
Choć żyjemy w epoce smartfonów i inteligentnych głośników, miłośnicy sprzętu audio wciąż chętnie kupują wzmacniacze lampowe. Mogłoby się wydawać, że urządzenia zbudowane w oparciu o tę technologię są z góry skazane na porażkę, jednak rzeczywistość pokazuje coś zupełnie innego. Audiofile potrzebują lamp jak powietrza. Niektórzy potrafią się bez nich obejść, inni decydują się na wzmacniacze hybrydowe lub źródła z lampowym stopniem wyjściowym, ale niezaprzeczalny urok rozżarzonych do czerwoności baniek kusi ich na każdym kroku. Ten dźwięk, ta prezencja, to jedyne w swoim rodzaju poczucie obcowania ze sprzętem, który pracuje, nagrzewa się i wymaga od nas pewnego zaangażowania w cały ten proces... Podobnie, jak gramofony, wzmacniacze lampowe po prostu mają duszę, a ich fanów nikt nie jest w stanie przekonać, że tranzystor zagra tak samo. Niestety, bilety wstępu do tego klubu nie są i nigdy nie były tanie. Znalezienie dobrego, rozsądnie wycenionego urządzenia jest procesem niezwykle trudnym i pełnym pułapek. Za większość europejskich, amerykańskich i japońskich wzmacniaczy lampowych trzeba zapłacić minimum dziesięć tysięcy złotych, a i tak mówimy wtedy o modelach z pierwszych stron katalogu. Tych najmniejszych, oferujących niską moc, często też pozbawionych jakichkolwiek udogodnień. Chińczycy wystawiają znacznie niższe rachunki, ale w życiu nie ma nic za darmo. Aby nie trafić na minę, trzeba bardzo dobrze orientować się w temacie. Czasami lepiej dopłacić, niż wydać pięć tysięcy na sprzęt, który na zdjęciach i na papierze wygląda dobrze, ale w rzeczywistości nadaje się tylko na śmietnik. Od kilku lat audiofile mają jednak nowego dostawcę swoich ukochanych lamp. I to nie z Chin, nie z Malezji, ale z Polski. Mowa oczywiście o firmie Fezz Audio.

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego domowy sprzęt audio tak bardzo różni się od tego używanego przez profesjonalistów? Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda podobnie - mamy źródła, przetworniki, wzmacniacze i zestawy głośnikowe, a jednak przeniesienie urządzenia pracującego w studiu do salonu audiofila jest pomysłem co najmniej dziwnym. Nie to wyposażenie, nie te wymagania. O wzornictwie i wykończeniu nie wspominając. W drugą stronę działa to jeszcze gorzej. Mimo chwytliwych historii, jakie z lubością serwują melomanom producenci stereofonicznej aparatury, rzadko który zawodowiec korzysta w swojej pracy ze sprzętu uznawanego za audiofilski. Wbrew temu, co być może niektórym się wydaje, lista urządzeń działających w obu środowiskach jest wyjątkowo krótka. Nawet firmy, którym faktycznie udało się pogodzić interesy dźwiękowców i melomanów, najczęściej oferują różne wersje tych samych urządzeń. Ciężko sobie bowiem wyobrazić profesjonalistę pracującego na wzmacniaczach lampowych, tak samo, jak amatora wstawiającego do salonu brzydkie kolumny grające tak, że wiele płyt chciałoby się natychmiast wyrzucić do kosza. A jednak na styku tych dwóch światów powstają produkty wyjątkowe. Dziwne, ale intrygujące. Niezwykle kuszące, przemycające coś dobrego z każdej strony, czasami nawet przełomowe. Być może jednym z takich złotych strzałów będą aktywne monitory MY5 polskiej marki My Monitors.

