
Był taki moment w moim życiu, kiedy obiecałem sobie, że nigdy nie wezmę już do testu żadnego urządzenia iFi Audio. Wcale nie dlatego że któryś z tych miniaturowych klocków okazał się zły albo zrobił mi jakąś krzywdę. Wręcz przeciwnie - wszystkie klocki iFi Audio jakich słuchałem były co najmniej dobre, jeśli nie bardzo dobre. Żaden z przedstawicieli polskiego dystrybutora nie zrobił mi krzywdy, a żeby było śmieszniej, nawiązałem bardzo serdeczny kontakt z człowiekiem z centrali firmy. Nie było więc żadnego logicznego powodu żeby taka myśl przyszła mi do głowy, a jednak w pewnym momencie o urządzeniach iFi Audio mówiło się w Polsce tak dużo, było ich wszędzie tak wiele, że nastąpił u mnie jakiś przesyt. Gdybym otrzymał propozycję przetestowania jakiegoś nowego modelu tej marki jeszcze trzy miesiące temu, skorzystałbym z prawa odmowy bez podania przyczyn. Na szczęście minęło już sporo czasu odkąd miałem w rękach ostatni duży hit iFi Audio - iDSD Micro testowany rok temu. A i okazja do ponownego spotkania z wyrobami tej marki jest nie byle jaka - na rynku pojawiła się bowiem nowa wersja jednego z największych hitów - modelu iDAC Micro.

Audia Flight to w naszym kraju zupełna nowość. Marka może być jednak kojarzona przez bywalców międzynarodowych wystaw i audiofilów śledzących zagraniczne portale, a jeśli coś komuś w tym momencie zaświta w głowie, skojarzenia będą prowadziły prawdopodobnie w kierunku ekstremalnego hi-endu. Największą grupę w katalogu stanowią bowiem urządzenia z serii Classic i potężne dzielonki z serii Strumento. To potężne piece, z których większy dysponuje mocą 500 W na kanał przy ośmiu omach i waży dokładnie 95 kg. Zwykle to właśnie te flagowe konstrukcje są prezentowane na dużych wystawach, jednak oferta włoskiej firmy to nie tylko monstrualne wzmacniacze zdolne napędzić najbardziej wymagające kolumny. W serii classic znajdziemy przedwzmacniacz i phono stage, trzy końcówki mocy, dwa odtwarzacze płyt kompaktowych i dwa wzmacniacze zintegrowane. Ceny wciąż wysokie, choć nawet na zdjęciach widać, że jakość wykonania także. Na szczęście w menu jest coś jeszcze - system Three mający konkurować z popularnymi klockami klasy średniej i wyższej. Do naszego testu trafiła najnowsza wersja podstawowego wzmacniacza zintegrowanego - model Three S.

[English version] Dawno, dawno temu w poszukiwaniu słuchawek można było zajrzeć do katalogu jednego z dużych koncernów elektronicznych lub ewentualnie kilku firm specjalizujących się w produkcji bardziej profesjonalnych nauszników i mikrofonów. Większości populacji wystarczały słuchawki takich firm, jak Sony, Philips czy Panasonic, a dla prawdziwych audiofilów były Sennheisery, Beyerdynamiki, Kossy, Grado i Audio-Techniki. Z dzisiejszej perspektywy, życie było wtedy banalnie proste. Teraz wybór słuchawek to skomplikowana operacja, bo oprócz tej stałej grupy firm zaopatrujących nas w nauszniki, do wyboru mamy produkty kilkudziesięciu nowych graczy, z których większość jeszcze pięć czy dziesięć lat temu nawet nie myślało o wejściu na ten rynek. Dla audiofilów wybór jest jeszcze trudniejszy, bo w wielu przypadkach mówimy tu o producentach kojarzonych ze sprzętem audiofilskim - są to głównie firmy znane z produkcji kolumn lub ewentualnie elektroniki audio - B&W, Focal, NAD, Paradigm, KEF, AudioQuest... A teraz? Tak, tak - Sonus Faber.

