
Firma Spendor została założona w 1969 roku w Wielkiej Brytanii, a jej nazwa powstała z połączenia imion dwojga założycieli - Spencera i Dorothy Hughes. W latach sześćdziesiątych Spencer pracował w wydziale badawczym BBC, a przedmiotem jego pracy była membrana wykonana ze specyficznego rodzaju polistyrenu o nazwie Bextrene. Podobnie jak wielu innych inżynierów pracujących dla BBC, pan Hughes wykorzystał wiedzę i doświadczenie zdobyte w tej korporacji do własnych celów, a konkretnie po to, aby stworzyć swój pierwszy zestaw głośnikowy - BC1. Ten przełomowy projekt szybko stał się monitorem wybieranym przez nadawców i studia nagrań na całym świecie. Później pojawiło się kilka innych projektów, takich jak BC2, BC3, SA1 czy SP1. Spendor wyprodukował również LS3/5a na licencji BBC. BC1, nieco większy niż LS3/5a, był produkowany z pewnymi modyfikacjami do 1994 roku, ale pewne cechy charakterystyczne i nawiązania do tego modelu można znaleźć nawet w kolumnach produkowanych obecnie. Aktualny katalog manufaktury z Sussex składa się z zaledwie trzech serii - A-Line, D-Line i Classic. W pierwszej i drugiej znajdziemy modele prezentujące się całkiem nowocześnie. Gama oznaczona literą "A" składa się z jednego monitora, trzech stosunkowo kompaktowych, dwudrożnych modeli wolnostojących oraz głośnika centralnego i przeznaczonego do powieszenia na ścianie surrounda. Serię D-Line tworzą tylko dwie podłogówki - 2,5-drożne D7.2 i 3-drożne D9.2. Wszystko to przebija linia Classic, w której zobaczymy sześć modeli kolumn, z czego dwa są dostępne w dwóch wariantach - standardowym i "specjalnym", z tytanowym frontem. Wybierając zestawy dopasowane do konkretnego pomieszczenia, znajdziemy tu właściwie każdy możliwy rozmiar, od kompaktowych mini-monitorów po potężne, trójdrożne podłogówki z dwoma 30-cm wooferami. Kuszą, oj kuszą, ale ponieważ nie uśmiecha mi się targać 55-kilogramowych skrzyń, postanowiłem przetestować najmniejsze kolumny z serii Classic.

Firma Polk Audio została założona przez Matthew Polka, George'a Klopfera i Sandy'ego Grossa w 1972 roku. Panowie poznali się podczas zajęć na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa w Baltimore. Po ukończeniu studiów w 1971 roku, podjęli się bardzo ciekawego zadania - nagłośnienia lokalnego festiwalu muzyki bluegrass. Organizatorzy tego wydarzenia mieli najwyraźniej więcej dobrych chęci niż funduszy, bowiem w pewnym momencie zorientowali się, że nie stać ich na profesjonalny system nagłośnieniowy. Nie wiem, w jaki sposób natknęli się na trzech młodych inżynierów, ale ci najwyraźniej doszli do wniosku, że budowa takiego zestawu to bułka z masłem. Matthew zaprojektował system głośnikowy, George skonstruował obudowy i zaprojektował charakterystyczne logo z serduszkiem, a Sandy stwierdził, że skoro jego koledzy mają do tej roboty talent, warto pociągnąć temat dalej, zająć się marketingiem, zbudować sieć dystrybucyjną i zrobić wszystko, aby ta przygoda nie skończyła się na kilku koncertach. Zaledwie dwa lata po założeniu firmy, Amerykanie zmienili front, przesiadając się z produkcji profesjonalnych systemów nagłośnieniowych na sprzęt typowo domowy. Prosta filozofia Polka, Klopfera i Grossa spodobała się audiofilom, którzy albo wcale nie szukali ekstrawaganckich głośników, albo doskonale orientowali się w tym temacie i wiedzieli, że oryginalne pomysły nie zawsze gwarantują dobry efekt.