Devialet to jedna z niewielu firm, którym udało się wprowadzić do świata wysokiej klasy sprzętu audio mnóstwo świeżości. Francuzi zerwali z obowiązującymi od dawna schematami i weszli na rynek z takim przytupem, że nie sposób było tego nie zauważyć. Choć ich produkty od samego początku były wybitnie innowacyjne, prezentowano je od razu w gotowej, pięknej, dopracowanej formie. Zupełnie jakby ktoś przywiózł je z niedalekiej przyszłości. Eleganckie, naszpikowane opatentowanymi rozwiązaniami i obrzydliwie luksusowe wzmacniacze w płaskich obudowach reklamowano nawet hasłem "One day, everyone will own a Devialet". Sądząc po cenach, wydawało się to niemożliwe, jednak dziś - kiedy głośniki z serii Phantom zrobiły taką furorę, a na rynek właśnie wchodzą ich tańsze odpowiedniki o nazwie Phantom Reactor - owa zapowiedź wydaje się trochę bliższa rzeczywistości. Francuscy inżynierowie w bardzo przemyślany i konsekwentny sposób łączą w swoich produktach nowoczesną technologię, niebanalne wzornictwo, wysoką jakość wykonania i bogatą funkcjonalność. Nie trzeba być audiofilem, aby dostrzec wyjątkowość tych urządzeń. Podczas, gdy inni producenci stawiają na tradycyjne klocki, Devialet proponuje nam sprzęt z innej galaktyki. Minimalistyczny, ale oferujący niezliczoną ilość funkcji i obdarzony wyjątkowymi możliwościami. Niewielki, ale dysponujący bardzo wysoką mocą. Do tego otwarty na aktualizacje i perspektywę rozbudowy poprzez dodanie kolejnych klocków. Trudno się dziwić, że firma ma już pokaźne grono wiernych fanów. Ludzi, którzy nie mają problemu z wyłożeniem sporych pieniędzy na sprzęt audio, ale muszą wiedzieć, że nie płacą za przestarzałą technologię ubraną w historie o wojskowych kondensatorach i obudowę z drewnianym frontem. Choć dziś większość użytkowników kojarzy Devialeta z dizajnerskimi głośnikami o atomowym brzmieniu, trzonem jej oferty od zawsze były płaskie wzmacniacze, a właściwie systemy all-in-one. Ich kolejne generacje są coraz mocniejsze, sprytniejsze i bardziej dopracowane. Niedawno w katalogu wylądowała nowa wersja bazowego modelu z serii Expert Pro i właśnie z takie cudo trafiło do naszej redakcji.

Melomani szukający niedrogich, ale porządnych zestawów głośnikowych nie mają dziś powodów do narzekania. Wprawdzie nie wszystkie modele dostępne na rynku potrafią wybić się ponad poziom budżetówki, a rzadko która firma swoimi produktami robi taką furorę, jaką niegdyś potrafiły wywołać kolumny Avance'a czy Eltaxa, wybór i tak jest przeogromny. Boston Acoustics, ELAC, Focal, Heco, Indiana Line, Jamo, JBL, Magnat, Melodika, Monitor Audio, Pylon Audio, Q Acoustics, Tannoy - z całą pewnością jest w czym wybierać. Jedną z firm, które chyba od zawsze oferowały przystępne cenowo głośniki z audiofilskimi aspiracjami jest też Mission. Brytyjska marka powstała w 1977 roku i od początku inwestowała w nowe technologie, co potwierdziły już pierwsze wprowadzone na rynek kolumny. Konstrukcja oznaczona symbolem 770 jako pierwsza na świecie wykorzystywała głośnik wykonany z polipropylenu. W zaprezentowanym rok później modelu 700 wprowadzono odwrócony układ przetworników, który firma stosuje po dziś dzień. Kolejne dekady upłynęły firmie na ciągłym rozwoju, ze szczególnym naciskiem na stosowanie bardziej zaawansowanych materiałów. Dziś marka należąca do grupy IAG (obok takich producentów, jak Audiolab, Castle, Luxman, Wharfedale czy Quad) wciąż koncentruje się na produkcji zestawów głośnikowych. W jej ofercie znajdziemy aż pięć serii kolumn (LX, QX, MX, SX i VX), całą linię subwooferów aktywnych (MS), a także linię dopasowanych podstawek (Stancette) i głośnik bezprzewodowy Aero.