Audio Physic to już właściwie żywa legenda. Niemiecka firma już od ponad trzydziestu lat dostarcza melomanom kolumny spełniające wszelkie kryteria audiofilskości - perfekcyjnie wykonane, odtwarzające muzykę w sposób możliwie bliski oryginałowi, często całkiem pomysłowe, a w przypadku najwyższych modeli w katalogu - nawet odjazdowe. To właśnie Audio Physic jest dziś kojarzony jako firma, która wprowadziła do kolumnowego świata kilka rozwiązań, które wyjątkowo dobrze się przyjęły - wąskie przednie ścianki, zaokrąglone boczki, obudowy pochylone do tyłu w celu lepszej integracji fazowej przetworników. Niemcy na pewno nie osiągnęliby takiego sukcesu, gdyby ich wysiłki nie dawały efektu w postaci świetnego brzmienia. Firmowa szkoła Audio Physica zawsze wiązała się z szybkością przekazu, rewelacyjną przestrzenią i rozdzielczością. W końcu slogan widniejący na każdej kolumnie z Brilon mówi jasno - no loss of fine detail. Trzy dekady utrzymywania wysokiej jakości zaowocowały zaufaniem czy wręcz przywiązaniem klientów do zestawów tej marki. Brzmi to jak laurka? Cóż, nic na to nie poradzę. Jeśli test zaczynamy krótkim spojrzeniem na historię i profil działalności danej firmy, to właśnie tak wygląda sytuacja Audio Physica. Niemcy już nie muszą nikomu niczego udowadniać. Być może dlatego pojawienie się serii Classic kilka lat temu wywołało niemałe poruszenie w szeregach jej fanów.

Świat audiofilskich urządzeń nie przestaje mnie zadziwiać, i to coraz częściej w znaczeniu jak najbardziej pozytywnym. Jeszcze nie tak dawno przeżywaliśmy oblężenie plastikowymi zestawami kina domowego, aż tu nagle nastąpił powrót do klasycznych systemów stereo. Kilka lat temu wydawało się, że największy ruch będzie panował w segmencie niedrogich klocków odtwarzających muzykę z telefonu, a tu proszę - mocno rozwija się średnia półka i segment hi-endowy, a smartfony i tablety potrafią obsłużyć bezstratne formaty, niedługo pewnie nawet hi-resy. Ciekawym trendem jest również wszechobecna miniaturyzacja, coraz częściej przyjmująca dość ciekawe formy.

Jeżeli należycie do grona audiofilskich patriotów, na pewno nie możecie narzekać na ograniczony wybór i brak ruchu na rodzimym rynku. Z wyborem kolumn na pewno nie ma problemu - polskie firmy oferują wszystko od monitorów za kilka stówek aż po ekstremalnie hi-endowe konstrukcje bazujące na autorskich przetwornikach. Wzmacniacz? Tutaj za wyjątkiem przedziału cenowego zarezerwowanego dla dalekowschodniej masówki, możecie wybierać do woli. Spośród produkowanych w naszym kraju tranzystorowców, lampowców i dzielonek można wybrać amplifikację dla dowolnych kolumn. Ze źródłami jest i zawsze było słabiej, ale jeżeli ktoś zechce złożyć pełny system z polskich klocków, kupi nawet bardzo fajny przetwornik, jakiś oryginalny odtwarzacz płyt kompaktowych lub jeden z kilku bardzo pomysłowych gramofonów. Jednak w żadnym temacie nie jesteśmy tak silni, jak w kablach. Firm zajmujących się produkcją audiofilskich przewodów jest w naszym kraju co najmniej kilkadziesiąt. Co więcej, kupno kabli polskiej produkcji nie musi być przejawem niezdrowego patriotyzmu - zwykle wynika to z prostej kalkulacji lub odsłuchu.

Zabawa w sprzęt audio przypomina czasami pogoń za czymś, czego do końca złapać się nie da, ale w jakiś niewytłumaczalny sposób samo próbowanie potrafi sprawić mnóstwo przyjemności. Podobnie mają się sprawy, kiedy spojrzymy na rynek audio z szerszej perspektywy. Na świecie działają setki, a nawet tysiące firm produkujących różnego rodzaju przedmioty do odtwarzania muzyki - kolumny, wzmacniacze, wkładki gramofonowe, kondycjonery, przetworniki, a nawet specjalne, audiofilskie meble. Gracze mainstreamowi już tylko w pewnym zakresie dyktują warunki i wyznaczają trendy. Prawdziwych odkryć lepiej szukać na tej drugiej lub nawet trzeciej linii - w katalogach mniejszych, ale wysoce wyspecjalizowanych manufaktur prowadzonych przez ludzi z pasją. Wszystkiego ogarnąć się nie da, wszystkich kolumn czy wzmacniaczy przesłuchać nie sposób, ale próbować warto. Przed nami urządzenie należące do tej potencjalnie bardzo ciekawej grupy - przetwornik cyfrowo-analogowy z poważnym wzmacniaczem słuchawkowym i przedwzmacniaczem pozwalającym na podłączenie końcówki mocy lub kolumn aktywnych. Na pokładzie mamy także zbalansowane gniazdo słuchawkowe - idealne do napędzenia hi-endowych ortodynamików, zdalne sterowanie i coś dla fanów słuchania muzyki bez kabli ze smartfonów, tabletów i laptopów - łączność Bluetooth. Czyli wszechstronny, bardzo chodliwy ostatnio sprzęt od mało znanej, jeszcze nie zmanierowanej firmy.