Miłośnicy sprzętu hi-fi dawno już przyzwyczaili się do tego, że elektroniczni giganci i międzynarodowe koncerny mają ich w nosie. Choć często te same firmy produkują telewizory wyposażone w matryce o niewiarygodnie wysokiej rozdzielczości, systemy poprawiające jakość obrazu i procesory, które mogłyby skutecznie kopać kryptowaluty, w urządzeniach odtwarzających dźwięk ten naturalny schemat, prawo rynku nakazujące systematycznie dążyć ku wyższej jakości praktycznie nie istnieje. Wychodzi się z założenia, że użytkownikowi potrzebny jest co najwyżej soundbar z bezprzewodowym subwooferem. Wydaje się, że czasy, w których na ostatnich stronach katalogów tych korporacji widniały wielkie, luksusowe, cudownie dopracowane, hi-endowe komponenty stereo, minęły bezpowrotnie. Dziś ludziom potrzebne są wielkie ekrany, na których można oglądać seriale i cyfrowe lustrzanki, dzięki którym można zrobić zdjęcia na Instagram i nakręcić filmik na YouTube'a. Sprzęt audio do użytku domowego został zredukowany do postaci monofonicznego głośnika bezprzewodowego, a kto potrzebuje czegoś więcej, niech uda się do sklepu z kolumnami za sto tysięcy złotych i wzmacniaczami ważącymi pięćdziesiąt kilo, to szybko mu się odechce i wróci szukać soundbara.

Głośniki sieciowe, jednoczęściowe systemy audio i kolumny bezprzewodowe robią ostatnio zawrotną karierę. Nie ma się zresztą czemu dziwić, bo w epoce streamingu wielu melomanów potrzebuje tak naprawdę tylko tego, aby taki sprzęt był możliwie mały i łączył się z laptopem, smartfonem lub telewizorem równie łatwo, jak robią to popularne soundbary. Kiedy jednak zaczniemy szukać takiego zestawu, szybko zorientujemy się, że każda z wymienionych opcji ma jakieś wady. Typowe głośniki bezprzewodowe nie zapewniają nam tej jakości brzmienia, co duże zestawy dla audiofilów. Są oczywiście wyjątki, takie jak Naim Muso czy Devialet Phantom Reactor, ale tu mówimy już o sporym wydatku. Może więc wybrać klasyczne, pasywne kolumny? No tak, ale tutaj człowiek zostaje wplątany w labirynt pytań, na które odpowiedzieć potrafią specjaliści z facebookowych grup, z tym, że każdy mówi coś innego. Wystarczy dojść do momentu, w którym takie kolumny musimy do czegoś podłączyć. Co wybrać? Amplituner, wzmacniacz i streamer, może jakiś inteligentny wzmacniacz stereo? Denona, Yamahę, Audiolaba? A jak to wszystko podłączyć? Ano właśnie... Wówczas perspektywa kupna kolumn bezprzewodowych staje się niezwykle atrakcyjna. Teoretycznie wystarczy je wpiąć do prądu, połączyć się z siecią Wi-Fi lub z telefonem przez Bluetooth i już można słuchać. A jak to wygląda w praktyce?