Polskich producentów sprzętu audio można podzielić na trzy grupy. Do pierwszej należą firmy produkujące sprzęt bardzo wysokiej jakości, zachwalany nie tylko w rodzimej, ale także zagranicznej prasie. Z reguły są to manufaktury z wieloletnim stażem, które pracowały na swoją pozycję stale podnosząc poprzeczkę i dbając o swoich klientów. To stosunkowo wąskie grono marek nie bez powodu darzonych powszechnym szacunkiem i zaufaniem. Audiofilska ekstraklasa. Druga grupa obejmuje firmy, które może nie mogą pochwalić się dziesiątkami obcojęzycznych recenzji napisanych po, ale na rodzimym rynku radzą sobie całkiem nieźle. Moim zdaniem właśnie ta grupa jest najliczniejsza, o czym można się przekonać chociażby podczas wystawy Audio Video Show. Do trzeciej grupy zaliczyłbym wszystkie przedsiębiorstwa, które albo nie potrafią się przebić albo zostały powołane do życia na próbę i prawdopodobnie za chwilę znikną z mapy. Albedo to jedna z marek, co do których nie mam żadnych wątpliwości. Bez wahania mogę zaliczyć ją do pierwszej ligi. I to nie polskiej, ale światowej.

Niektórzy zaczynają dzień od papierosa, inni od płatków z mlekiem i telewizji, ja natomiast od kawy, kanapki i przeglądania ulubionych serwisów internetowych. Zwykle na kanapie w domu, ale kiedy muszę wyjść wcześniej, w okolicach jedenastej szukam miejsca, gdzie mógłbym nadrobić zaległości. Niedawno wstąpiłem więc do kawiarni w jednej z galerii handlowych. Kawa i kanapka - pomyślałem. Może jednak z koniecznością odwiedzenia widocznej z kosmosu hali będą wiązały się jakieś korzyści? Otóż średnio, bo normalna kawa z mlekiem i bułka z szynką, serem albo jajkiem to zbyt prostackie menu, jak na lokal w centrum Warszawy. Z kanapek do wyboru były trzy opcje. Jedna z pieczonym schabem, warzywami, rukolą i sosem buraczkowo-chrzanowym, druga z chorizo, serem, pomidorem, kiełkami i pieczarkami, a trzecia z sałatą rzymską, mozarellą, oliwkami i pesto bazyliowym. Kawę zamawiałem chyba z dziesięć minut. Z normalnych ziaren czy z arabiki? Na mleku zwykłym czy sojowym? A czy mam aplikację, a czy zbieram pieczątki, a czy chciałbym jeszcze małą chai latte na wynos... Kiedy siadałem do stolika, dotarło do mnie, że zamiast w spokoju pić sobie kawę, będę musiał przyspieszyć. Jeszcze nie wziąłem łyka, a przez to całe zamieszanie byłem już spóźniony. Czy to wszystko musiało być aż tak skomplikowane? Niestety, podobne myśli nachodzą mnie, kiedy patrzę na sprzęt audio. Streamery, wzmacniacze, kolumny, przetworniki, kable, listwy, stoliki, ustroje akustyczne... W porządku, ja lubię się tym bawić, ale co mają zrobić ludzie, którzy chcą tylko, no wiecie - kawę i kanapkę? Okazuje się, że mają spory problem. Co kupić? Amplituner i parę kolumn, zestaw kina domowego, soundbar z bezprzewodowym subwooferem, a może głośniki bezprzewodowe? A może - uwaga, uwaga - miniwieżę?

