
Yamaha to firma, której działalność wykracza daleko poza produkcję sprzętu audio. Jej historia zaczyna się na drugim końcu tego łańcucha - od organów, fortepianów i innych instrumentów muzycznych, a kończy na motocyklach, quadach, wózkach golfowych i łodziach motorowych. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę tylko tę część oferty japońskiego koncernu, która ma cokolwiek wspólnego z nagrywaniem i odtwarzaniem dźwięku, paleta dostępnych produktów będzie szeroka jak cieśnina Naruto. Studyjne monitory bliskiego pola, słuchawki, miksery, soundbary, amplitunery, wzmacniacze zintegrowane, głośniki sieciowe, systemy mikro - w katalogu Yamahy można znaleźć praktycznie wszystko. Niektórzy twierdzą, że sukces tej marki to efekt połączenia pięknej historii z mądrymi decyzjami, systematyczną pracą i typowym dla mieszkańców tej części świata, wybitnie skrupulatnym podejściem do projektowania elektroniki, jednak ja uważam, że i taki kapitał można było zaprzepaścić. Jeśli mówimy o rynku hi-fi, Yamaha jest dzisiaj tu, gdzie jest dzięki dwóm wyjątkowo odważnym ruchom, które pozwoliły jej wyprzedzić konkurencję, a nawet zapoczątkować trend, który trwa do dziś. Pierwszym było stworzenie systemu MusicCast, dającego użytkownikom dostęp do muzyki z sieci i pozwalającego łączyć urządzenia Yamahy w jeden ekosystem. Japończycy zainwestowali w to rozwiązanie mnóstwo pieniędzy, ale ich wysiłek nie poszedł na marne, dzięki czemu firma dysponuje dziś najbardziej rozbudowanym systemem multiroom - takim, do którego można podłączyć wszystko od radiobudzika po hi-endowy amplituner kina domowego. Drugim był natomiast powrót do sprzętu stereo w wielkim, wielkim stylu. Mam tu na myśli oczywiście premierę urządzeń z serii 2000, za którymi poszły kolejne - tańsze, droższe, ale zawsze pięknie wpisujące się w stylistykę nawiązującą do lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

Poznawanie nowych marek i produktów to dla mnie zawsze ciekawe doświadczenie, a jeśli nie mówimy o urządzeniach zbudowanych przez amatorów, zazwyczaj także duża przyjemność. Niektórzy audiofile podchodzą do takich wynalazków nieufnie, ale wielu widzi w nich szansę na znalezienie czegoś, czego do tej pory na rynku nie było. Albo było - tyle, że zdecydowanie poza ich zasięgiem finansowym. Trigon to niemiecka firma, która nie obiecuje nam niskich cen i nie chce rywalizować z chińską masówką. W jej katalogu znajdziemy przede wszystkim urządzenia ze średniej i wyższej półki. Priorytetem jest jakość, a ceny - przynajmniej w porównaniu z bardziej utytułowaną konkurencją zza naszej zachodniej granicy - jeszcze nie zwalają z nóg. Wyraźnie widać, że w niektórych tematach Niemcy nie uznają kompromisów. W ich ofercie nie znajdziemy czegoś takiego, jak głośnik sieciowy. System all-in-one jest jeden i można odnieść wrażenie, że powstał trochę na siłę, z połączenia innych komponentów. Nikt nie chwali się tym, że wzmacniacz zintegrowany wyposażony w wejścia cyfrowe można podłączyć do telewizora. Podział obowiązków musi być zachowany, bo wysokiej klasy system stereo powinien składać się przynajmniej ze źródła i wzmacniacza, a najlepiej - źródła, przedwzmacniacza i końcówki mocy. Czy zatem mamy do czynienia ze starą szkołą budowania sprzętu audio? Nie do końca, bowiem Trigon jest otwarty na pliki i streaming, czego dowodem jest uniwersalne źródło cyfrowe o nazwie Exxceed Audio Server.

