
Zastanawialiście się kiedyś jaka jest różnica między melomanem a audiofilem? Odwołując się do definicji słownikowych i encyklopedycznych, meloman to po prostu miłośnik muzyki, natomiast audiofil to osoba szczególnie zainteresowana wysoką jakością odtwarzanego dźwięku i kolekcjonująca sprzęt odtwarzający najwyższej klasy. Zapewne każdy mógłby tu jeszcze dopisać coś od siebie, ale wielu ludzi zakwalifikuje się zarówno do jednej, jak i drugiej grupy. W końcu trudno sobie wyobrazić audiofila, który nie słucha muzyki (po cóż miałby wówczas być audiofilem), podobnie jak melomana, który nie posiada żadnego sprzętu grającego (może być lepszy lub gorszy, ale jakiś być musi). Jak sprawdzić czy jest się melomanem czy jednak już bardziej audiofilem? Zapytać czy w przeciągu ostatniego roku wydaliśmy więcej pieniędzy na płyty czy na kable? W epoce dominacji plików i streamingu płyt nie kupuje się już tak, jak kiedyś, więc klasyfikacja finansowa zaczyna się rozpływać. Wyobraźmy sobie jednak taką sytuację - wchodzi klient do salonu ze sprzętem audio i... No właśnie - co ogląda, o co pyta, czego szuka? Audiofil będzie zapewne przyglądał się urządzeniom, które prawdopodobnie gdzieś już wcześniej widział. Czytał testy, wchodził na różne strony internetowe, często może nawet przytoczyć dane techniczne danego wzmacniacza. Meloman w takim miejscu będzie natomiast szukał "czegoś", co pozwoli mu słuchać ulubionej muzyki. A czy owo "coś" będzie głośnikiem sieciowym, zestawem mikro czy pełnowymiarowym systemem złożonym z oddzielnych komponentów, to już w wielu przypadkach kwestia drugoplanowa. Uzależniona od dostępnej przestrzeni, zasobności portfela, czasami nawet kwestii estetycznych lub obecności jednej funkcji, z której dana osoba najczęściej korzysta. Powiedzmy, że stanęło na większym systemie z kolumnami. Te mamy już wybrane. Zdecydowały małe gabaryty i okleina, która spodobała się małżonce lub małżonkowi. Do kolumn trzeba jednak coś dołożyć. Wzmacniacz i odtwarzacz? To już spora wieża i większy wydatek. Zamiast tego wystarczyłoby pudełko. Tak, zwykłe pudełko, które pozwoli nam odtwarzać muzykę z wielu różnych źródeł i napędzi wybrane przez nas kolumny. W tym momencie sprzedawca z uśmiechem na ustach wskazuje Bluesounda Powernode 2i - małą, prostą skrzynkę, która sprawi, że nasze głośniki zaczną śpiewać. Szach i mat. Zapakować?

Większość producentów sprzętu audio uwielbia wabić klientów opowieściami o swojej historii i wielkiej pasji, która narodziła się w jakichś ciekawych okolicznościach. W studiu nagraniowym, podczas koncertu na żywo lub wspólnego odsłuchu z przyjaciółmi. Znamy też legendy o wzmacniaczach konstruowanych na kuchennym stole i kolumnach, które sprzedały się w setkach egzemplarzy jeszcze zanim ich twórcy skończyli prace nad prototypami, oczywiście siedząc w piwnicy, na strychu lub w garażu. DALI serwuje nam zupełnie inną, mniej romantyczną wersję wydarzeń. Firma wyrosła z wiodącej skandynawskiej sieci sprzedaży w roku 1983, a bodźcem do jej powstania był fakt, że klienci często pytali o kombinacje rozmiarów, kształtów, charakterystyki brzmienia i ceny kolumn, które ciężko było znaleźć wśród produktów dostępnych wówczas na rynku. Duńczycy postanowili więc powołać do życia nową markę. Wcale nie po to, aby przekroczyć granice niemożliwego. Chcieli dostarczyć melomanom dokładnie to, czego szukali - porządne, proste i dobrze brzmiące kolumny, z których będzie można zbudować dowolny system do każdego pomieszczenia. Taki plan nie mógł nie wypalić, ale chyba mało kto spodziewał się, że wkrótce Danish Audiophile Loudspeaker Industries stanie się jednym z wiodących producentów zestawów głośnikowych na świecie.

