
Ze wszystkich kategorii audiofilskiego sprzętu, nic chyba nie wzbudza takiego zainteresowania i nie uruchamia tak wielu dyskusji, jak kable. O ile jeszcze sens istnienia porządnych drutów łączących wzmacniacz z kolumnami lub przesyłających sygnał ze źródła do wzmacniacza można jakoś wytłumaczyć przeciętnemu zjadaczowi chleba, to specjalne przewody zasilające są nie do przyjęcia. Że jak to, jakiś kabel transportujący prąd z gniazdka w ścianie do sprzętu ma nam pomóc osiągnąć wymarzony efekt brzmieniowy? Co to daje, poza możliwością zaimponowania znajomym? Ba, nawet część audiofilów wsłuchujących się w różnice między wzmacniaczami za dziesiątki tysięcy złotych uważa, że kable zasilające nic nie dają, są zwyczajnie nieważne. Są na to dwa sposoby. Pierwszy - zaproponować, aby odłączyli te kable i wyrzucili je do kosza. Jeśli nie mają znaczenia, to przecież sprzęt powinien grać tak samo. Drugi sposób, o wiele mniej złośliwy, to zwrócić uwagę takich pacjentów na jedną kwestię...

W dzisiejszych czasach, kiedy kolekcje muzyczne coraz częściej liczy się nie w ilości posiadanych płyt czy taśm, ale w gigabajtach, coraz ważniejszym elementem toru audio staje się komputer. Można oczywiście psioczyć na takie podejście do muzyki, ale niestety nie da się go zupełnie zignorować. Zwłaszcza, że powyższy komputer podłączony do Internetu pozwala na okrycie i posłuchanie wykonawców, o których nigdy wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Można taką poznawczą wycieczkę po sieci traktować jako wstęp do zakupu tradycyjnego nośnika lub powiększać swój muzyczny katalog na dysku. Co jednak zrobić, jeśli chcielibyśmy skorzystać z naszych zasobów nie tylko na głównym systemie, ale także na naszym wysłużonym, służbowym laptopie, z którym w zasadzie spędzamy osiem godzin dziennie? Najprostszym rozwiązaniem są słuchawki. Można umilić sobie pracę słuchając ulubionej muzyki, nie przeszkadzając innym. Niestety jakość kart dźwiękowych montowanych w notebookach powoduje słyszalną degradację jakości słuchanych płyt, nawet jeśli mówimy tylko o empetrójkach, o formatach bezstratnych nie wspominając. Co wtedy? Przydałby się niewielki sprzęcik, który przejąłby na siebie rolę zarówno karty dźwiękowej, jak i wzmacniacza słuchawkowego.

Z firmą JBL spotkał się już zapewne każdy. Znana jest z głośników nagłaśniających sale kinowe, studia nagraniowe i stadiony. Tym razem konstruktorzy tej amerykańskiej firmy chcieli stworzyć produkt należący do chyba najbardziej osobistej kategorii sprzętu hi-fi. Owocem ich prac są słuchawki douszne o symbolu J22. Jako, że przyszło nam żyć w czasach, gdzie telefon komórkowy nie służy już jedynie do komunikowania, wachlarz możliwości słuchawek znacznie nam się rozszerzył. Chyba łatwiej już wymienić funkcje, których nowoczesne smartfony nie posiadają, a akcesoria muszą nadążać za ich rozwojem. Dla większości osób jedną z funkcji, które nierozerwalnie łączą się z urządzeniami mobilnymi jest opcja zabrania ulubionej muzyki na spacer i słuchania jej wszędzie tam, gdzie mamy na to ochotę.

Kiedy dostaliśmy do testu dwie stacje dokujące JBL-a, postanowiliśmy dozować sobie wrażenia i zacząć od tej mniejszej - OnBeat Venue. Tak się jednak nieszczęśliwie złożyło, że dystrybutor wysłał nam wersję LT wyposażoną w stosowane przez Apple'a od niedawna złącze Lightning, a my nie zaopatrzyliśmy się jeszcze w iPoda z gniazdem tego typu. Uznaliśmy to za wystarczające usprawiedliwienie, aby dobrać się do droższego modelu OnBeat Xtreme, a mniejsza stacyjka została spakowana i odesłana po to, aby podmieniono ją na model ze starszym, wciąż chyba bardziej powszechnym, szerokim złączem. JBL jako jeden z pierwszych producentów wprowadził na rynek stacje dokujące obsługujące ten standard połączenia.

Ostatnio wielu producentów wysokiej klasy głośników i zestawów głośnikowych przyłączyło się do wyścigu na rynku słuchawkowym, okupowanym do tej pory głównie przez duże koncerny elektroniczne oraz wyspecjalizowane firmy zajmujące się produkcją mikrofonów, nauszników i sprzętu studyjnego. Nie licząc jakichś pojedynczych wybryków natury i produktów typowo dizajnerskich. Melomani wyczuleni na jakość brzmienia kierowali się więc w stronę takich firm, jak Sennheiser, AKG czy Beyerdynamic. Teraz jednak mogą kupić także słuchawki z logo B&W, Focala, NAD-a, PSB i wielu innych marek znanych z produkcji domowego sprzętu audio. Niedawno całą serię słuchawek wypuścił także jeden z największych graczy na rynku głośnikowym - JBL.