Producenci sprzętu audio lubią nadawać swoim urządzeniom nazwy, które automatycznie budzą skojarzenia z czymś luksusowym, ekskluzywnym, niedostępnym dla konsumenta przeszukującego serwisy aukcyjne w poszukiwaniu okazji. Reference, Special Edition, Master, Excellence, Anniversary, Limited, Statement, Gold, Signature - każdy z tych dopisków powinien wywoływać u audiofila szybsze bicie serca. Obecnie tego typu słowa są jednak często nadużywane, w związku z czym ich wartość określa tylko i wyłącznie to, kto i w jakim celu po nie sięgnął. Jeżeli jest to nieznany producent kabli, nikt nie zainteresuje się jego nowym dziełem, choćby zostało wycenione na milion złotych i otrzymało nazwę dłuższą niż poranny korek na trasie S8 w stronę Warszawy. Jeżeli jednak mówimy o limitowanej edycji kolumn jednej z najbardziej szanowanych firm w branży hi-fi, to już zupełnie inna rozmowa. Kiedy Bowers & Wilkins nadaje swoim wyrobom status Signature, można być pewnym, że będzie co podziwiać i czego słuchać. Kiedy dotarła do mnie informacja o planowanym wprowadzeniu na rynek dwóch zestawów oznaczonych takim dopiskiem, szybko zapisałem się na wirtualną premierę (swoją drogą, była to chyba pierwsza konferencja prasowa zorganizowana po ogłoszeniu koronawirusowego lockdownu), a następnie wysłałem dystrybutorowi maila z prośbą o wpisanie mnie na listę chętnych do przetestowania jednego z nowych modeli. Nie spodziewałem się, że zajmie to tyle czasu, ale cierpliwość się opłaciła, bo po niespełna dziewięciu miesiącach do naszej redakcji zawitały 705 Signature.

Jeśli spytacie audiofilów, z czym kojarzy im się sprzęt Naima, prawdopodobnie odpowiedzą, że z minimalistycznymi, czarnymi, trochę garażowymi klockami, które można łączyć ze sobą w dość nietypowy sposób, a także z oryginalnymi rozwiązaniami technicznymi, dziwnymi gniazdami oraz specyficznym podejściem do kwestii okablowania i ustawienia systemu stereo w pokoju odsłuchowym. Wszystko to sprawiło, że fani tej marki przez wiele, wiele lat byli traktowani jak odmieńcy. Nawet nie było sensu zaczynać z nimi rozmowy, bo interesowały ich tylko NAP-y, XPS-y i firmowe stoliki modułowe, dzięki którym razem z nowym zasilaczem można było kupić kolejną półkę, dążąc w ten sposób do ideału, czyli systemu składającego się z co najmniej kilkunastu komponentów. W dalszym ciągu można się w to bawić, jednak w pewnym momencie manufaktura z Salisbury zaczęła się resocjalizować, prostować swoje podejście i otwierać się na świat. Ale tylko w niektórych dziedzinach. Na przykład, postanowiono montować gniazda RCA, lecz obok, a nie zamiast DIN-ów. Wzornictwo uległo tylko niewielkim zmianom. Firma mimo wszystko chciała dbać o swoich wiernych fanów - tych, którzy wspierali ją nawet wtedy, gdy posiadanie jej sprzętu wymagało wielu, wielu poświęceń i odcięcia się od świata. Z drugiej strony można powiedzieć, że miłośnicy Naima w pewnym sensie zawsze mieli łatwiej. Normalny audiofil musi rozważać setki możliwych połączeń. Kręci go prawie wszystko, o czym może poczytać i co wpadnie mu w oko lub ucho. Naimowcy mieli natomiast nakreśloną ścieżkę, którą należało kroczyć. Firma zasugerowała, że trzeba kupić siedmiometrowe kable głośnikowe i poprowadzić je w dziwny sposób? Okej. Kazała ręcznie wyciągać płytę wraz z całym napędem z odtwarzacza? W porządku, przecież to zabawne i całkiem satysfakcjonujące. Do przedwzmacniacza i odtwarzacza proponowano zewnętrzne zasilacze? Dobra, trzeba tylko uzbierać kasę i wiadomo, co robić. Naimowcy nie musieli czytać testów, umawiać się na odsłuchy i szukać synergii w chaosie.