Choć słuchawki dokanałowe interesują mnie tak sobie, ostatnio trafiam na bardzo ciekawe znaleziska. Pierwszym były referencyjne q-Jaysy, a kolejne namierzyłem w miejscu, w którym sam raczej takich słuchawek bym nie szukał. Podczas wizyty w warszawskim salonie Stereo Stereo, wpadła w moje ręce niewielka paczka zawierająca piękne, metalowe dokanałówki z kompletem wkładek dousznych na specjalnej, metalowej karcie. Ponieważ wspomniany salon jest w zasadzie siedzibą polskiego dystrybutora marki Linn, a w salach odsłuchowych i na półkach dominują urządzenia mocno audiofilskie lub wręcz hi-endowe, byłem przekonany, że właściciel pokazuje mi słuchawki z tej samej półki. Okazało się jednak, że jest to produkt innej szkockiej firmy - RHA - zajmującej się tylko i wyłącznie słuchawkami. Stalowe pchełki zainteresowały mnie na tyle, że postanowiłem przyjrzeć im się bliżej.

Jeżeli nazwisko Petera Lyngdorfa kojarzycie z takimi urządzeniami, jak słynny system Model D wyprodukowany we współpracy ze Steinwayem lub wzmacniacz zintegrowany TacT Millennium, to dobrze. Chodzi właśnie o człowieka, który wiele lat temu postawił wszystko na jedną kartę - rozwój technologii cyfrowych w sprzęcie audio. Millennium do dzisiaj jest produkowany jako wersją rozwojowa Mk4, już pod marką Lyngdorf. TDAI-2170 jest jego młodszym bratem, stąd przyjąłem za pewnik, że spora część rozwiązań z hi-endowej integry znajdzie się także w tym modelu. Wzmacniacze klasy D jeszcze do niedawna nie cieszyły się uznaniem wśród użytkowników wysokiej klasy sprzętu audio ze względu na jego powszechne stosowanie w sprzęcie masowym. Sama idea wzmacniaczy impulsowych nie jest nowa, ale ze względu na ograniczenia, jakie stawiały przed konstruktorami, ich droga na salony była wyboista. Obecnie coraz więcej firm ma w swojej ofercie takie wzmacniacze, z czego wiele można zakwalifikować do kategorii hi-end. Przykładem takiego świeżego myślenia jest właśnie TDAI-2170 z tym, że Peter Lyngdorf poszedł jeszcze dalej projektując urządzenie w pełni cyfrowe i stosując w nim autorskie rozwiązanie o nazwie Equibit.

BC Acoustique to francuska marka kojarzona w naszym kraju głównie z zestawami głośnikowymi o wysokiej skuteczności. Firma została założona w 1993 roku przez Christiana Avedissiana i Bruno Rouxa na przedmieściach Paryża, w Maisons-Alfort. Po 20 latach przyjaźni i wspólnie dzielonej pasji do muzyki, panowie postanowili obrócić swoje pomysły w rzeczywistość. Obaj studiowali inżynierię komputerową i to właśnie w trakcie nauki zbudowali swoje pierwsze kolumny oraz kolejne modele dla swoich przyjaciół i krewnych. Uczyli się wszystkiego sami, starając się odnaleźć najlepsze rozwiązania - od testowania wszelkiego rodzaju głośników, które miały przyczynić się do polepszenia ich modeli, jak i samej stolarki, aż po wykończenia wykonywane przez nich samych. W 1992 sprzedali pierwsze głośniki jednemu ze swoich wykładowców i od tego momentu ich praca nabrała tempa. Panowie przenieśli się do jednego z najważniejszych i największych laboratoriów w Europie, którego zaplecze umożliwiało przetestowanie ich konstrukcji na najwyższym poziomie i stało się gwarancją pomiarów tej jakości. Po wielu badaniach Bruno i Christian ostatecznie stworzyli głośniki, których brzmienie satysfakcjonowało ich obu. Nazwali je Araxe od rzeki w Armenii, więc kolejne modele otrzymywały imiona rzek z całego świata jako symbol muzyki która - ich zdaniem - powinna płynąć niczym woda.
Piotr