzi ceniących dobre brzmienie odtwarzaczami, które do tej pory były przez nich traktowane po macoszemu? Takie pytanie zadawali sobie pewnie specjaliści od marketingu zatrudnieni w koreańskiej firmie Iriver, słynącej od wielu lat z produkcji przenośnych odtwarzaczy plików, zwanych powszechnie empetrójkami. Rynek wydawał się nimi nasycony, a przyszłość nie wyglądała różowo. Sprzedaż spadała, bo po co komu dodatkowe pudełko w kieszeni, skoro prawie każdy porządny smartfon umożliwiał zarówno wgranie oprogramowania do odtwarzania muzyki, jak i instalację karty pamięci odpowiednio dużej, aby pomieścić na niej dziesiątki, a nawet setki utworów. Dodatkowo na smartfonie i tablecie można zainstalować aplikację dowolnego serwisu streamingowego, a na empetrójce - nie. Potrzebne było coś, co na nowo zdefiniuje sposób przenośnego słuchania muzyki. Iriver postanowił stworzyć nowy oddział, który tego dokona i tak w 2013 roku narodziła się marka Astell&Kern. Już sama nazwa zapowiadała coś wielkiego. "Astell" to według firmy słowo, którego korzeni należy szukać w łacińskim "stella" czyli "gwiazda", natomiast "Kern" to po niemiecku "centrum" lub "rdzeń". Połączenie tych dwóch wyrazów miało oznaczać, że urządzenia Astell&Kern będą czymś w rodzaju centrum wysokiej jakości muzyki... Ależ historia - pomyślicie. Do mnie również zupełnie to nie trafia. Takie deklaracje ze strony producenta odbieram jako napisane na wyrost i pełne pychy, jednak czas pokazał, że panowie z Irivera nie żartowali i naprawdę zamierzali stworzyć coś niesamowitego. Dziś chyba nie będzie żadną przesadą jeśli napiszę, że to oni wypromowali koncepcję audiofilskiego odtwarzacza, który już nie jest empetrójką, a raczej kieszonkowym, hi-endowym i wybitnie luksusowym sprzętem.

Poczynania marki Audium śledzę dość dokładnie już parę ładnych lat, właściwie od kiedy w moje ręce wpadły piękne podłogówki Comp 5. Przekonała mnie minimalistyczna forma i rewelacyjna jakość wykończenia, a także jedno rozwiązanie będące bazą dla wszystkich zestawów niemieckiej firmy - głośnik szerokopasmowy, który odpowiada za większość tego, co słyszymy. Dzięki temu przetwornikowi, Frank Urban i jego koledzy uzyskali spójny dźwięk i rewelacyjną przestrzeń, i to bez dzielenia pasma, wsadzania tweetera w środek głośnika średniotonowego czy innych zabiegów sprawiających mniejsze lub większe problemy. A przede wszystkim - bez konieczności stosowania gigantycznej membrany w jeszcze większej skrzyni, uzupełnionej przykładowo długą tubą lub linią transmisyjną, aby taki głośnik generował jakikolwiek bas. Niemcy poszli prostszą drogą, dopalając swój głośnik szerokopasmowy wbudowanym, praktycznie niewidocznym z zewnątrz subwooferem, który pokrywa zwykle pasmo od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu herców, w zależności od modelu. Może więc nie mamy do czynienia ze stuprocentowo szerokopasmowymi głośnikami wykorzystującymi tylko jeden przetwornik, ale za to dostajemy głęboki, czasami naprawdę atomowy bas, a do tego kolumny w pięknych, smukłych obudowach, które można umieścić w dowolnym pokoju bez konieczności wynoszenia z niego wszystkich pozostałych mebli.