Wielu melomanów uważa, że poruszanie się po świecie sprzętu audio jest niezwykle trudne, a dojście do celu wymaga niezwykłego szczęścia lub opanowania umiejętności odróżniania wartościowego sprzętu od drogiej tandety oraz łączenia poszczególnych urządzeń w taki sposób, aby pokazywały jak najwięcej zalet, dając upragniony efekt synergii. Jeżeli tak, to proces dobierania do takiego systemu właściwego okablowania można porównać chyba tylko do próby ucieczki z labiryntu w środku nocy i z prawym butem przywiązanym do lewego. Nawet jeśli poświęcimy wiele czasu, aby zbadać temat, przeczytamy wiele testów i artykułów tłumaczących zawiłe kwestie techniczne, trafienie za pierwszym razem jest praktycznie niemożliwe. Wybrane kable mogą zagrać jak marzenie w jednym systemie, a w drugim wypaść znacznie, znacznie gorzej. Żeby było jeszcze trudniej, coraz ciężej jest odróżnić wartościowe przewody od wynalazków wprowadzanych na rynek przez szarlatanów lub cwaniaczków liczących na szybki zysk. Tym pierwszym wydaje się, że po miesiącach odsłuchów drutów wykonanych z przetopionej figurki afrykańskiego czarodzieja odkryli coś, czego nie zauważył nikt inny. Dorabiają do tego wielką filozofię i uderzają do audiofilów, którzy lubią sprawdzać podobne dziwactwa. Drudzy uważają audiofilów za skończonych idiotów, którzy nie są w stanie odróżnić zaawansowanych technicznie przewodów od kabla z marketu budowlanego zapakowanego w wąż ogrodowy i gruby oplot. Dla niepoznaki konfekcjonują je drogimi wtykami Furutecha lub WBT. Wydatek spory, ale wystarczy jeden frajer, aby inwestycja zwróciła się razy trzydzieści. Tym bardziej doceniam firmy, które w swojej pracy kierują się pomiarami i faktami, a procesy produkcyjne oraz gotowe przewody opisują z dokładnością specjalistów od kryminalistyki. Cardas, Albedo, Nordost, Enerr, Tara Labs, AudioQuest, Kimber Kable, Equilibrium - mogą być drogie, mogą być tanie, może sprawdzą się w naszym systemie, może nie, ale przynajmniej nikt nam nie wciska ciemnoty. Podobno na listę godnych zaufania producentów należy wpisać jeszcze jedną firmę - Atlas. Ponieważ jednak jestem zbyt stary, aby wierzyć we wszystko, co mi się opowiada, postanowiłem sprawdzić to osobiście.

Czasami odnoszę wrażenie, że jednym z ulubionych zajęć miłośników audiofilskiej aparatury jest narzekanie na ceny hi-endowego sprzętu, który przecież z definicji nie jest dla każdego. To trochę tak, jakby pasjonaci motoryzacji zbierali się wieczorem na wielkim parkingu pod zamkniętym supermarketem i, zamiast podziwiać swoje stuningowane Subaru Imprezy i pięknie utrzymane, 40-letnie Mercedesy SL, zgodnym chórem zawodzili, że Maserati MC20 w topowej wersji kosztuje ponad 800000 zł, McLaren 720S - milion złotych więcej, a Lamborghini Aventador - grubo ponad dwie duże bańki. I kto to, panie, tyle da?! Kto w tym kraju, panie, tyle ma?! Ilekroć na portalach społecznościowych puszczamy newsa o hi-endowych kolumnach lub słuchawkach, pierwszy komentarz w tym tonie pojawia się maksymalnie po trzech minutach. Z kolei kiedy na rynku pojawia się coś tańszego, ludzie narzekają, że obudowa brzydka, przednia ścianka plastikowa, gniazd za mało i w ogóle to już nie to, co kiedyś. Najbardziej przechlapane pod tym względem mają fani plików i streamingu. Szukanie szczęścia na rynku wtórnym jest co najmniej ryzykowne, bo - w przeciwieństwie do kolumn, wzmacniaczy czy gramofonów, które tak szybko się nie starzeją - pięcioletnie streamery pachną minioną epoką, a dziesięcioletnie przetworniki mogą nie obsługiwać gęstych formatów. Nowe urządzenia imponują parametrami i wykorzystują kości, o jakich kilka lat temu konstruktorzy mogli co najwyżej pomarzyć. Jeżeli jednak chcielibyśmy kupić markowy odtwarzacz sieciowy, przetwornik lub wzmacniacz słuchawkowy z wejściami cyfrowymi, wracamy do punktu wyjścia, czyli wysokich cen. Ot, Auralic Vega G2.1. Wygląda? Gra? Ma w środku wszystko, czego potrzeba? Nie wątpię. Ale kosztuje 19999 zł. Czy da się taniej? No... Powiedzmy, że można spróbować.

