
W ostatnich latach można dostrzec coraz szybszy rozwój różnego rodzaju rozwiązań mobilnych dedykowanych fanom muzyki. Archaiczne walkmany i discmany już dawno odeszły do lamusa i ustąpiły miejsca odtwarzaczom plików, które z kolei w codziennym życiu zostały praktycznie wyparte przez smartfony. Do tych nie musimy już podpinać okablowanych nauszników ponieważ bezprzewodowe przesyłanie dźwięku umożliwia nam technologia Bluetooth. Same słuchawki zostały zaś uzbrojone we własne źródło zasilania, dzięki czemu akumulator smartfona nie jest dodatkowo obciążony. Rynek słuchawek został dodatkowo podzielony na kilka segmentów i tak możemy już bez problemu nabyć sprzęt zaprojektowany na przykład do użytku w czasie wysiłku fizycznego lub dłuższych podróży. Podobna sytuacja ma miejsce z głośnikami przenośnymi, gdzie jeszcze kilka lat temu mieliśmy do czynienia z rozwiązaniami prowizorycznymi, a dziś takie urządzenie może obsłużyć nam imprezę w plenerze lub zastąpić domową wieżę stereo. Ktoś powie, że nie jest to rozwiązanie audiofilskie, że nie ma wiele wspólnego z prawdziwą muzyką. Tak, ale spójrzmy prawdzie w oczy - w czasach dominacji smartfonów i serwisów streamingowych jest to najłatwiejszy sposób na dotarcie do naszych ulubionych wykonawców. Dla większości społeczeństwa jest to droga wystarczająca, chociażby ze względu na łatwy dostęp i cenę, jak i to, że nie wszyscy przywiązują największą wagę do jakości brzmienia. A może to wszystko da się jednak połączyć?

Na rynku zestawów głośnikowych zrobiło się ostatnio strasznie gęsto. Ich producenci walczą nie tylko o względy klientów szukających sprzętu hi-endowego. Raz po raz przypominają sobie o segmencie budżetowym, wprowadzając kolumny dla melomanów rozpoczynających swoją przygodę z prawdziwym hi-fi. To trochę jak z samochodami, które z każdą kolejną generacją stają się odrobinę większe, poważniejsze i lepiej wyposażone. W końcu producent orientuje się, że model, który niegdyś był prostym, tanim, miejskim wozidełkiem, nagle urósł do rozmiarów rodzinnego kombi, a z kilkoma opcjami i mocniejszym silnikiem kosztuje grubo ponad sto tysięcy złotych. I tak, jak zawsze będzie popyt na niedrogie samochody, tak melomani niestrudzenie będą szukali przystępnych cenowo i dobrze wykonanych kolumn oferujących duży, zdrowy dźwięk. I znajdą. Jeśli nie w katalogach audiofilskich firm, które zdecydowały się porzucić budżetówkę i wejść na wyższy poziom, to w ofercie innych marek, które tylko czekają, aby odkroić jak największy kawałek tego tortu. Jedną z nich jest Melodika - polska firma specjalizująca się w produkcji budżetowych kabli i zestawów głośnikowych. Jej najnowszą propozycją są kompaktowe podłogówki oznaczone symbolem BL30 MKIII.

