
Hegel to norweska firma, która zdobyła uznanie dzięki produkcji wysokiej jakości wzmacniaczy i przetworników cyfrowo-analogowych. Urządzenia Hegla zawsze były cenione za neutralność, klarowność, dynamikę i uniwersalność. Odnoszę nawet wrażenie, że dla wielu klientów to właśnie ta ostatnia cecha okazała się kluczowa. Kiedy sercem naszego systemu stereo jest tak wszechstronny i mocny piecyk, mamy pełną dowolność w kwestii wyboru pozostałych elementów, w tym tego najważniejszego - zestawów głośnikowych. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia, jakimi chwalą się posiadacze sprzętu Hegla i wizualizacje zamieszczone na stronie producenta. KEF, Bowers & Wilkins, Sonus Faber, Pylon Audio, DALI, ProAc - samymi obrazami norweska manufaktura sugeruje, że jej sprzęt zagra ze wszystkim i w każdych okolicznościach przyrody. Jedną z najpopularniejszych konstrukcji Hegla był wzmacniacz H190, następca znakomitego H160. Dla mnie model ten zawsze był "drugim od dołu" - niezależnie od tego, czy w danym momencie formalnie się to zgadzało. Podstawowym piecykiem tej marki przez długi czas był H90, jednak oprócz niego wprowadzono jeszcze takie modele jak Röst czy H120. I choć każdy z nich miał swoje plusy, aby pójść dalej, trzeba było przesiąść się na H190, bo dopiero on był zauważalnie większy i oferował znacznie wyższą moc. Tak zostało do dziś. H95 oddaje 60 W na kanał przy 8 Ω, H120 - 75 W, a H190 - 150 W. Z tym, że H190 jest już niedostępny. Jego miejsce zajął H190v. Mała zmiana, wielka różnica? Sprawdźmy!

Audiolab to firma założona w 1983 roku przez Philipa Swifta i Dereka Scotlanda. Obaj panowie byli studentami londyńskiego Imperial College, a do działania skłoniła ich wspólna frustracja związana z wysokimi kosztami i skomplikowaną naturą sprzętu hi-fi w tamtym czasie. Pierwszym komercyjnym sukcesem marki był znakomity wzmacniacz zintegrowany 8000A. Możliwe nawet, że okazał się aż za dobry, ponieważ później brytyjska manufaktura miała problem z przekonaniem klientów do innych urządzeń ze swojej oferty. Mimo że Audiolab wprowadzał na rynek odtwarzacze płyt kompaktowych, procesory kina domowego, przedwzmacniacze oraz stereofoniczne końcówki mocy, a także przystępne cenowo monobloki, żadnemu z nich nie udało się nawet zbliżyć do sukcesu 8000A. W 1997 roku firma została przejęta i zmieniła nazwę na TAG McLaren. Ambicją nowych właścicieli było przekształcenie jej w markę hi-endową. W tym celu stworzono między innymi nowatorskie kolumny, których obudowy inspirowane były bolidami Formuły 1. Wszystko to znalazło jednak odzwierciedlenie w cenniku. Pomysł skokowego przerobienia firmy kojarzonej z dobrym, ale przystępnym cenowo sprzętem w producenta luksusowych komponentów hi-fi okazał się chybiony. W 2004 roku marka została przejęta przez koncern International Audio Group, który miał o wiele lepszy pomysł na wykorzystanie jej potencjału. Przede wszystkim postanowiono wrócić do korzeni. Bazowa, legendarna seria 8000 została odnowiona i przemianowana na 8200. Później jeszcze poddano ją liftingowi i tak otrzymaliśmy urządzenia z serii 8300. Były rzetelnie zaprojektowane, solidne i przystępne cenowo, więc aż się prosiło, aby po pewnym czasie pójść dalej i wprowadzić coś lepszego, chociażby z myślą o klientach, którzy po wielu latach użytkowania klocków z serii 8200 i 8300 chcieli zrobić krok do przodu. Ale nie. Na ten krok musieliśmy czekać wiele, wiele lat.