Kino domowe - to hasło pojawiło się w naszym kraju w latach dziewięćdziesiątych, trafiając na bardzo podatny grunt. Wygłodniały rynek najpierw chłonął wszystko, a kiedy polscy melomani zaopatrzyli się już w kolumny, wzmacniacze i odtwarzacze zachodnich marek, producenci szybko podsunęli im nową propozycję do rozważenia - może by tak zamiast dwóch głośników kupić sobie pięć, a wzmacniacz stereo zastąpić wielofunkcyjnym amplitunerem? Każdy miłośnik nowoczesnych gadżetów chciał mieć w domu wielki telewizor, odtwarzacz DVD i wielokanałowe nagłośnienie. Firmy specjalizujące się w masówce zaczęły wypuszczać niekontrolowane ilości plastikowych gotowców. Ludzie, których kwestie techniczne nigdy nie interesowały, wkrótce zgłupieli, natomiast audiofile od początku byli do tego pomysłu nastawieni mało entuzjastycznie. Na fali popularności kina domowego, polskie domy zostały zalane koszmarną tandetą, która do słuchania muzyki nadawała się tak, jak niemieckie wino do picia. Jak człowiek zdesperowany, to niby można, ale po którymś łyku krzywy grymas na twarzy może nam zostać na zawsze. Budżetowym systemom kina domowego łączenie muzyki z filmami wychodziło tak sobie. Dużym problemem dla wielu użytkowników okazało się także prawidłowe rozmieszczenie pięciu głośników i subwoofera w pokoju. Kupić komplet głośników jest łatwo, a zwinąć cały salon aby poprowadzić kable w ścianach - to już wyzwanie. W wielu domach wszystkie głośniki wylądowały na stoliku pod telewizorem, przysypując marzenia o dźwięku przestrzennym metrową warstwą ziemi. Producenci sprzętu audio popukali się więc w głowę i wymyślili coś zupełnie innego - soundbar. Jedno pudełko z zamontowanymi wewnątrz głośnikami miało się elegancko prezentować na ścianie, a zadanie kreowania trójwymiarowej przestrzeni przerzucono na procesory DSP sterujące głośnikami w taki sposób, aby te generowały fale odbite od ścian, dając nam wrażenie otoczenia dźwiękiem. Jednym z pionierów w produkcji soundbarów była Yamaha. Czy oferowany dziś model YSP-2700 okaże się równie rewolucyjny, jak pierwsze soundbary na rynku?

Dostając do przetestowania kolumny kompletnie nowej, nieznanej szerzej marki, powinienem skakać z radości, że to akurat ja mogę posłuchać i ocenić coś świeżego na rynku. Zwłaszcza, że jest to mój pierwszy profesjonalny opis sprzętu. Dlaczego więc zacząłem niniejszą recenzję w tak tajemniczy sposób? Otóż w jednym z maili poprzedzających test otrzymałem informację, że czeka na mnie produkt, którego nikt z redakcji jeszcze nie słuchał. Dowiedziałem się tylko, że będą to niedrogie monitory wprowadzone na nasz rynek przez jedną z największych firm zajmujących się na ogół dystrybucją, a nie produkcją sprzętu audio. Otrzymałem jednak zapewnienie, że kolumny wyglądają porządnie, więc zgodziłem się na ich zrecenzowanie. Trochę w ciemno, ale co tam! Sprzętem audio zajmuję się już jakiś czas, ale czekałem na szansę przeprowadzenia pierwszego prawdziwego testu, czy to kolumn czy też elektroniki. Jednak jak to często bywa, w każdej sympatycznej historii musi być jakiś haczyk - czarny charakter, którego zadaniem będzie upewnić się, że nie wszystko będzie szło gładko. W przypadku Wilsonów tym haczykiem był oczywiście brak jakichkolwiek informacji o marce. Poza krótkim newsem zamieszczonym na naszym portalu jakiś czas temu - czarna dziura. Żadnych innych testów, opinii na forach czy ocen klientów na stronach sklepów i w wyszukiwarkach cenowych. Google miotało się wyrzucając linki do znanych i cenionych producentów, jak Wilson Audio oraz Wilson Benesch. Nie ma się czemu dziwić - jestem przekonany, że audiofilom również takie skojarzenia przyszłyby do głowy. Plus jest taki, że mogę podejść do testowanego produktu bez jakichkolwiek oczekiwań lub uprzedzeń. Zaczynamy więc od czystej, białej kartki. A co się na niej znajdzie? Zaraz się przekonamy!