Ewolucja elektroniki audio napędzana rozwiązaniami przenoszonymi wprost ze świata komputerów i nowych technologii zatacza coraz szersze kręgi. Szczególnie dobrze widać to kiedy przyglądamy się wchodzącym na rynek źródłom - przetwornikom, streamerom, serwerom, a nawet odtwarzaczom płyt kompaktowych wzbogacanym o możliwość odtwarzania muzyki z sieci. Kiedy producenci sprzętu hi-fi wpadli na pomysł, by wszczepić te funkcje do swoich wzmacniaczy, rozpoczął się technologiczny wyścig, który dziś wkracza w decydującą fazę. Zaczęło się od prostych przetworników z pojedynczym gniazdem USB. Entuzjaści słuchania plików korzystali, a niechętni temu pomysłowi audiofile uznali je za zbędny dodatek. Gniazdo od drukarki w porządnym, hi-endowym wzmacniaczu? Dziwactwo, ale jeżeli cała reszta jest w porządku, można o nim zapomnieć. Później w integrach zaczęły pojawiać się już całe rzędy gniazd cyfrowych współpracujących z przetwornikiem znacznie wyższej jakości. Ten trend ciężko było już zignorować, jednak z punktu widzenia użytkownika to nadal tylko wejścia. Cyfrowe czy analogowe, do kompletu potrzebne było źródło zamieniające pliki na ciąg zer i jedynek zrozumiały dla DAC-a w naszym wzmacniaczu. Oczywistym kandydatem do tej roli jest komputer, jednak nie zawsze i nie dla wszystkich jest to wygodne rozwiązanie. Gdy we wzmacniaczach zaczęły pojawiać się gniazda sieciowe, to była prawdziwa rewolucja. Od tego momentu centralny element systemu stereo mógł samodzielnie odtwarzać muzykę z udostępnionych plików i serwisów streamingowych. Dodajmy do tego łączność bezprzewodową, sterowanie z poziomu aplikacji na urządzenia mobilne, radio internetowe, obsługę plików hi-res i kompatybilność z różnymi systemami automatyki domowej, a otrzymamy urządzenie będące w istocie jednoczęściowym kombajnem muzycznym. Definicja wzmacniacza zintegrowanego została chyba dawno wyeksploatowana. Granica między bogato wyposażonymi integrami a systemami typu all-in-one całkowicie się zatarła. O ile jednak cel jest ten sam, pomysły na jego realizację mogą być zupełnie różne. Oryginalny przepis na wzmacniacz nowej ery proponuje nam firma Primare. Aby go sprawdzić, postanowiliśmy przetestować jedną z jej najnowszych konstrukcji - I15 Prisma.

Rosnąca popularność płyt winylowych nawet dla niektórych melomanów stanowi nie lada zagadkę. Dlaczego ludzie przypomnieli sobie o czarnych krążkach i dziwnych, mechanicznych maszynach służących do ich odtwarzania? Jak to w życiu bywa, każdy ma na ten temat swoje zdanie. Pesymiści twierdzą, że jest to tylko chwilowa moda, która niedługo minie i wówczas z winylami pożegnamy się na dobre. Optymiści uważają, że coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że cyfrowa muzyka nigdy nie da nam tego, co oferują nagrania analogowe, a trend, który obserwujemy jest tylko początkiem dłuższej historii, w której gramofony odgrywają kluczową rolę. Sam nie zapisałem się do żadnego z tych obozów. Nie wiem co przyniesie przyszłość, ale kiedy ktoś pyta dlaczego sprzedaż winyli i gramofonów szybuje w górę, odpowiadam zgodnie ze swoimi własnymi przekonaniami - bo winyle i gramofony są po prostu fajne. Na to, co przyciąga nas do tego formatu składa się wiele różnych rzeczy. Z punktu widzenia melomana - możliwość kolekcjonowania płyt i spędzania wolnego czasu na giełdach, często także opcja upolowania czarnego krążka podczas koncertu, z autografem lub dedykacją ulubionego artysty, a do tego cały rytuał towarzyszący odsłuchowi analogowych nagrań. Duże okładki, koperty, szczoteczki, meble i inne akcesoria... Tworzy