
Firma Wharfedale Wireless Works została założona w 1932 roku przez Gilberta Briggsa, który swoje pierwsze głośniki składał w piwnicy domu w Ilkley, w dolinie rzeki Wharfe. Naturalnie, słowo "Wireless" nie odnosiło się wówczas do głośników bezprzewodowych z technologią Bluetooth, ale czegoś w gruncie rzeczy bardzo podobnego - odbiorników radiowych. Zapotrzebowanie na nie było tak duże, że do Gilberta przyłączyła się jego żona, Doris Edna Briggs. W dużym domku letniskowym małżeństwo uruchomiło linię produkcyjną, na okrągło zajmując się nawijaniem cewek i lutowaniem przewodów. W 1933 roku młodziutka manufaktura wzięła udział corocznym konkursie Bradford Radio Society, zdobywając pierwsze i drugie miejsce. Ważniejsza była jednak inna nagroda - pierwsze naprawdę duże zamówienie. Stało się jasne, że aby nadążyć za popytem, Wharfedale musi przenieść się do większej fabryki, którą postawiono pod nosem organizatorów wspomnianego wyżej konkursu - Bradford.

W ostatnich latach miałem styczność z wieloma modelami słuchawek nausznych i wokółusznych. Jedne lepiej sprawdzały w określonych gatunkach muzycznych i w codziennym użytkowaniu, na przykład na spacerze lub w pracy. Inne zapewniały wyjątkowo dobry dźwięk, ale kulały w czasie telekonferencji lub gubiły się po podłączeniu do kilku urządzeń jednocześnie. Każdy z modeli miał tę samą bolączkę, a właściwie niedogodność, z którą oczywiście można było sobie poradzić, jednak nie zawsze chciało się to robić. Chodzi tu o odtwarzanie muzyki wysokiej rozdzielczości. Nawet jeśli wybierzemy nauszniki, które powinny ten dar mieć, później okazuje się, że niekoniecznie współpracują z telefonem lub laptopem wyposażonym w łączność Bluetooth starszego typu, ponieważ ten jest dla nich zwyczajnie za słaby wydajnościowo jeśli chodzi o przesyłanie danych. Jakimś rozwiązaniem jest przesiadka na połączenie przewodowe, na przykład przez kabel USB, ale spójrzmy prawdzie w oczy - kto w dzisiejszych czasach kupuje słuchawki bezprzewodowe aby od razu wiązać je na smyczy? Jakość możliwa do wygenerowania bezprzewodowo jest na tyle dobra, że powinna zaspokoić codzienne potrzeby użytkowników, a słuchanie plików hi-res, użycie kabla czy zabawa z kodekami to tematy, które interesują chyba tylko audiofilów. Nie zmienia to faktu, że czasem chciałoby się zakosztować dźwięku wysokiej próby i to najlepiej bez plączącego się kabla lub przejściówek. Okazuje się, że można połączyć przyjemne z pożytecznym i dzięki pewnemu bardzo sprytnemu rozwiązaniu ominąć problem kodeków czy różnych wersji systemu Bluetooth po stronie słuchawek i źródła. Zainteresowani?

Kiedy Rega wprowadziła siódmą generację swojego wzmacniacza zintegrowanego Brio, byłem nieco zaskoczony. Którą?! Fakt, model ten figuruje w ofercie brytyjskiej firmy od kiedy pamiętam, ale nie zdawałem sobie sprawy, że doczekał się już aż tylu różnych wersji. Ostatni raz miałem z nim kontakt w 2016 roku, kiedy przetestowałem go w komplecie z odtwarzaczem Apollo-R i monitorami KEF LS50. Kompaktowy piecyk nosił wtedy nazwę Brio-R, a kolejna generacja była przedstawiana po prostu jako Brio, bez wskazywania na to, który to już "mark". Okazuje się, że historia tego modelu sięga początku lat dziewięćdziesiątych. I choć przez te ponad trzy dekady urządzenie zmieniało się, ewoluowało i dostosowywało do nowych wymagań rynku, jego filozofia konstrukcyjna pozostała niezmienna. Brio zawsze było sprzętem zaprojektowanym z myślą o prostocie, funkcjonalności i muzykalności. Miał dawać melomanom przedsmak tego, co potrafią zaoferować droższe, większe wzmacniacze, ale w przystępnej, minimalistycznej formie. Bez przesady i prężenia muskułów. Taka też wydaje się być najnowsza wersja, choć niewątpliwie w kilku aspektach "siódemka" została unowocześniona - pojawiły się tu rzeczy, na które spora część klientów rozglądających się za takim wzmacniaczem czekała i które z pewnością zostaną przyjęte z entuzjazmem.