Audio-Technica ostatnio bardzo mocno atakuje rynek słuchawkowymi nowościami. Jako producent doskonałych nauszników, mikrofonów i wkładek gramofonowych, w pewnym sensie ma ułatwione zadanie i może szybko dotrzeć do klientów szukających na przykład słuchawek bezprzewodowych albo sportowych dokanałówek. Nie można jednak powiedzieć, aby o każdym nowym modelu japońskiej marki robiło się głośno. Może to właśnie swego rodzaju skutek uboczny szybkiego rozbudowywania katalogu? Zwykle pojawia się informacja prasowa dotycząca premiery kolejnego produktu, czasami kilka testów i to wszystko, bo zaraz na rynek wchodzi kolejny model. Z drugiej strony, Audio-Technica nigdy nie stawiała na głośny marketing i walkę o atencję klientów, ale na solidną inżynierię, dopracowane detale i wiarę w to, że dobry produkt obroni się sam. Takie podejście świadczy o cennym zaufaniu do swoich możliwości, ale może być ryzykowne. Kiedy pozwala się, by produkt mówił sam za siebie, musi on faktycznie mówić dużo, głośno i wyraźnie, by przekaz został odebrany. Pamiętajmy jednak, że Audio-Technica nie jest zupełnie nowym graczem, ale doświadczoną firmą łączącą japońską technologię z kilkudziesięcioletnią tradycją. Czy teraz uda jej się wywalczyć silną pozycję na rynku słuchawek bezprzewodowych? Na to pytanie powinien odpowiedzieć nam test jednego z najnowszych modeli - ATH-ANC700BT.

Jeszcze kilka lat temu markę Reloop brali pod uwagę tylko ci miłośnicy analogowego brzmienia, którym nie przeszkadzały jej profesjonalne korzenie, stosowany we wszystkich modelach napęd bezpośredni i wygląd budzący skojarzenia ze sprzętem DJ-skim. Co ja mówię, skojarzenia... To były przecież "dyskotekowe" gramofony, które mogły pracować także w domowych systemach stereo. Choć nie projektowano ich z myślą o melomanach i audiofilach, niektórzy właśnie w takich urządzeniach widzieli najlepszą alternatywę dla budżetowych szlifierek Regi, Pro-Jecta czy Thorensa. Za te same pieniądze mogli kupić coś więcej, niż deskę z talerzem i prostym ramieniem. Podczas, gdy w najtańszych gramofonach pochodzących od firm typowo audiofilskich zmiana prędkości obrotowej odbywała się poprzez ręczne przełożenie paska na rolkę o innej średnicy, w DJ-skich gramofonach Reloopa (i kilku konkurencyjnych firm) montowano najróżniejsze bajery - przyciski, gałki, suwaki, a nawet lampy stroboskopowe. Wyższa masa, wbudowany przedwzmacniacz korekcyjny z opcją wyprowadzenia sygnału prosto z wkładki, normalne gniazda i odłączane kable zamiast zwisających spod podstawy drucików... Nabywcy takich maszyn wcale nie chcieli czuć się jak Deadmau5 czy Armin van Buuren. Przekonywały ich kwestie praktyczne, a także solidne wykonanie i przystępne ceny. Mimo to, profesjonalny gramofon niekoniecznie musi sprawdzić się w systemie hi-fi, tak jak wojskowa ciężarówka raczej nie będzie idealnym samochodem na wakacyjny wyjazd. Niby wszystko pomieści, a w razie potrzeby wjedzie w trudniejszy teren, ale nikt normalny nie zabiera rodziny nad morze zielonym Starem 660 z demobilu. Dlatego właśnie Reloop wypuścił na rynek rodzinę "amatorskich" gramofonów. Zaczęło się od wszechstronnego modelu Turn 3. Później dołączył do niego droższy Turn 5. Trzecim modelem z rodziny Reloop HiFi jest najprostszy i najtańszy Turn 2.