to pewien klimat, którego nie doświadczymy słuchając muzyki z telefonu. Z punktu widzenia audiofila - przede wszystkim brzmienie, ale nie tylko. W przeciwieństwie do wielu innych klocków, gramofon jest z definicji otwarty na ulepszenia. Wkładka, mata, docisk, przedwzmacniacz korekcyjny, interkonekt - to wszystko jest częścią jednego toru, co daje nam wyjątkowo duże możliwości w temacie dopasowania charakteru brzmienia do naszych preferencji. Z przetwornikiem lub streamerem też można się pobawić, ale grzebanie w menu lub klikanie w ikonki to jednak nie to samo. Nie ma fizycznego kontaktu, nie ma chemii. Na fali popularności winyli skorzystali także producenci gramofonów, których lista w ostatnich latach rozrosła się kilkukrotnie. Co nie jest zaskakujące, wielu klientów szuka urządzeń z dolnej półki. Te w cenie od tysiąca do dwóch tysięcy złotych schodzą jak świeże bułeczki. Jest tylko jeden problem. Czy taki gramofon naprawdę pozwoli nam zakosztować tej magii, o której wszyscy się rozpisują? Powiedzmy wprost - najlepsze dostępne na rynku modele coś już pokażą, ale na pewno nie będzie to doświadczenie, które wywróci nasz muzyczny świat do góry nogami. Aby czarne płyty mogły się przed nami otworzyć, potrzebny jest lepszy sprzęt. Jeżeli przełamiemy pewną barierę i dojdziemy do wniosku, że możemy wydać na gramofon tyle, ile kosztuje najnowszy, wypasiony iPhone, szybko zorientujemy się, że poruszamy się w zupełnie innych realiach. Powyżej pięciu tysięcy złotych możemy już wybierać spośród gramofonów wyglądających jak małe dzieła sztuki, z zaawansowanymi ramionami, ciężkimi talerzami, precyzyjnymi silnikami i podstawami z akrylu, drewna lub metalu. Ale czy to wszystko przełoży się na brzmienie? Postanowiliśmy to sprawdzić testując gramofon ze średniej półki. To model, który funkcjonuje na rynku od wielu lat, a mimo to wciąż jest jedną z najciekawszych propozycji w tym segmencie. Przed nami Clearaudio Concept w jubileuszowej wersji Special Edition.

Pół wieku temu melomanom, może poza wyjątkowymi wizjonerami, pewnie nie mieściło się jeszcze w głowie, że słuchawki będzie można nosić nie tylko na, ale też wewnątrz uszu. Być może nawet byli takiemu pomysłowi niechętni. Dziś taki typ słuchawek jest w zasadzie standardem, którego zaletom - na czele z wygodą użytkowania - nie sposób zaprzeczyć. Dla klientów, podobnie jak w niemal każdym innym przemyśle, coraz większą rolę odgrywa właśnie komfort obsługi i prostota konstrukcji, a nie ultra wysoka jakość dźwięku czy bogata specyfikacja. W tym tkwi siła modeli dousznych i dzięki temu nie tylko mogą skutecznie konkurować ze słuchawkami nausznymi, ale w zasadzie mają już w tym pojedynku przewagę. Wystarczy rozejrzeć się na ulicy czy w komunikacji miejskiej. Sam po kilku miesiącach obserwacji zarejestrowałem stosunek w okolicach 2:1, na korzyść dokanałówek oczywiście. W niektórych miejscach i okolicznościach typ douszny wydaje się wręcz jedynym logicznym wyborem. Chcąc pobiegać w parku, znacznie wygodniej jest założyć słuchawki wkładane do ucha niż zakładane na głowę, nie mówiąc już na przykład o wyprawie w góry. Jeśli mamy szczęście i nasz szef przymyka oko na słuchanie muzyki w czasie pracy, raczej również nie będziemy się z tym obnosić i wybierzemy bardziej dyskretną wersję. Naturalnie, słuchawki wokółuszne i nauszne też mają wiele plusów i zastosowania, w których są nie do pobicia, ale każdy szanujący się producent zdaje sobie sprawę, że powinien zapewnić klientom wybór między jednym a drugim typem. Do takich gigantów z pewnością zalicza się JBL.