Brainwavz - przyznajcie sami, czy nie jest to kapitalna nazwa dla firmy produkującej słuchawki? Pierwsze skojarzenie to fale dźwiękowe trafiające wprost do mózgu. Drugie może Was trochę zaskoczy, ale sposób pisania słowa „waves” od razu skojarzył nam się z angielskim glam-rockowym zespołem Slade, który zasłynął takim „nieortograficznym” sposobem pisania tytułów swoich płyt i piosenek. Krótko mówiąc, to ciekawa nazwa dla młodej marki powołanej do życia w 2008 roku w Hongkongu i starającej się znaleźć swoje miejsce na rynku audio. Na firmowej stronie internetowej czytamy, że założycielami są fanatycy doskonałego brzmienia i znawcy technologii. Jeśli naprawdę tak jest, to należy się spodziewać produktów i zaawansowanych technicznie i doskonale grających. Brakuje jeszcze jednej, ważnej we współczesnym świecie postaci - księgowego. Dlaczego?

Od kilku lat w świecie audiofilskich urządzeń, a raczej na jego peryferiach można było zaobserwować wzmożony ruch. Utytułowani producenci kolumn głośnikowych, wzmacniaczy i odtwarzaczy zaczęli penetrować nowe obszary rynku. Obok sprzętu przeznaczonego do słuchania muzyki w domu, w ich katalogach zaczęły się pojawiać stacje dokujące, głośniki komputerowe, słuchawki i inne tego typu gadżety. Niedawno całą serię słuchawek wypuścił JBL, ale to akurat nic dziwnego, bo firma nie zajmuje się tylko kolumnami przeznaczonymi do użytku domowego. Co innego B&W albo Focal. Tacy zawodnicy nie podejmowali się wcześniej produkcji słuchawek czy głośników komputerowych, a teraz - szok! B&W ma już w swojej ofercie kilka modeli słuchawek i bardzo ciekawą stację dokującą, Focal inwestuje także w małe systemy głośnikowe mające zastąpić wieżę lub pełnowymiarowy system kina domowego. Co się jednak stanie, kiedy do wyścigu przyłączy się firma zupełnie nie związana ze stereotypowo rozumianym sprzętem audio?

Po modelach CX 985 i CX 275s przyszła pora na kolejne dokanałowe słuchawki Sennheisera. Tym razem wzięliśmy na warsztat model przeznaczony głównie dla posiadaczy urządzeń firmy Apple - MM 70i. Litera "i" w zasadzie mówi wszystko, aczkolwiek w wielu przypadkach jest używana tylko dla szpanu, w symbolach urządzeń nie mających nic wspólnego z iPodami, iPadami i iPhone'ami. Sennheiser nie dokleja tej litery ot tak sobie - tutaj zawsze oznacza ona, że dane słuchawki zaprojektowano z myślą o współpracy ze sprzętem z nadgryzionym jabłuszkiem. Co ciekawe, model ten występuje także w wersji z literą "s", a więc uniwersalnej - nadającej się do prawie wszystkich urządzeń mobilnych takich, jak smartfony czy tablety. Kiedy wprowadzano słuchawki uniwersalne, niektórzy przepowiadali śmierć modeli oznaczonych literą "i", a jednak niemiecki producent wciąż oferuje klientom obie wersje. Mimo, że "eski" także bezproblemowo współpracują ze sprzętem marki Apple.

Polskim audiofilom Meridian kojarzy się głównie z doskonałymi odtwarzaczami CD ze średniej i wyższej półki. Firma została założona w 1977 roku przez Boba Stuarta i Allena Boothroyda. Obaj zajmowali się projektowaniem sprzętu, przy czym pierwszy koncentrował się na szczegółach technicznych, a drugi - ogólnym kształcie urządzeń i ich wzornictwie. Pierwszym produktem Meridiana były aktywne zestawy głośnikowe przeznaczone do użytku domowego. Pomysł nie był zbyt popularny (i wciąż nie jest), ale brytyjscy inżynierowie byli przekonani, że taka koncepcja ma więcej zalet, niż wad. Pierwszy audiofilski odtwarzacz CD z logo Meridiana pojawił się na rynku w 1985 roku, a więc bardzo wcześnie. Od tej pory firma była postrzegana jako jeden z odważnych pionierów penetrujących nowe obszary rynku i inwestujący w nowoczesne technologie. Upłynęło prawie 30 lat i płyta kompaktowa odchodzi według niektórych w zapomnienie. Zastąpić mają ją oczywiście pliki, komputery i streamery. I tu niespodzianka, bo Meridian przygotował niedawno urządzenie, które ma być równie ważne w historii firmy, jak ten pierwszy odtwarzacz płyt CD.

Pewnego dnia odwiedził nas znajomy i pierwsze co rzuciło mu się w oczy, to nowe nauszniki naszykowane do testowania. "O, jakie fajne słuchawki! AKG? To jakaś nowa firma?" - zapytał, a my osłupiali spojrzeliśmy się po sobie... No cóż, w opinii większości ludzi na co dzień nie interesujących się sprzętem audio, szczytem audiofilskiej nirwany jest Sony, Pioneer lub Technics, więc nie ma co się dziwić, że nie każdy rozpoznaje logo AKG - austriackiej firmy założonej w 1947 roku. A przecież w środowisku audiofilskim jest to jedna z najlepiej rozpoznawalnych marek słuchawkowych, nie wspominając już o ludziach związanych z rynkiem profesjonalnym.
Krzysztof