Yamaha jest jedną z nielicznych firm w branży audio, do których poczynań w ostatnich latach ciężko się przyczepić. Niektórzy producenci sprzętu zapomnieli o konieczności rozwijania swoich urządzeń i markują postępy wprowadzając od czasu do czasu coś w stylu gniazdka USB, co tak naprawdę stanowi tylko pretekst do podnoszenia cen. Inni zbyt mocno skręcili w stronę elektroniki lifestyle'owej, spychając na dalszy plan audiofilów, którym zawdzięczają swą obecną pozycję, a którzy po kilku latach nachalnego promowania tanich słuchawek i głośników bezprzewodowych nie dadzą się tak łatwo przeprosić. Mogą zapomnieć, że dana marka była kiedyś kojarzona z komponentami hi-fi i hi-end. Japończycy robią wszystko w punkt, pamiętając o różnych grupach klientów. Na przemian wprowadzają przystępne cenowo amplitunery i wyszukane końcówki mocy. Ostatnio udaje im się nawet delikatnie wybiegać w przyszłość. Tak było w przypadku soundbarów wykorzystujących odbicia dźwięku od ścian i amplitunerów stereo wyposażonych w najnowsze funkcje sieciowe. Kilka ładnych lat temu jeden z moich znajomych opowiadał o szkoleniach, jakie prowadzili w Polsce przedstawiciele Yamahy. "No i co tam ciekawego? Będą jakieś nowe, fajne urządzenia dla audiofilów?" - spytałem. "Wiesz co? To nieważne, bo u Yamahy jest teraz tylko jeden temat - MusicCast. Niedługo wszystko, co będzie można kupić w sklepach ze sprzętem audio, będzie połączone z siecią, a więc i z MusicCastem. Od słuchawek przez soundbary i miniwieże aż po najbardziej wypasione klocki." - powiedział. Wówczas była to jeszcze inna epoka, więc potraktowałem jego raport jako zapowiedź dość odległej przyszłości. Ta nadeszła jednak szybciej, niż mi się wydawało. MusicCast jest obecnie jednym z najbardziej zaawansowanych rozwiązań służących odtwarzaniu muzyki z różnych źródeł, a z pewnością najbogatszym systemem na rynku jeśli chodzi o ilość i różnorodność współpracujących z nim urządzeń. Dotychczas najbardziej ekstremalnym z nich był... Fortepian. Może to nic niezwykłego, biorąc pod uwagę doświadczenie Yamahy w budowaniu instrumentów muzycznych, ale prawdziwy, potężny fortepian podłączony do sieci i "odtwarzający" muzykę w tandemie z firmową wieżą to jednak nietypowe zjawisko. Teraz Disklavier Enspire ma nowego, groźnego konkurenta jeśli chodzi o najbardziej odjechane urządzenie z MusicCastem. Tak, nie mylicie się - to gramofon!

No cóż, nie oszukujmy się - w tym teście nie będzie mowy o nowościach, tylko o sprzęcie, który swoją premierę miał już ładnych kilka lat temu. W przypadku Audiolaba nie ma to jednak wielkiego znaczenia. Firma założona we wczesnych latach osiemdziesiątych przez Philipa Swifta i Dereka Scotlanda, mimo kilku historycznych zawirowań, ma wyrobioną markę w branży audio i nie musi raz na dwa miesiące wymieniać całej oferty. Byłoby to nawet niepożądane, bo audiofile cenią ją za pewną przewidywalność i rozwijanie produktów na zasadzie ewolucji, a nie rewolucji. Wszystko zaczęło się od wzmacniacza zintegrowanego 8000A. Klienci pokochali go za niezawodność, łatwość obsługi i dobrze kontrolowany dźwięk. Oryginalna filozofia Audiolaba powróciła w 2010 roku, kiedy to na rynku pojawiły się komponenty z serii 8200. Można powiedzieć, że manufaktura z Huntingdon - obecnie pod skrzydłami grupy IAG - wróciła do korzeni, sięgając po przepis na dobrze skonstruowany, ale wciąż stosunkowo niedrogi sprzęt oferujący czyste, pełne i dynamiczne brzmienie. W końcu przyszła jednak pora na zmianę i na sklepowe półki trafiły komponenty z serii 8300. Wciąż minimalistyczne, na swój sposób surowe, ale ładniejsze, nowocześniejsze i wyposażone w funkcje, których starsze modele nie miały. Zestaw składający się z odtwarzacza 8300CD i wzmacniacza 8300A mimo, iż nie najnowszy, wciąż jest flagowym okrętem Audiolaba.