Każdy, kto roni łzy nad losem Diory i Radmora, wspomina kultowe kolumny Tonsila, a jedynej szansy na odrodzenie polskiego przemysłu hi-fi upatruje w reaktywacji Unitry, ma średnie pojęcie na temat tego rynku i roli, jaką odgrywają na nim nasze rodzime firmy. Pylon Audio, Fezz Audio, Lampizator, Mytek, Enerr, J.Sikora, Zeta Zero... Gdybym chciał wymieniać dalej, prawdopodobnie uzbierałoby się ponad sto przedsiębiorstw, z których część jest rozpoznawalna na całym świecie i odnosi sukcesy na bardzo trudnych rynkach, gdzie klienci mają pieniądze, ale są niezwykle wymagający i oczekują absolutnie najwyższej jakości. Być może właśnie to zjawisko odpowiada za wyścig cenowy, który doprowadził do tego, że na wiele wyrobów przeciętnego polskiego melomana po prostu nie stać. Spójrzmy tylko na okablowanie. Albedo, KBL Sound, Equilibrium, Audiomica Laboratory - większość pozycji w katalogach tych marek to modele albo drogie, albo koszmarnie drogie. Chętnych nie brakuje, więc może nie ma o co kruszyć kopii, ale aż chciałoby się, aby ktoś powalczył o względy mniej zamożnych odbiorców i przeciwstawił się takim potęgom jak AudioQuest, Van den Hul, Chord czy Tellurium Q. Nikt? A nie, chwila, chwila... Przecież jest Melodika!

Wiele osób postrzega grającą aparaturę jako nieodzowny element wyposażenia domu, traktując go na równi z innymi sprzętami, takimi jak telewizor, lodówka, odkurzacz czy tablet. Owa przynależność urządzeń hi-fi do worka z różnoraką elektroniką, która ułatwia nam życie, przekłada się na nasze oczekiwania i preferencje zakupowe. Odruchy wyrobione podczas kupowania komputerów i telefonów każą nam sądzić, że nowszy model zawsze będzie bardziej wartościowy od starego, a im dłuższa lista wyposażenia, choćbyśmy nawet połowy z tych rzeczy mieli nigdy nie wykorzystać, tym lepiej. Nic dziwnego, że część producentów sprzętu audio uczestniczy w tym wyścigu, nieustannie aktualizując swoją ofertę. Duża rotacja w katalogu stwarza okazję, by chwalić się swoimi nowymi klockami, które oczywiście mają to, o czym te wprowadzone zaledwie dwa lata temu mogły tylko pomarzyć. Jeżeli ktoś połakomi się na wyprzedaż końcówki serii tuż przed premierą kolejnej wersji, za pięć lat może się zorientować, że jego wzmacniacz lub streamer jest starszy od tych dostępnych w sklepach o trzy generacje. Zjawisko to zupełnie nie dotyczy jednak manufaktur koncentrujących się na sprzęcie z wysokiej i bardzo wysokiej półki, szczególnie jeśli mówimy o zestawach głośnikowych, gramofonach albo wzmacniaczach lampowych. W tych dziedzinach postęp techniczny jest minimalny i prawie nikt nie oczekuje, że ktoś tu jeszcze wyskoczy z jakimś rewolucyjnym pomysłem. Liczy się co innego - jakość, rzetelność, wierność wobec swoich przekonań i rozwiązań technicznych, tradycyjne techniki produkcji i poszukiwanie podzespołów, które realnie wpływają na brzmienie. Utrzymywanie tych samych modeli w ofercie przez wiele lat jest wręcz pożądane, ponieważ świadczy o ich trwałości i długowieczności. Po jakimś czasie każda, najdrobniejsza zmiana wzbudza dyskusję i przyciąga fanów marki. Świat kręci się coraz szybciej, po ulicach jeżdżą autonomiczne taksówki, sztuczna inteligencja tworzy realistyczne filmy, wokół naszej planety krążą zaprzęgi złożone z kilkudziesięciu satelitów, a tymczasem jakaś firma wytwarzająca identyczne kolumny od kilkunastu lat ogłasza premierę nowego modelu, który od poprzednika różni się kolorem okleiny i kilkoma częściami w zwrotnicy. I wiecie co? Ludzie od razu składają zamówienia. Jeśli mamy do czynienia z edycją limitowaną, nierzadko już w chwili publikacji informacji prasowej wiadomo, że wszystkie egzemplarze się wyprzedały. Kiedy otrzymałem notkę na temat nowych wzmacniaczy Unisona, byłem przekonany, że to kolejna taka akcja. Ot, krótka seria z przednimi panelami wykończonymi lakierem fortepianowym. Okazuje się jednak, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana.