W jednym z programów o zabytkowych samochodach usłyszałem teorię, która mówi, że zainteresowanie tego typu pojazdami napędza nie tylko ich rosnąca wartość, ale przede wszystkim to, że potrzeba mniej więcej trzydziestu lat, aby niektórzy pasjonaci motoryzacji mogli pozwolić sobie na zakup auta, które kiedyś było obiektem ich marzeń. Dla jednych będzie to samochód, jakim kiedyś jeździł bogaty sąsiad, dla innych - egzotyczny kabriolet, który w czasach młodości można było oglądać co najwyżej w telewizji lub na plakatach, a dla tych nieco młodszych - sportowa fura, którą jeździło się w grze komputerowej. Moim zdaniem to nie koniec historii, bo kilkudziesięcioletnimi autami interesują się nawet dzisiejsi nastolatkowie, którzy przecież takich wspomnień nie mają, ale wiedzą, że niektóre klasyczne samochody mają w sobie coś wyjątkowego. Pochodzą z czasów, które już nigdy nie wrócą. Różnych rzeczy już od dawna tak się nie projektuje. Dziś wszystko musi być ekologiczne, bezpieczne, inteligentne i biodegradowalne. Kiedyś priorytety były trochę inne. Samochody miały być piękne, szybkie, a nawet lekko odlotowe, a jeśli budżet nie pozwalał na takie szaleństwa, musiały być przynajmniej porządne i wygodne. Kto dziś wypuściłby na rynek takie Lamborghini LM002, które pali grubo ponad 30 litrów na setkę, a w miejscu, w którym w nowoczesnych autach położylibyśmy smartfon, ma ogromną popielniczkę? Kto dopuściłby do sprzedaży Volkswagena T3, w którym podczas zderzenia czołowego zgniatany jest kierowca, a nie silnik? Który rodzić woziłby dziś swoje dzieci na tylnej kanapie Fiata Seicento? A mimo to, kiedy widzimy taki samochód, coś się w nas uśmiecha. Czy ten sam efekt zauważymy w świecie wysokiej klasy sprzętu stereo? Oczywiście! Z tym, że audiofile mają lepiej, bo elektronika nie musi przechodzić aż tylu rygorystycznych testów i, przynajmniej na razie, nikt nikomu nie zabrania produkować wzmacniaczy i kolumn głośnikowych według receptury sprzed kilkudziesięciu lat.

Jak już wielokrotnie podkreślałem, w kwestii sprzętu Hegla jestem całkowicie nieobiektywny. Lubię tę markę, podoba mi się znakomita większość oferowanych przez nią urządzeń, od niedawna używam końcówki mocy H20 w swoim systemie odniesienia, a z samymi Norwegami wypiłem w życiu tyle piwa, ile idzie podczas dobrego festiwalu. Szczególnie podoba mi się ich fachowe, ale jednocześnie proste i ludzkie podejście do różnych spraw. Z jednej strony mamy tu przecież do czynienia z firmą, którą w audiofilskim środowisku znają naprawdę wszyscy. Firmą, która ma na całym świecie dziesiątki dystrybutorów i setki dealerów. Firmą, która zgarnia wszystkie najważniejsze nagrody. Z drugiej - nie jest to żadna korporacja, w której na jednego inżyniera przypada trzech specjalistów od marketingu, dwóch product managerów i czterech dyrektorów. Jest dokładnie odwrotnie. To, że produkty Hegla mogą konkurować ze sprzętem wielkich graczy, często wygrywając tę rywalizację na etapie odsłuchu, wcale nie oznacza, że jest to chłodna i wyrachowana machina, której zależy tylko i wyłącznie na zwiększaniu sprzedaży. Tak, zależy, ale nie do tego stopnia, aby ktoś siedział po nocach w arkuszach kalkulacyjnych albo sprawdzał efektywność pracy poszczególnych członków zespołu, przeglądając zapisy z monitoringu. Norwegowie podchodzą do swojej pracy sumiennie, ale udaje im się zachować względny luz i, może to zabrzmi górnolotnie, ale tak właśnie to postrzegam - ducha maleńkiej, skromnej firmy założonej przez Benta Holtera jeszcze w czasach studenckich.