Technika analogowa i cyfrowa to dwa światy, które w sprzęcie audio nieustannie ścierają się ze sobą i walczą o dominację od dobrych kilkudziesięciu lat. Już w momencie wprowadzenia na rynek pierwszych płyt kompaktowych i zaprojektowanych do ich odczytu odtwarzaczy stało się jasne, że muzyka w formie cyfrowej zostanie z nami na dłużej. Dziś możemy słuchać jej w postaci plików wysokiej rozdzielczości albo w niezwykle wygodny sposób - bezpośrednio z sieci, korzystając z serwisów streamingowych. Tak czy inaczej poruszamy się w domenie cyfrowej, ale wciąż nie jesteśmy w stanie poradzić sobie bez układów analogowych. To dlatego, że dźwięk w samej swojej istocie jest analogowy. Zapisany na płycie lub w postaci pliku wciąż jest tylko ciągiem zer i jedynek, które muszą zostać przetłumaczone na sygnał zrozumiały dla człowieka - sinusoidy, częstotliwości, decybele, harmoniczne, drgania membran i wreszcie to, co kochamy najbardziej - naszą ulubioną muzykę. Punkt, w którym dokonywana jest konwersja coraz bardziej przesuwa się w kierunku głośników. Dawniej zadanie to należało tylko i wyłącznie do odtwarzacza. Dziś może się nim zajmować wzmacniacz, a nawet aktywne kolumny. Nie zmienia to jednak faktu, że potrzebujemy urządzenia, które zamieni nasze zera i jedynki na "prawdziwy" dźwięk. Przetwornik cyfrowo-analogowy pełni w systemie stereo funkcję tłumacza, dlatego też jego rola jest nie do przecenienia. Świadomi znaczenia cyfrowej muzyki w naszym życiu, producenci sprzętu audio prześcigają się w produkcji coraz lepszych DAC-ów, bazujących na najnowszych kościach lub nawet zbudowanych od zera, po swojemu. Jak wiadomo, jakość "tłumaczenia" jest kluczowa z punktu widzenia każdego elementu, który znajdzie się dalej. W poszukiwaniu naprawdę audiofilskiego przetwornika warto prześledzić ofertę wysoko wyspecjalizowanych firm. Chord, Hegel, PS Audio, T+A, Audiobyte, Bryston, ADL, Soul Note... Poza kilkoma wyjątkami nie są to szczególnie popularne marki, a jednak wielu melomanów uważa, że w kwestii przetworników zdecydowanie warto się nimi zainteresować. Taką marką jest także Aqua.

Czasami mam wrażenie, że żyjemy w czasach, których hasłem przewodnim jest "więcej". Widać to nie tylko w telewizji czy podczas sobotnich zakupów w supermarkecie, ale nawet w tak cichym i hobbystycznym zakątku naszej rzeczywistości, jakim jest rynek sprzętu audio. Liczba dostępnych marek i modeli przyprawia o zawrót głowy, a galopujące ceny sprawiają, że nawet audiofile, którzy niejedno w życiu widzieli, często "wymiękają" i szukają jakiejś odskoczni od tego szaleństwa. Sam wciąż uważam się za przedstawiciela młodszego pokolenia melomanów (choć przebijająca się siwizna na łepetynie mówi co innego), a mimo to dobrze pamiętam czasy, kiedy kabel za pięć tysięcy złotych był czymś, o czym pisano w wielkonakładowych gazetach. Dziś nie szokują nas kwoty rzędu dwudziestu czy pięćdziesięciu tysięcy za interkonekt lub parę kabli głośnikowych. Normalka. Może pół miliona to byłoby coś. Istnieje jednak spora grupa ludzi, którzy nie dadzą się wciągnąć w taką zabawę, choćby nawet pozwalała im na to zasobność portfela. Na miłość boską, to tylko kable... Pamiętajmy także o ogromnej grupie melomanów, którzy dopiero weszli w temat i zwyczajnie nie potrzebują wypasionych kabli. Chcieliby natomiast podłączyć swój sprzęt czymś w miarę porządnym. Lepszym, niż kable, które można kupić w supermarkecie lub osiedlowym sklepie z osprzętem elektrycznym. Tutaj do gry wchodzi Melodika.
Rafał