Czasami odnoszę wrażenie, że firmy działające na rynku audio można podzielić na trzy grupy - te, które spokojnie robią swoje, te, które wegetują, od dawna nie wprowadzają żadnych istotnych nowości i powoli usuwają się w cień oraz te, które są wyjątkowo aktywne i raz po raz nam o sobie przypominają, walcząc o nowych klientów i wspinając się coraz wyżej. Co ciekawe, owa klasyfikacja podlega ciągłym zmianom. Wydawałoby się, że przydzielenie konkretnej marki do jednej z trzech wymienionych grup powinno być powiązane z jakimś naturalnym cyklem życiowym, ale nie zawsze tak jest. Młodzi producenci zwykle mocno rozpychają się łokciami, ale są i tacy, którzy zaczynają skromnie i dopiero w pewnym momencie wchodzą w fazę przyspieszonego rozwoju. Znane marki powinny działać spokojnie i rozważnie, ale czasami ich właścicielom przychodzą do głowy takie pomysły, że nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Na skutek zmian personalnych, wsparcia finansowego, opracowania jakiegoś ciekawego rozwiązania technicznego, zmiany modelu dystrybucji, wypuszczenia na rynek wyjątkowo dobrej serii produktów lub wyczekiwanego od dłuższego czasu złapania kontaktu ze światem nowych mediów każda firma może przeskoczyć z pierwszego lub drugiego worka wprost do trzeciego. Wydaje mi się, że taki transfer zaliczył ostatnio ELAC - jeden z najbardziej doświadczonych producentów zestawów głośnikowych, gramofonów i elektroniki audio. Jeszcze niedawno kojarzyliśmy tę markę tylko i wyłącznie z kolumnami, które były dobre, ale systematycznie się starzały. W katalogu nie działo się prawie nic. A dziś? O, panie...

Premiery nowych zestawów głośnikowych manufaktury założonej przez Franco Serblina zawsze budzą wiele emocji, których treść i wydźwięk można zazwyczaj streścić w dwóch zdaniach: "Och, jakie to piękne!" i "Ech, tylko dlaczego mnie na to nie stać?". W obszarach, które decydują o postrzeganiu sprzętu jako produktu skrajnie luksusowego, Sonus Faber rywalizuje chyba tylko z kilkoma innymi firmami, przy czym odnoszę wrażenie, że w Vicenzie wciąż obowiązują trochę inne standardy i zupełnie inne pojmowanie roli, jaką elektronika audio powinna odgrywać w naszym życiu. Tam, gdzie inni projektanci kierują się względami technicznymi, widząc w kolumnach przede wszystkim coś, co zamienia sygnał elektryczny na energię akustyczną, Włosi dostrzegają przede wszystkim obiekt, który znajdzie się w naszym domu, prawdopodobnie nawet w najbardziej wyeksponowanym miejscu, w salonie, gdzie będzie nam towarzyszył każdego dnia. Wiedzą, że będziemy nie tylko wsłuchiwać się w jego brzmienie, ale też na niego patrzeć, dotykać, od czasu do czasu przełączać podłączone do niego kable i przyglądać się najdrobniejszym detalom. A ponieważ sami kochają audiofilskie zabawki i piękne przedmioty, od samego początku budują swoje kolumny z pasją, której nie da się nauczyć, nie da się kupić i absolutnie nie da się powtórzyć. Podczas, gdy inni po raz osiemdziesiąty wykonują pomiary, włoscy projektanci zastanawiają się, w jaki sposób mogliby uczynić swoje zestawy jeszcze piękniejszymi, bardziej ponadczasowymi i łatwiejszymi do ustawienia w typowym pomieszczeniu odsłuchowym. Tam, gdzie inni stosują kompozyty, aluminium i materiały rodem z promów kosmicznych, oni dają nam kolumny zbudowane z drewna, skóry i marmuru Carrara. Używają języka, który rozumie każdy meloman.