Bowers & Wilkins to firma, która w świecie audio ma status legendy. Nie bez powodu. Od lat sześćdziesiątych tworzy sprzęt, który trafia zarówno do domów melomanów, jak i - czym marka lubi się chwalić, choć konkurencja celująca w rynek profesjonalny ma na tym polu znacznie większe dokonania - do najbardziej wymagających realizatorów nagrań. Kolumny z serii 800 Diamond są używane w Abbey Road Studios, a modele z serii 600 i 700 należą do tych produktów, których w zasadzie nie trzeba reklamować. Są dostępne od dawna i ulepszane z generacji na generację, a dla audiofilów stanowią punkt odniesienia w kategorii zestawów głośnikowych, które można postawić w salonie. Ale to nie wszystko, bowiem Bowers & Wilkins ma również spore doświadczenie w produkcji słuchawek. Pierwszym, odważnym podejściem do tego tematu były P5 z 2010 roku, których prywatnie wciąż używam. Te eleganckie, skórzane, smukłe nauszniki po piętnastu latach wciąż wyglądają jak nowe i mogą pochwalić się świetnym brzmieniem. Oczywiście nie katuję ich zbyt mocno, bo mają dla mnie wartość sentymentalną, ale ich przykład pokazuje, jak poważnie Brytyjczycy potraktowali tę nową część swojej oferty. Postarali się i przyłożyli chyba nawet bardziej niż do zestawów głośnikowych, przewidując, że już niebawem rynek słuchawek eksploduje i każdy będzie chciał odkroić sobie kawałek tego smakowitego tortu. P5 przetarły szlak, którym poszły kolejne modele, takie jak P7, P9 Signature, a w ostatnich latach - seria PX, która przeszła ogromną ewolucję. Model Px7 S2e z 2023 roku spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem. Chwalono go za wysoką jakość wykonania, świetne przetworniki i naturalne, ale lekko ocieplone brzmienie. Ale konkurencja nie śpi. JBL, Focal, Bang & Olufsen czy Sennheiser raz po raz podkręcają tempo. Dlatego nie próżnuje też Bowers & Wilkins. Jeśli się nie mylę, ostatnio dość długo trwała cisza w eterze i nie widzieliśmy zbyt wielu nowych modeli tej marki. Ostatnim dużym wydarzeniem była premiera bezprzewodowych dokanałówek Pi6 i Pi8 w sierpniu zeszłego roku. I wreszcie doczekaliśmy się "tego momentu" - oto nowe Px7 S3.