Rynek audiofilskich odtwarzaczy plikowych, streamerów, serwerów, transportów cyfrowych i przetworników cyfrowo-analogowych w dalszym ciągu rozwija się niezwykle dynamicznie. Przesiadka z nośników fizycznych na odtwarzania muzyki z plików lub z sieci u każdego melomana przebiegała w nieco inny sposób. Jedni już dawno temu zaczęli archiwizować swoją muzykę, zgrywając płyty do postaci bezstratnych plików, drudzy postanowili zachować odtwarzacz i płyty kompaktowe, kupione przecież za niemałe pieniądze, ale uzupełnić je streamerem i nową muzyką w jakości hi-res, a jeszcze inni wybrali rozwiązanie najprostsze i najwygodniejsze czyli streaming, bez czasochłonnego ripowania płyt i gromadzenia terabajtów muzyki na potężnych dyskach. Jeżeli chcemy podejść do tematu tak, aby uzyskać jak najwyższą jakość brzmienia i faktycznie prześcignąć to, co oferuje wprowadzony niemal czterdzieści lat temu format CD, wybór jest prosty - stawiamy na gęste pliki. Oczywiście nie każdy album można kupić w takiej formie, ale katalogi sklepów i wytwórni oferujących muzykę w jakości hi-res stale się powiększają. Z audiofilskimi plikami radzą sobie niemal wszystkie nowoczesne przetworniki, nawet te montowane we wzmacniaczach i kolumnach aktywnych. Tylko w jaki sposób je odczytywać? Pytanie nie jest nowe, a każdy amator cyfrowej muzyki musiał w pewnym momencie znaleźć na nie odpowiedź. Problem jest o tyle złożony, że nie chodzi o prosty fakt odczytu danych tak, jak to się dzieje w odtwarzaczu płyt kompaktowych. Pliki trzeba przecież na czymś trzymać, dostać się do nich i zarządzać ich odtwarzaniem. Idealne źródło musi więc nie tylko obsługiwać audiofilskie formaty, ale też łączyć się z siecią i pozwolić nam wygodnie zawiadywać całym procesem, najlepiej za pomocą aplikacji na urządzenia mobilne. A obsługa serwisów streamingowych? A odtwarzanie bez przerw? A kompatybilność z Roonem? Krótko mówiąc, zaczynają się schody. Gdzieś w tym wszystkim musi jeszcze znaleźć się miejsce na coś bardzo, ale to bardzo ważnego - jakość dźwięku. Wielu producentów hi-endowej aparatury do dziś nie dało rady sprostać temu wyzwaniu. W spektakularny sposób zrobiła to natomiast firma, o której jeszcze kilka lat temu mało kto słyszał - Auralic.

Zastanawialiście się kiedyś jaka jest różnica między melomanem a audiofilem? Odwołując się do definicji słownikowych i encyklopedycznych, meloman to po prostu miłośnik muzyki, natomiast audiofil to osoba szczególnie zainteresowana wysoką jakością odtwarzanego dźwięku i kolekcjonująca sprzęt odtwarzający najwyższej klasy. Zapewne każdy mógłby tu jeszcze dopisać coś od siebie, ale wielu ludzi zakwalifikuje się zarówno do jednej, jak i drugiej grupy. W końcu trudno sobie wyobrazić audiofila, który nie słucha muzyki (po cóż miałby wówczas być audiofilem), podobnie jak melomana, który nie posiada żadnego sprzętu grającego (może być lepszy lub gorszy, ale jakiś być musi). Jak sprawdzić czy jest się melomanem czy