Możemy temu zaprzeczać, możemy się nie przyznawać, możemy udawać mądrzejszych i bardziej świadomych, ale ponieważ żyjemy w świecie automatycznych migawek i szybkich skojarzeń, w ten sam sposób kupujemy sprzęt audio. Nasze mózgi są już przyzwyczajone do nieustannego katalogowania symboli, które znamy zarówno ze swojego otoczenia, jak i z reklam lub zdjęć zamieszczanych w mediach społecznościowych. W pewnym sensie jest to dla nas bardzo wygodne. Upraszcza procesy myślowe do absolutnego minimum, wchodząc w warstwę reakcji mających korzenie w procesach całkowicie podświadomych. Nie musimy za każdym razem zastanawiać się, czy dany produkt nam się spodoba, czy nie. Jeżeli jego wygląd pasuje do tego, jak postrzegamy nasze życie i czym chcielibyśmy wypełnić przestrzeń, w której żyjemy, a dodatkowo mieliśmy już do czynienia ze sprzętem tej konkretnej marki i wiemy, że jej logo przywołuje dobre skojarzenia, kupujemy. Wielkie koncerny wiedzą, że owe skojarzenia nie mogą być zbyt różnorodne. Wizerunek jednej marki nie może pomieścić w sobie wszystkich obrazów i emocji, bo odczuwamy dyskomfort, gdy szufladki w naszym mózgu stają się zbyt pojemne. Dlatego też każda firma stara się jakoś wyróżnić. Tylko jak to zrobić, gdy chcemy wypuścić na rynek coś tak banalnego, jak soundbar? Przecież z definicji ma to być długi głośnik do telewizora. Jak sprawić, aby był inny? Można zacząć od oznaczenia. Harman Kardon Citation MultiBeam 700 - to pełna nazwa modelu, który niedawno pojawił się w katalogu amerykańskiej marki, uzupełniając jej system multiroom. A ponieważ bardzo dobrze wspominam test potężnych, podłogowych zestawów Citation Tower w konfiguracji stereofonicznej, postanowiłem dać szansę listwie z ciekawymi głośnikami umieszczonymi po bokach.

Centralnym elementem wysokiej klasy systemu stereo jest wzmacniacz. Tak było, tak jest i - mimo rosnącej popularności kolumn aktywnych - zapewne jeszcze długo tak będzie. Prawdopodobnie dlatego od pewnego momentu wzmacniacze zintegrowane zaczęły przejmować funkcje innych urządzeń. I nie mówię tu wcale o przetwornikach czy odtwarzaczach strumieniowych. Choć wielu audiofilów uważa, że idealny piecyk powinien mieć postać pudełka z dwoma pokrętłami i włącznikiem wydającym z siebie głośne "pstryk", normalnym użytkownikom taki minimalizm kojarzy się z problemami natury praktycznej. Moda na uzbrajanie wzmacniaczy w gniazda słuchawkowe, wejścia gramofonowe, regulatory barwy, wskaźniki wychyłowe i najróżniejsze (zazwyczaj niepotrzebne i nie używane ani razu) gniazda umożliwiające na przykład rozdzielenie funkcji przedwzmacniacza i końcówki mocy zaczęła się już dawno, dawno temu i zasadniczo trwa do dzisiaj. Ponieważ jednak zmieniły się potrzeby klientów, owo dodatkowe wyposażenie również jest już trochę inne. No bo komu potrzebne są dwie pętle magnetofonowe? Ale komplet wejść cyfrowych, dzięki którym do wzmacniacza podłączymy na przykład konsolę, dekoder czy telewizor - to już przyda się niejednemu melomanowi. Nikt nie twierdzi, że muzyki trzeba słuchać z telewizora, ale jeśli wzmacniacz i kolumny będziemy mogli wykorzystać w takiej sytuacji, odpadnie nam zakup soundbara. No, ale... Jeżeli nasza integra ma wejścia cyfrowe, to znaczy, że wewnątrz znajduje się DAC. Możliwe nawet, że zupełnie niezły. A stąd już tylko krok do eliminacji źródła jako takiego. Wystarczy wcisnąć do obudowy moduł łączności sieciowej, aby zamienić wzmacniacz w pełnoprawny system all-in-one. Właśnie takim urządzeniem jest Audiolab 6000A.
Kuba