W latach dziewięćdziesiątych, kiedy zachłysnęliśmy się tak zwanym zachodnim stylem życia, największymi obelgami wobec sprzętu audio oraz wszelkiej maści urządzeń do użytku domowego były takie słowa jak "garażowy" czy "małoseryjny", a ręczna produkcja budziła u klientów odrazę. Najpiękniejsze wydawały nam się towary produkowane masowo. Urzekały nas swoją powtarzalnością i idealnym wyglądem. Pokochaliśmy nawet frytki i hamburgery pakowane w kolorowe pudełka, prezentujące się tak, jakby zrobiła je maszyna. Aktualnie obserwujemy odwrotny trend. Niemal w każdej dziedzinie życia szukamy czegoś naturalnego, prawdziwego, naznaczonego dotykiem ludzkiej ręki. Przejadł nam się plastik i zapach taśmy produkcyjnej. Masówka jest oznaką złego smaku, zacofania mentalnego, biedy, braku wrażliwości na kwestie ekologiczne, zdrowotne i społeczne. Gdzie tylko można, chcemy otaczać się rzeczami, które stworzył człowiek, nad którymi ktoś pracował, w które włożył całe swoje serce, pasję i doświadczenie. Szefowie kuchni chcą posługiwać się nożami stworzonymi przez profesjonalnych knifemakerów. Miłośnicy motocykli marzą o maszynie wykonanej na zamówienie, idealnie dopasowanej do wymiarów ich ciała. Nawet kebab musi być kraftowy, a lody - rzemieślnicze. Nie dotyczy to jednak elektroniki. Trudno sobie wyobrazić smartfon, komputer lub telewizor wykonany przez grupę hobbystów w garażu na przedmieściach. A co ze słuchawkami? Na pierwszy rzut oka to równie karkołomne przedsięwzięcie. Byle jakie nauszniki być może dałoby się zmontować ręcznie, ale takie z najwyższej półki? Takie, które mogłyby rywalizować z flagowymi modelami potężnych firm, takich jak Sennheiser, Audio-Technica czy Focal? Rozsądek podpowiada, że lepiej zostawić taki pomysł w sferze marzeń, ale szczęście są na świecie zapaleńcy, którzy się takich projektów podejmują. Jednym z nich jest Blaž Erzetič.

Apple wprowadza nową generację iPhone'a. W oficjalnym sklepie producenta jego cena wynosi 2949 zł. Sporo, ale w końcu to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy smartfon na rynku. W doniesieniach ze świata motoryzacji uwagę przykuwa premiera nowej Skody Superb. Pojazd, który garściami czerpie z Volkswagena Passata, z pewnością będzie cieszył się zainteresowaniem klientów. Cena wersji liftback zaczyna się od 79 500 zł, natomiast za podstawowe kombi zapłacimy 84 800 zł. Jest drogo, ale przecież nigdy nie było tak, że przeciętny obywatel może wyjechać z salonu nowiutkim samochodem, płacąc za niego jedną czy dwie pensje. Grunt, że przyzwoicie kształtują się ceny podstawowych produktów. Kilogramowy bochenek chleba kosztuje 4,40 zł, litr mleka - 2,90 zł, litr benzyny - 4,65 zł, a wielka (225 g) paczka chipsów - 4,99 zł. Na szczęście z nieruchomościami nie ma dramatu. W skali kraju średnia cena za metr kwadratowy nowego mieszkania wynosi 5300 zł. Co? Wypisuję bzdury? Nie - to była nasza rzeczywistość dziesięć lat temu. Łezka się w oku kręci, prawda? Dziś na iPhone'a można wydać 8299 zł, za najtańszą wersji Skory Superb zapłacimy 149 900 zł, taka sama paczka chipsów kosztuje 9,90 zł. O mieszkaniach i materiałach wykończeniowych lepiej nie wspominać. Podrożał również sprzęt hi-fi, jednak paradoksalnie - w porównaniu do innych dóbr - jest on bardziej przystępny niż kiedyś. Patrząc na powyższą listę, budżetowe kolumny podłogowe powinny obecnie kosztować minimum 4000-5000 zł, a tymczasem Indiana Line wprowadza model Tesi 5 za 3398 zł. Na zdjęciach prezentują się wspaniale, a producent informuje, że konstrukcyjnie są blisko spokrewnione z flagowymi Divami. Gdzie jest haczyk?