Wielu producentów sprzętu audio potrzebuje przynajmniej kilka lat, aby ktoś ich zauważył i docenił. Owszem, zdarzają się przypadki, kiedy już pierwsze zaprezentowane publicznie urządzenie staje się hitem, jednak najczęściej jest to długa i pracochłonna operacja. Młodym firmom ciężko jest się przebić i nie chodzi tu o opór stawiany przez branżę, ale o mechanizm prosty jak drut - aby kupić sprzęt nieznanej marki, klienci muszą mieć nawet nie jeden, a szereg powodów pozwalających sądzić, że jest to dobra decyzja. W przeciwnym wypadku nigdy nie kupią kota w worku. A co jeśli mówimy o firmie, która może i powstała kilka lat temu, ale weszła do gry z przytupem, od samego początku oferując sprzęt dorównujący, a nawet wyprzedzający topowe modele wielu uznanych marek? Wówczas sprawa wygląda zupełnie inaczej. Właśnie w taki sposób na scenie pojawił się Perlisten. Amerykanie długo przygotowywali się do premiery swoich kolumn, ale kiedy to się stało, audiofile i miłośnicy hi-endowych systemów kina domowego nie byli pewni, czy to się dzieje naprawdę, czy to tylko przekręt w stylu niektórych akcji z serwisów crowdfundingowych, gdzie widzimy ciekawy pomysł i ładne wizualizacje, firma zbiera zaliczki, potem informuje o najróżniejszych problemach z produkcją, a pewnego dnia po prostu rozpływa się w powietrzu. Zobaczyliśmy bowiem niezwykle zaawansowane technicznie i dopracowane kolumny, wyglądające jak skrzyżowanie wysokich modeli Magico, Dynaudio i PMC. Ceny również wskazywały, że mamy do czynienia ze sprzętem z bardzo wysokiej półki. Za parę flagowych S7T trzeba było zapłacić 95 990 zł. Kto normalny wchodzi na rynek z takim produktem? Trzeba być albo pomyleńcem, albo doskonałym, pewnym siebie fachowcem, który wie, że takie kolumny poradzą sobie w starciu z konkurencją.

NAD (New Acoustic Dimension) to jedna z firm, które od samego początku umiejętnie łączyły innowacje i czysto naukowe podejście do tematu ze wspaniałym zmysłem biznesowym i wyczuciem sytuacji na rynku. Niektórym audiofilom wydaje się, że jej historia zaczyna się standardowo, od wzmacniacza zbudowanego na kuchennym stole, ale kiedy przyjrzałem się temu bliżej, czułem się, jakbym czytał mieszankę opowieści o markach takich jak Lyngdorf, Rotel czy DALI. NAD został założony w 1972 roku przez niejakiego Martin L. Borisha, inżyniera elektryka z tytułem doktora fizyki. Marty - bowiem tak zwracali się do niego współpracownicy i znajomi - pochodził z New Jersey, a swoją karierę zawodową rozpoczął w 1950 roku jako doktor optometrii, co było tradycją w jego rodzinie. Po sześciu latach stwierdził, że jego powołaniem jest coś innego - muzyka i elektronika. Marty wrócił do szkoły, aby uzyskać tytuł Bachelor of Electrical Engineering na Rutgers University i zrealizować swoje marzenie o nowej karierze w rozwijającym się świecie hi-fi. W 1956 roku otworzył własny sklep detaliczny HiFi Haven w miejscowości New Brunswick. Choć biznes się rozwijał, jego prowadzenie było bardzo czasochłonne, dlatego Marty sprzedał go, aby realizować swoją pasję gdzie indziej, a dokładnie w firmie Acoustic Research, specjalizującej się w produkcji zestawów głośnikowych. Został tam jedenaście lat, ale nie jako szeregowy pracownik. Pokonał całą drabinkę, kończąc jako dyrektor generalny. Tak wysokie stanowisko, oprócz innych benefitów, dało mu możliwość nawiązania kontaktu z wieloma wiodącymi dystrybutorami i dealerami produktów audio na całym świecie. Wykorzystał to, otwierając nowy rozdział w swoim życiu.