jednak już bardziej audiofilem? Zapytać czy w przeciągu ostatniego roku wydaliśmy więcej pieniędzy na płyty czy na kable? W epoce dominacji plików i streamingu płyt nie kupuje się już tak, jak kiedyś, więc klasyfikacja finansowa zaczyna się rozpływać. Wyobraźmy sobie jednak taką sytuację - wchodzi klient do salonu ze sprzętem audio i... No właśnie - co ogląda, o co pyta, czego szuka? Audiofil będzie zapewne przyglądał się urządzeniom, które prawdopodobnie gdzieś już wcześniej widział. Czytał testy, wchodził na różne strony internetowe, często może nawet przytoczyć dane techniczne danego wzmacniacza. Meloman w takim miejscu będzie natomiast szukał "czegoś", co pozwoli mu słuchać ulubionej muzyki. A czy owo "coś" będzie głośnikiem sieciowym, zestawem mikro czy pełnowymiarowym systemem złożonym z oddzielnych komponentów, to już w wielu przypadkach kwestia drugoplanowa. Uzależniona od dostępnej przestrzeni, zasobności portfela, czasami nawet kwestii estetycznych lub obecności jednej funkcji, z której dana osoba najczęściej korzysta. Powiedzmy, że stanęło na większym systemie z kolumnami. Te mamy już wybrane. Zdecydowały małe gabaryty i okleina, która spodobała się małżonce lub małżonkowi. Do kolumn trzeba jednak coś dołożyć. Wzmacniacz i odtwarzacz? To już spora wieża i większy wydatek. Zamiast tego wystarczyłoby pudełko. Tak, zwykłe pudełko, które pozwoli nam odtwarzać muzykę z wielu różnych źródeł i napędzi wybrane przez nas kolumny. W tym momencie sprzedawca z uśmiechem na ustach wskazuje Bluesounda Powernode 2i - małą, prostą skrzynkę, która sprawi, że nasze głośniki zaczną śpiewać. Szach i mat. Zapakować?

Większość producentów sprzętu audio uwielbia wabić klientów opowieściami o swojej historii i wielkiej pasji, która narodziła się w jakichś ciekawych okolicznościach. W studiu nagraniowym, podczas koncertu na żywo lub wspólnego odsłuchu z przyjaciółmi. Znamy też legendy o wzmacniaczach konstruowanych na kuchennym stole i kolumnach, które sprzedały się w setkach egzemplarzy jeszcze zanim ich twórcy skończyli prace nad prototypami, oczywiście siedząc w piwnicy, na strychu lub w garażu. DALI serwuje nam zupełnie inną, mniej romantyczną wersję wydarzeń. Firma wyrosła z wiodącej skandynawskiej sieci sprzedaży w roku 1983, a bodźcem do jej powstania był fakt, że klienci często pytali o kombinacje rozmiarów, kształtów, charakterystyki brzmienia i ceny kolumn, które ciężko było znaleźć wśród produktów dostępnych wówczas na rynku. Duńczycy postanowili więc powołać do życia nową markę. Wcale nie po to, aby przekroczyć granice niemożliwego. Chcieli dostarczyć melomanom dokładnie to, czego szukali - porządne, proste i dobrze brzmiące kolumny, z których będzie można zbudować dowolny system do każdego pomieszczenia. Taki plan nie mógł nie wypalić, ale chyba mało kto spodziewał się, że wkrótce Danish Audiophile Loudspeaker Industries stanie się jednym z wiodących producentów zestawów głośnikowych na świecie.