Znawcom sprzętu stereo akronim "EAT" kojarzy się dość jednoznacznie - chodzi o European Audio Team, czyli powiązaną z Pro-Jectem firmą specjalizującą się w wytwarzaniu pięknych gramofonów, komponentów elektronicznych, wkładek i akcesoriów. Wszystkie jej produkty są nietuzinkowe i dopracowane w najmniejszych szczegółach, ale nie ma się czemu dziwić, ponieważ szefową całego przedsięwzięcia jest żona Heinza Lichteneggera, Jozefina, a ona lubi wszystko, co ciekawe, piękne i niepowtarzalne. Okazuje się jednak, że w branży audio funkcjonuje też drugi EAT - Essential Audio Tools. Ten nie ma nic wspólnego z gramofonami, a jego domeną są akcesoria zasilające - listwy, kondycjonery, kable i różnego rodzaju filtry, których zadaniem jest ulepszenie prądu, jakim audiofile karmią swoje cenne klocki. Nic nowego - pomyślicie. Mało to widzieliśmy drogich, zaawansowanych rozgałęziaczy, grubych przewodów zasilających i dziwnych wynalazków w stylu regeneratorów prądu odbudowujących "idealną sinusoidę"? Sęk w tym, że produkty Essential Audio Tools są bardzo, ale to bardzo pomysłowe, a ich ceny nie wywołują salwy śmiechu. Kiedy zobaczyłem je po raz pierwszy, zacząłem się zastanawiać, dlaczego nikt nie wpadł na to wcześniej. A może to tylko chwilowy zachwyt? Może to tylko kolejne audiofilskie gadżety, które fajnie wyglądają, ale nie poprawiają niczego poza samopoczuciem właściciela?

Mimo licznych zalet kolumny aktywne nigdy nie przyjęły się w audiofilskim świecie na szeroką skalę. Entuzjastów sprzętu hi-fi nie przekonały ani odsłuchy, ani to, że wybierając takie zestawy, eliminujemy konieczność znalezienia optymalnego wzmacniacza, ani też fakt, że realizatorzy dźwięku korzystają niemal wyłącznie z głośników aktywnych. Dlaczego więc to rozwiązanie nie przyjęło się w domach? Cóż, to proste - kolumny z wbudowanym wzmacniaczem są droższe od swoich pasywnych odpowiedników, a koniec końców dają niewiele korzyści. Zamiast integry trzeba dobrać do nich przedwzmacniacz lub odtwarzacz z regulowanym wyjściem, zamiast kabli głośnikowych prowadzić do nich długie interkonekty, a dodatkowo każdemu głośnikowi zapewnić zasilanie. Zmiana architektury systemu oznacza, że nie będziemy mogli łatwo wrócić do wcześniejszego schematu, a sprzedaż kolumn aktywnych może okazać się trudna. Większość melomanów trzyma się sprawdzonych rozwiązań, najczęściej zmieniając tylko jeden element układanki na lepszy, ale identyczny z punktu widzenia konstrukcji i funkcjonalności. Wszystko zmienia się, gdy do gry wkraczają w pełni samowystarczalne aktywne zestawy głośnikowe - takie, które dzięki łączności bezprzewodowej stanowią kompletny system stereo i nie potrzebują żadnego przedwzmacniacza ani jakiegokolwiek zewnętrznego źródła. Jest to szczególnie kuszące dla tych, którzy jeszcze nie weszli w świat wysokiej klasy sprzętu i nie mają żadnego "bagażu doświadczeń". Budować swój system stereo od zera, wybierając kolumny, wzmacniacz, źródło i akcesoria, czy kupić dobre kolumny bezprzewodowe i od razu zacząć słuchać muzyki? W wielu przypadkach wygoda bierze górę, dlatego do gry przyłączyły się takie marki jak KEF, Dynaudio, DALI, Triangle, Sonus Faber, Lyngdorf czy Pylon Audio, a ostatnio także duńska manufaktura, która w ten sposób uczciła dziesiątą rocznicę swojej działalności - Buchardt Audio.