Rosnące zainteresowanie audiofilów wzmacniaczami dzielonymi jest jednym z najbardziej zaskakujących trendów, jakie ostatnio obserwujemy. Wydawało się przecież, że rynek zmierza w przeciwnym kierunku, a niebawem w sklepach dostępne będą niemal wyłącznie systemy all-in-one, a za kilka lat melomani - nawet ci wymagający - zaczną przestawiać się na kolumny aktywne. Testowałem już bezprzewodowe zestawy głośnikowe z wysokiej półki i muszę przyznać, że ma to sens, ale dźwięk nie jest taki, jak z porządnego systemu zbudowanego z oddzielnych komponentów. Trudno wyobrazić sobie kolumny aktywne wyposażone w 100-watowe lampowe końcówki mocy. Tam mimo wszystko do gry musi wejść miniaturyzacja, niemal na pewno wewnątrz pojawią się wzmacniacze pracujące w klasie D, a tego złotousi nie lubią i mają ku temu powody. Jeśli mam być szczery, mógłbym korzystać z takich kolumn w miejscu, w którym nie prowadzę krytycznych odsłuchów. Gdybym miał jakiś mały domek letniskowy w Bieszczadach i mógł spędzać w nim weekendy i święta, to tak, ale prywatnie nie zamieniłbym swojego systemu na takie cudo, przynajmniej na razie. Wydawało mi się, że jestem przedstawicielem ginącego gatunku, członkiem klubu, który z roku na rok wyraźnie się kurczy, ale najwyraźniej byłem w błędzie. W przeciwnym wypadku takie cudo jak wzmacniacz dzielony byłoby już albo poza zasięgiem większości klientów, albo eksponatem, którego trzeba szukać na portalach aukcyjnych, będąc przygotowanym na jego drobiazgową renowację. Tymczasem raz po raz na rynku pojawiają się nowe przedwzmacniacze i końcówki mocy - Hegel, Audiolab, Michi, a teraz także Serblin & Son. Po przetestowaniu tańszego wzmacniacza zintegrowanego Performer i droższego modelu Frankie Plus przyszła pora zmierzyć się z flagowym zestawem Fabio Serblina. Czekałem na to ponad pół roku.

Kim jest Peter Lyngdorf? Genialnym inżynierem, czy może raczej wizjonerem i utalentowanym przedsiębiorcą? Tego nie podejmuję się rozsądzać, ale jedno jest pewne - facet nie lubi się nudzić i wspiera wiele inicjatyw mających na celu dążenie do postępu w technologii reprodukcji dźwięku. Lyngdorf zaczynał swoją karierę w 1975 roku jako dystrybutor urządzeń rozrywki domowej. Pięć lat później założył sieć sklepów HiFi Klubben, a następnie, w 1983 roku, wraz z przyjaciółmi powołał do życia markę DALI (Danish Audiophile Loudspeaker Industries). W 1990 roku Duńczyk kupił firmę Snell Acoustics, której założyciel, Kevin Voecks, opracował autorską technologię korekcji akustyki pomieszczenia. W 1997 roku Lyngdorf zainwestował w duński startup Toccata Technology. Najbardziej ikonicznym urządzeniem stworzonym przez Lyngdorfa był wzmacniacz TacT Millenium, który zapisał się w historii jako pierwszy hi-endowy przedstawiciel urządzeń nowej generacji. Najbardziej hi-endowym wcieleniem technologii duńskiego projektanta są systemy stworzone we współpracy ze światowej sławy producentem fortepianów, firmą Steinway & Sons, a jednym z ostatnich współtworzonych przez niego projektów jest dobrze znana audiofilom firma Purifi Audio. Dla audiofilów najbardziej atrakcyjna jest oferta marki Lyngdorf Audio, którą możemy podzielić na dwie grupy - elektronikę i zestawy głośnikowe. Pierwsza cieszy się sporym zainteresowaniem, głównie dzięki nowoczesnym wzmacniaczom wyposażonym w wysokiej klasy przetworniki, moduły strumieniowe, potężne pokładowe menu i autorski system korekcji akustyki pomieszczenia RoomPerfect. Jeśli zaś chodzi o głośniki... Ech, to długa historia, ale nareszcie coś się w tym temacie ruszyło. Nie tak dawno Lyngdorf zaskoczył nas, prezentując piękne, oryginalne monitory Cue-100. Teraz wyprowadził jeszcze odważniejszy cios, pokazując model FR-2 - kolumny zaprojektowane tak, aby można je było dosunąć do ściany lub na niej powiesić.