Yamaha jest jedną z nielicznych firm w branży audio, do których poczynań w ostatnich latach ciężko się przyczepić. Niektórzy producenci sprzętu zapomnieli o konieczności rozwijania swoich urządzeń i markują postępy wprowadzając od czasu do czasu coś w stylu gniazdka USB, co tak naprawdę stanowi tylko pretekst do podnoszenia cen. Inni zbyt mocno skręcili w stronę elektroniki lifestyle'owej, spychając na dalszy plan audiofilów, którym zawdzięczają swą obecną pozycję, a którzy po kilku latach nachalnego promowania tanich słuchawek i głośników bezprzewodowych nie dadzą się tak łatwo przeprosić. Mogą zapomnieć, że dana marka była kiedyś kojarzona z komponentami hi-fi i hi-end. Japończycy robią wszystko w punkt, pamiętając o różnych grupach klientów. Na przemian wprowadzają przystępne cenowo amplitunery i wyszukane końcówki mocy. Ostatnio udaje im się nawet delikatnie wybiegać w przyszłość. Tak było w przypadku soundbarów wykorzystujących odbicia dźwięku od ścian i amplitunerów stereo wyposażonych w najnowsze funkcje sieciowe. Kilka ładnych lat temu jeden z moich znajomych opowiadał o szkoleniach, jakie prowadzili w Polsce przedstawiciele Yamahy. "No i co tam ciekawego? Będą jakieś nowe, fajne urządzenia dla audiofilów?" - spytałem. "Wiesz co? To nieważne, bo u Yamahy jest teraz tylko jeden temat - MusicCast. Niedługo wszystko, co będzie można kupić w sklepach ze sprzętem audio, będzie połączone z siecią, a więc i z MusicCastem. Od słuchawek przez soundbary i miniwieże aż po najbardziej wypasione klocki." - powiedział. Wówczas była to jeszcze inna epoka, więc potraktowałem jego raport jako zapowiedź dość odległej przyszłości. Ta nadeszła jednak szybciej, niż mi się wydawało. MusicCast jest obecnie jednym z najbardziej zaawansowanych rozwiązań służących odtwarzaniu muzyki z różnych źródeł, a z pewnością najbogatszym systemem na rynku jeśli chodzi o ilość i różnorodność współpracujących z nim urządzeń. Dotychczas najbardziej ekstremalnym z nich był... Fortepian. Może to nic niezwykłego, biorąc pod uwagę doświadczenie Yamahy w budowaniu instrumentów muzycznych, ale prawdziwy, potężny fortepian podłączony do sieci i "odtwarzający" muzykę w tandemie z firmową wieżą to jednak nietypowe zjawisko. Teraz Disklavier Enspire ma nowego, groźnego konkurenta jeśli chodzi o najbardziej odjechane urządzenie z MusicCastem. Tak, nie mylicie się - to gramofon!

No cóż, nie oszukujmy się - w tym teście nie będzie mowy o nowościach, tylko o sprzęcie, który swoją premierę miał już ładnych kilka lat temu. W przypadku Audiolaba nie ma to jednak wielkiego znaczenia. Firma założona we wczesnych latach osiemdziesiątych przez Philipa Swifta i Dereka Scotlanda, mimo kilku historycznych zawirowań, ma wyrobioną markę w branży audio i nie musi raz na dwa miesiące wymieniać całej oferty. Byłoby to nawet niepożądane, bo audiofile cenią ją za pewną przewidywalność i rozwijanie produktów na zasadzie ewolucji, a nie rewolucji. Wszystko zaczęło się od wzmacniacza zintegrowanego 8000A. Klienci pokochali go za niezawodność, łatwość obsługi i dobrze kontrolowany dźwięk. Oryginalna filozofia Audiolaba powróciła w 2010 roku, kiedy to na rynku pojawiły się komponenty z serii 8200. Można powiedzieć, że manufaktura z Huntingdon - obecnie pod skrzydłami grupy IAG - wróciła do korzeni, sięgając po przepis na dobrze skonstruowany, ale wciąż stosunkowo niedrogi sprzęt oferujący czyste, pełne i dynamiczne brzmienie. W końcu przyszła jednak pora na zmianę i na sklepowe półki trafiły komponenty z serii 8300. Wciąż minimalistyczne, na swój sposób surowe, ale ładniejsze, nowocześniejsze i wyposażone w funkcje, których starsze modele nie miały. Zestaw składający się z odtwarzacza 8300CD i wzmacniacza 8300A mimo, iż nie najnowszy, wciąż jest flagowym okrętem Audiolaba.
Wiesiek