Dzisiejszy test to pierwsza recenzja produktu marki Polk Audio na łamach StereoLife. Choć amerykańska firma kojarzona jest głównie z kolumnami i różnego rodzaju zestawami głośnikowymi, jej oferta wcale się na nich nie kończy. Podobnie, jak wielu europejskich i azjatyckich producentów, Polk Audio rozszerza swoje pole działania wprowadzając do oferty soundbary, głośniki bezprzewodowe, instalacyjne, samochodowe, komputerowe, a nawet modele i instalacje stworzone z myślą o quadach, jachtach i motorówkach. Oprócz tego w katalogu pojawiły się słuchawki - zarówno dokanałowe, jak i nauszne. Nas najbardziej zainteresował model Hinge Wireless - eleganckie słuchawki bezprzewodowe, które teoretycznie mogą się sprawdzić zarówno podczas słuchania muzyki w domu, jak i w podróży. Tak, wiem - ostatnio wielu producentów wprowadza na rynek słuchawki, choć znają się na tym jak kury na gwiazdach, ale akurat w przypadku Hinge Wireless wszystko wydaje się być w porządku, a same nauszniki wyglądają jakby zostały wyprodukowane przez firmę zajmującą się tym od wielu lat. Pytanie tylko jak sprawdzają się w praktyce.

Kiedy zapuszczam się w przeszłość w poszukiwaniu ciekawych urządzeń audio lub przeglądam profile firm i salonów zajmujących się profesjonalną renowacją i sprzedażą dawno nieprodukowanych wzmacniaczy, tunerów, odtwarzaczy czy kolumn, zawsze nachodzi mnie myśl, że kiedyś tych liczących się marek było o wiele mniej, niż w dzisiejszych czasach. Kilkanaście, kilkadziesiąt? Marantz, Pioneer, Yamaha, Luxman, Revox, Sony, Sansui, Akai, Kenwood, Philips, JVC, Nakamichi, Technics, Grundig, Sanyo i oczywiście Denon. Od czasu do czasu pojawiają się jakieś inne rodzynki i wynalazki, ale są to głównie produkty firm, o których świat już dawno zapomniał. A dziś? Przejrzyjcie ofertę pierwszego lepszego sklepu ze sprzętem audio, a szybko zorientujecie się, że lista dostępnych marek jest o wiele, wiele dłuższa. Większość z wymienionych powyżej firm jednak przetrwała, i mam swoją teorię na ten temat. Nie chodzi wcale o to, że przyzwyczajamy się do konkretnego loga na froncie, ani też o kapitał czy doświadczenie zgromadzone w ciągu wielu lat nieustannej działalności. Moim zdaniem każda z tych firm wie, że jeden dobry pomysł na udany produkt to za mało. Podobnie, jak kiedyś, tak i w dzisiejszych czasach trzeba nieustannie dbać o to, aby móc zaoferować klientom więcej. Więcej, niż w poprzednim modelu. Więcej, niż ma do zaoferowania konkurencja. Wierzcie lub nie, ale Denon kroczy tą ścieżką już od stu lat. Japończycy na pewno wiedzą jak się robi sprzęt audio, a ich najnowszą propozycją jest system 1600NE - druga po topowym zestawie 2500NE propozycja przygotowana z myślą o tym, aby łączyć klasykę z nowoczesnością. Czy to może się nie udać? Przekonamy się testując wzmacniacz PMA-1600NE.
Oleg