Kiedy w 2021 roku Sennheiser sprzedał swój dział produktów konsumenckich szwajcarskiej firmie Sonova, która specjalizuje się w produkcji aparatów słuchowych, fani niemieckiej marki, będącej jednym z najstarszych i najbardziej rozpoznawalnych graczy w branży słuchawek i mikrofonów, nie przyjęli tych wieści z entuzjazmem. Sennheiser zawsze był przecież rodzinną firmą, a teraz co? Może zostanie całkowicie podzielony, fabryka w Wedemark będzie sprzedawana kawałek po kawałku, a nowy właściciel dojdzie do wniosku, że nic nie przebije modelu polegającego na zamawianiu gotowych produktów z Chin, Tajlandii lub Singapuru. Pierwsze dwa lata po zakończeniu tej transakcji faktycznie były trudne. Wydawało się, że nowe produkty pojawiają się w katalogu Sennheisera z rozpędu i przeważnie były to słuchawki dokanałowe. Później jednak worek z prezentami się otworzył i dostaliśmy takie cuda jak HD 660S2, HD 620S i fantastyczne HD 490 PRO Plus (za które odpowiedzialny jest profesjonalny dział firmy, ale klientów średnio to obchodzi). Wszystkie trzy modele to przewodowe słuchawki wokółuszne. Pierwszy kosztuje 2799, drugi 1499, a trzeci 2149 zł (dostępna jest też wersja z nieco uboższym wyposażeniem, za którą trzeba zapłacić 1799 zł). Najwyraźniej zarówno Niemcy, jak i Szwajcarzy wzięli na celownik konkretne grono odbiorców - melomanów i profesjonalistów, którzy szukają dobrych, klasycznych słuchawek, ale nie planują przeznaczać na nie pięciu średnich krajowych. Teraz Sennheiser wychodzi z kolejną propozycją, która nie dość, ze jest tańsza niż każdy z trzech wymienionych wyżej modeli, to jeszcze została (przynajmniej w teorii) dostosowana do wymagań innej, często pomijanej przez producentów audiofilskiego sprzętu grupy klientów. Przed nami HD 550.

Jeśli nie liczyć prototypowych urządzeń rodzimych manufaktur, polscy audiofile raczej rzadko mogą zapoznać się z nowymi produktami jako jedni z pierwszych ludzi na świecie. Zdarzają się jednak wyjątki, a jednym z nich są najnowsze konstrukcje marki Final Audio Design. Czy to dlatego, że Polska jest dla niej wyjątkowo ważnym rynkiem? Poniekąd tak, jednak główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest, no właśnie, w najgorszym wypadku szczęśliwy zbieg okoliczności, a w najlepszym - miłość. Aby to zrozumieć, trzeba poznać historię japońskiej firmy i osób, które odegrały w niej kluczową rolę. Przedsiębiorstwo, które dziś znane jest głównie z produkcji znakomitych słuchawek, powstało formalnie w 2007 roku z inicjatywy Kanemoriego Takai oraz pana Yamaguchiego, prezesa Daiichi Tsushin Kogyo, jednak nazwa Final Audio Design była znana już wcześniej, od 1974 roku. Jej pierwszym dostępnym komercyjnie produktem była wkładka gramofonowa typu Moving Coil, którą zaprojektował niejaki Yoshihisa Mori. Przez kolejne 35 lat firma tworzyła ciekawy sprzęt, taki jak ciężki gramofon Parthenon, kosztowny wzmacniacz Music, który skupił na sobie uwagę magazynów muzycznych w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, unikatowy izolator dźwiękowy Daruma, w którym zastosowano mechanizm oparty na łożysku kulkowym, a także głośnik tubowy ze stali nierdzewnej OPUS204, którego masa wynosiła niecałe 800 kg. W 2007 roku rozpoczęto współpracę z firmą Molex, która w skali świata jest drugą co do wielkości firmą produkującą złącza elektroniczne. Na mocy porozumienia z Molexem powstała spółka S'NEXT, pod której skrzydłami marka działa do dziś. Choć eksperymentowanie z innymi typami urządzeń audio przynosiło firmie pewne sukcesy, strzałem w dziesiątkę okazało się dopiero wejście w świat słuchawek. Nastąpiło to skokowo, ponieważ w 2009 roku S'NEXT przejęło japońską fabrykę słuchawek i odtwarzaczy w Clark na Filipinach, rozpoczynając produkcję słuchawek pod marką Final Audio Design.
Hugo