Unison Research to jeden z najbardziej cenionych producentów wzmacniaczy lampowych i hybrydowych. Włoska firma jest z nimi utożsamiana tak mocno, że wychodzenie do audiofilów urządzeniami takimi, jak odtwarzacze płyt kompaktowych czy zestawy głośnikowe, przychodzi jej z trudem. Choćby nawet firmowe źródła czy kolumny wygrywały w bezpośrednim starciu z konkurencją, klienci mają swoje przyzwyczajenia. Dla nich Unison Research to albo nietuzinkowa lampa z drewnianymi ozdobami i pięknymi detalami albo rozsądna, porządnie wykonana hybryda. Szefowie manufaktury z Treviso od czasu do czasu pozwalają sobie na małe eksperymenty. Nie chcą, aby ich firma została całkowicie zaszufladkowana. Rynek gramofonów próbowali zdobyć modelem Giro, którego podstawę przyozdobiono - zgadliście - drewnem. Był to raczej prezent dla posiadaczy piecyków Unisona, niż bezpośredni atak na utytułowanych producentów szlifierek, choć - trzeba przyznać - wyjątkowo pociągający. Kilka lat temu do oferty wprowadzono dwa wzmacniacze lampowe, w których konstrukcji nie było ani grama drewna. Zamiast tego, w modelach P40 i P70 zastosowano czarne, błyszczące fronty, ogromne pokrętła ze stali nierdzewnej i szyby wykonane z szkła odpornego na działanie wysokich temperatur. Poza tym, wszystko było po staremu, ale melomanom chyba średnio spodobała się ta nowa, dziwna stylistyka. Obecnie firma kombinuje z potężnymi kolumnami o wysokiej skuteczności. Niedawno zaprezentowała też swój pierwszy wzmacniacz słuchawkowy. Ale audiofile wiedzą swoje. W ofercie Unisona szukają wzmacniacza o jasno określonych cechach. Lampowego, eleganckiego i obdarzonego naturalnym, lekko ocieplonym brzmieniem. Taki właśnie jest Preludio.

Czy to nie dziwne, że w czasach błyskawicznego rozwoju technologicznego coraz częściej chcemy wracać do rzeczy, które w imię postępu pogrzebaliśmy pod grubą warstwą kurzu? Wydaje się, że jeszcze trochę, a w wielu dziedzinach cofniemy się przynajmniej do lat osiemdziesiątych. W nowej odsłonie wróciła Nokia 3310, wróciły winyle i moda na boomboxy, w telewizyjnej ramówce znów pojawiła się "Sonda" i "Koło Fortuny", a na warszawskiej Pradze stanęła stacja CPN. Tylko czekać aż dzieciaki rzucą smartfony i wybiegną na podwórka grzebać się w piaskownicy, wisieć na trzepaku, pić oranżadę i grać w kapsle. Mam nadzieję, że prędzej czy później ta moda dotrze również do NASA i po raz pierwszy od 1972 roku wyślemy kogoś na Księżyc. W końcu niebawem od misji Apollo 17 minie dokładnie pół wieku, a skoro nowoczesne zegarki dysonują większą mocą obliczeniową, niż komputery ówczesnych statków kosmicznych, może wypadałoby tak rekreacyjnie odwiedzić srebrny glob? Wiem, że to bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać, ale zamiast latać tanimi liniami kosmicznymi, wolimy skupiać się na produkcji filmów pokazujących ludzi docierających do pięknych, dziewiczych planet setki tysięcy lat świetlnych od Ziemi. Czy aby cały ten postęp techniczny nie jest jedną wielką bujdą na resorach? To zależy od dziedziny, której się przyglądamy. Telefony komórkowe są mniejsze niż dziesięć lat temu i potrafią zastąpić dwa tuziny innych urządzeń. Samochody? Hmm... Tu zdania są podzielone. Mało kto przesiadłby się z nowoczesnej hybrydy do Poloneza Caro, ale fani czterech kółek tęsknią za wyglądem, brzmieniem i jakością wykonania aut sprzed kilkudziesięciu lat. Ich zdaniem mają one duszę, której 95% współczesnych modeli nigdy mieć nie będzie. Tylko te najciekawsze i najdroższe staną się pożądanymi klasykami, reszta pójdzie na złom i reinkarnuje się pod postacią pralki lub drukarki. Ze sprzętem audio sytuacja jest dość dziwna. Z jednej strony, postępu nie da się nie zauważyć. Możemy kupić przenośny odtwarzacz, który z plików hi-res gra tak, że dwadzieścia lat temu największym hi-endowcom opadłyby szczęki. Mamy głośniki wielkości termosu, które w zestawie ze smartfonem pozwalają nam słuchać dowolnej muzyki bez kupowania płyt i nagrywania wieczornych audycji radiowych na kasety. Z drugiej zaś tęsknimy do czasów, w których sprzęt hi-fi był czymś wyjątkowo, ale to wyjątkowo fajnym. Wzdychamy do amplitunerów w drewnianych obudowach, metalowych pokręteł i przełączników, podświetlanych wskaźników wychyłowych i magnetofonów szpulowych. Przede wszystkim pragniemy jednak wrócić do czasów, w których wzmacniacz nie musiał być cyfrowy, odtwarzacz nie musiał być sieciowy, a kolumny nie musiały wyglądać tak, jakby wcale ich nie było. W dużym skrócie, tęsknimy za złotą erą sprzętu stereo.