Historia marki Audiomica oficjalnie zaczęła się w 2005 roku, ale jej założyciel, Łukasz Mika, zaplanował ten krok kilka lat wcześniej. Jako człowiek, który zawsze kochał muzykę i fascynował się sprzętem służącym do jej odtwarzania, w pewnym momencie postanowił zbadać temat okablowania i jego wpływu na brzmienie swojego systemu stereo. To, co początkowo traktował jako niegroźną ciekawostkę, wciągnęło go bez reszty. Różnice były wyraźne, obserwowanie ich sprawiało Łukaszowi ogromną frajdę, ale jeszcze bardziej nurtowało go pytanie, dlaczego tak się dzieje - jakie czynniki i aspekty konstrukcyjne sprawiają, że jeden przewód charakteryzuje się fenomenalnym brzmieniem, a drugi nie ma w sobie tej magii. Znalezienie odpowiedzi w materiałach udostępnianych przez producentów było niemożliwe. Niektórzy nie ujawniają żadnych konkretnych informacji, a inni piszą ogólnikowo, zwracając uwagę na pewne szczegóły techniczne, takie jak czystość miedzi czy geometria splotu, o innych nie wspominając ani słowem. Każdy audiofil wie, że w tej sferze dominuje marketingowy bełkot. Tylko nieliczne firmy stać na deklarację, że ich kable grają tak i tak, bo zastosowano w nich to i to. Przypomina to rozważania starożytnych ludzi na temat zjawisk astronomicznych, takich jak zaćmienie słońca. Jeden powie, że jest ono połykane przez wielkiego smoka, a inny stwierdzi, że obraża się i odwraca do nas plecami, gdy zbyt długo nie zabijemy na jego cześć jakiejś owieczki lub kozy. Pomysłów można mieć mnóstwo, ale jaka jest prawda?

A gdyby tak wypiąć się na ten cały audiofilizm i kupić sobie sprzęt stworzony przez i dla profesjonalistów? Jeżeli cenicie sobie wysoką jakość dźwięku, nie uwierzę, że przynajmniej raz tak nie pomyśleliście i nie zaczęliście rozglądać się za zestawami głośnikowymi, wzmacniaczami i słuchawkami, których używa się w studiach nagraniowych i reżyserkach. Problem polega na tym, że oba te światy rzadko się przenikają. W jednym cała ta aparatura służy czerpaniu przyjemności z odsłuchu. Może mieć swoje wady i humory, może być nawet skonstruowana w oryginalny sposób albo podłączona w przeciwfazie, ale jeśli cieszy oczy i uszy swojego właściciela, to wszystko jest w porządku. W drugim natomiast wygląd zewnętrzny i subiektywne odczucia użytkownika mają znaczenie drugorzędne, bo liczą się przede wszystkim parametry i rzetelne brzmienie. Tutaj sprzęt jest narzędziem pracy. Nie może nas oszukiwać i przegrzewać się po dwóch godzinach intensywnego użytkowania. Producent nie popełni wielkiego błędu, zakładając, że odbiorca będzie wiedział, jak wykorzystać potencjał elektroniki i nie ustawi zestawów głośnikowych w pomieszczeniu nieprzystosowanym do takiej zabawy. Nie twierdzę, że każdy profesjonalista jest boską istotą obdarzoną nadludzkim słuchem ani że amatorski sprzęt nie może się równać z aparaturą studyjną, ale ucieczka do świata pro audio zawsze była i wciąż pozostaje kuszącą alternatywą dla "cywilnych" wynalazków. Ilekroć mogę przetestować sprzęt o studyjnym rodowodzie, korzystam z tej okazji. A jeśli dodatkowo nie przerażają mnie ani gabaryty, ani cena, moja ciekawość wzrasta do tego stopnia, że szybciej zamykam rozpoczęte już recenzje i robię miejsce dla gościa z krainy mikrofonów i suwaków. Tym razem wybór padł na monitory ATC SCM7.
Simek