Japonia to nie kraj, ale stan umysłu. Nie wiem czy sam umiałbym się tam odnaleźć, ale nagłaśniane w mediach historie, tak oderwane od naszych realiów, tylko pogłębiają moją fascynację tą kulturą. Japończycy z pewnością są trochę szaleni, ale cenią sobie precyzję i punktualność, wspierają innowacyjne pomysły, potrafią docenić wszystko, co oryginalne, a przy tym szanują swe tradycje i są niesamowicie honorowi. Jeżeli chcecie wiedzieć o czym mówimy, wystarczy opisać "skandal", jaki w ubiegłym roku wywołała kolejowa spółka Tsukuba Express przepraszając pasażerów za to, że 14 listopada pociąg relacji Tokio - Tsukuba odjechał... 20 sekund przed czasem! Firma poinformowała, że skład miał odjechać ze stacji Minami Nagareyama o godzinie 9:44:40, a odjechał o 9:44:20, serdecznie przepraszając za ewentualne niedogodności. Dopiero po zamieszczeniu oświadczenia okazało się, że nikt na odjazd się nie spóźnił. Gdyby sama spółka o tym nie napisała, prawdopodobnie nikt by się nie zorientował. Mimo to, jej szefowie przeprowadzili wewnętrzne śledztwo, które wykazało, że przyczyną nieporozumienia było zaniedbanie załogi pociągu. Przewoźnik poinformował, że wszczął działania polegające na poinstruowaniu załogi, by w przyszłości staranniej przygotowywała się do pracy. I to pomimo, że nikt nie ucierpiał ani nawet nie złożył reklamacji. W porządku - pomyślicie. W końcu zdarza się, że pociąg ucieknie nam sprzed nosa i na następny musimy czekać dwie godziny. Tyle, że kolejny skład w tym samym kierunku odjechał piętnaście minut później. Jeżeli zastanawiacie się jak wyglądałyby hi-endowe słuchawki stworzone w Japonii, odpowiedź wydaje się prosta - tak, jak AH-D9200.

ELAC to firma jednoznacznie kojarzona z zestawami głośnikowymi. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, bo w ich produkcji specjalizuje się od wielu, wielu lat. Niemcy skupili się na kolumnach tak mocno, że o ich dziedzictwie i zaangażowaniu w inne projekty wiedzieli tylko niektórzy recenzenci i wyjątkowo dociekliwi audiofile. Informacja o tym, że ELAC nie tylko był swego czasu cenionym producentem gramofonów, ale wręcz zaczynał od nich swoją przygodę z komercyjnym sprzętem audio, jest dla wielu osób co najmniej zaskakująca, a to nawet nie koniec historii. Firma powstała w 1926 roku w Kilonii i początkowo zajmowała się analizą rozchodzenia się fal w różnych ośrodkach. Konsekwencją prac badawczych była produkcja sonarów montowanych między innymi na okrętach podwodnych. Po wojnie ELAC szybko przerzucił się na produkcję sprzętu audio. W 1948 roku zaprezentował swój pierwszy gramofon - PW1. Firma święciła triumfy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a jednym z jej największych hitów był Miracord 50H II. Jak na swoje czasy, była to całkiem zaawansowana maszyna wyposażona w wiele przełączników i regulacji. Użytkownik mógł wybrać obsługę manualną lub automatyczną. Dla początkujących użytkowników urządzenie było więc proste w obsłudze, natomiast audiofile mogli skorzystać chociażby z możliwości ustawienia anti-skatingu czy nacisku. Gramofon miał też ciekawe ramię TA-30 o kwadratowym przekroju. Choć do modeli flagowych jeszcze trochę mu brakowało, klienci go pokochali. Podobno wiele z tych szlifierek bez większych problemów gra do dziś, ciesząc uszy swoich pierwszych właścicieli i kolejnych pokoleń melomanów.

Choć żyjemy w epoce smartfonów i inteligentnych głośników, miłośnicy sprzętu audio wciąż chętnie kupują wzmacniacze lampowe. Mogłoby się wydawać, że urządzenia zbudowane w oparciu o tę technologię są z góry skazane na porażkę, jednak rzeczywistość pokazuje coś zupełnie innego. Audiofile potrzebują lamp jak powietrza. Niektórzy potrafią się bez nich obejść, inni decydują się na wzmacniacze hybrydowe lub źródła z lampowym stopniem wyjściowym, ale niezaprzeczalny urok rozżarzonych do czerwoności baniek kusi ich na każdym kroku. Ten dźwięk, ta prezencja, to jedyne w swoim rodzaju poczucie obcowania ze sprzętem, który pracuje, nagrzewa się i wymaga od nas pewnego zaangażowania w cały ten proces... Podobnie, jak gramofony, wzmacniacze lampowe po prostu mają duszę, a ich fanów nikt nie jest w stanie przekonać, że tranzystor zagra tak samo. Niestety, bilety wstępu do tego klubu nie są i nigdy nie były tanie. Znalezienie dobrego, rozsądnie wycenionego urządzenia jest procesem niezwykle trudnym i pełnym pułapek. Za większość europejskich, amerykańskich i japońskich wzmacniaczy lampowych trzeba zapłacić minimum dziesięć tysięcy złotych, a i tak mówimy wtedy o modelach z pierwszych stron katalogu. Tych najmniejszych, oferujących niską moc, często też pozbawionych jakichkolwiek udogodnień. Chińczycy wystawiają znacznie niższe rachunki, ale w życiu nie ma nic za darmo. Aby nie trafić na minę, trzeba bardzo dobrze orientować się w temacie. Czasami lepiej dopłacić, niż wydać pięć tysięcy na sprzęt, który na zdjęciach i na papierze wygląda dobrze, ale w rzeczywistości nadaje się tylko na śmietnik. Od kilku lat audiofile mają jednak nowego dostawcę swoich ukochanych lamp. I to nie z Chin, nie z Malezji, ale z Polski. Mowa oczywiście o firmie Fezz Audio.

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego domowy sprzęt audio tak bardzo różni się od tego używanego przez profesjonalistów? Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda podobnie - mamy źródła, przetworniki, wzmacniacze i zestawy głośnikowe, a jednak przeniesienie urządzenia pracującego w studiu do salonu audiofila jest pomysłem co najmniej dziwnym. Nie to wyposażenie, nie te wymagania. O wzornictwie i wykończeniu nie wspominając. W drugą stronę działa to jeszcze gorzej. Mimo chwytliwych historii, jakie z lubością serwują melomanom producenci stereofonicznej aparatury, rzadko który zawodowiec korzysta w swojej pracy ze sprzętu uznawanego za audiofilski. Wbrew temu, co być może niektórym się wydaje, lista urządzeń działających w obu środowiskach jest wyjątkowo krótka. Nawet firmy, którym faktycznie udało się pogodzić interesy dźwiękowców i melomanów, najczęściej oferują różne wersje tych samych urządzeń. Ciężko sobie bowiem wyobrazić profesjonalistę pracującego na wzmacniaczach lampowych, tak samo, jak amatora wstawiającego do salonu brzydkie kolumny grające tak, że wiele płyt chciałoby się natychmiast wyrzucić do kosza. A jednak na styku tych dwóch światów powstają produkty wyjątkowe. Dziwne, ale intrygujące. Niezwykle kuszące, przemycające coś dobrego z każdej strony, czasami nawet przełomowe. Być może jednym z takich złotych strzałów będą aktywne monitory MY5 polskiej marki My Monitors.
Paweł