Melomanów można z grubsza podzielić na tych, którzy zdecydowanie preferują odsłuchy w systemie opartym o kolumny i tych, którzy nigdy nie rozstają się ze słuchawkami. Osobiście trzymam stronę tej pierwszej grupy, co nie oznacza, że nie dostrzegam zalet nauszników i w żadnych okolicznościach ich nie używam. Pierwsze audiofilskie słuchawki kupiłem dawno, dawno temu. Padło wtedy na model zamknięty Audio-Technica ATH-W1000X. Później zakupiłem dwie pary słuchawek Sennheisera z myślą o słuchaniu muzyki bezprzewodowo, głównie z telewizora i smartfona. W tym sposób nakreślił się jasny i naturalny podział obowiązków - Audio-Techniki służyły mi do odsłuchów z wykorzystaniem sprzętu z wyższej półki, a Sennheiserów używałem na co dzień, do wszystkiego. Jak to w życiu bywa, od dłuższego czasu chodziła mi po głowie myśl o zmianie, a najlepiej - wejściu w świat słuchawek planarnych. I tu pojawia się problem, bo modele skierowane do audiofilów są z reguły przewodowe, duże, niepraktyczne, najczęściej stosunkowo drogie, a napędzanie ich smartfonem - gdybym miał taką potrzebę - nie wydaje się najlepszym pomysłem. A co by się stało, gdyby takie nauszniki mogły pracować zarówno w trybie przewodowym, jak i bezprzewodowym, a dodatkowo nie kosztowałyby majątku? Niemożliwe - pomyślałem. I wtedy właśnie trafiłem na informację o nowym modelu HiFiMAN-a.

Hegel Music Systems to doskonały przykład firmy napędzanej dobrymi pomysłami, dbałością o szczegóły, racjonalnymi decyzjami i stawianiem na pierwszym miejscu tego, co najważniejsze - brzmienia. Norwegowie mogą pochwalić się wieloma ciekawymi rozwiązaniami technicznymi, jednak ani troska o dobór odpowiednich dla każdego modelu komponentów, ani godziny spędzone na projektowaniu płytek drukowanych, ani też pogoń za funkcjonalnością nie odciągnęły ich od tego uniwersalnego celu. Choć osobom uważnie śledzącym rynek sprzętu hi-fi może się to wydać nieprawdopodobne, zespół Hegla tworzy zaledwie siedem osób. Należałoby doliczyć do tego fachowców pracujących u zewnętrznych podwykonawców, ale na tej samej zasadzie do naszej redakcji moglibyśmy dopisać księgową, kurierów dowożących paczki i informatyków obsługujących serwery. Na co dzień w siedzibie firmy w Oslo można spotkać trzech, może czterech ludzi. Mimo to, mówimy o marce, która zgarnęła chyba wszystkie najważniejsze nagrody w tej branży i której działaniom od wielu, wielu lat bacznie przygląda się nawet bardziej utytułowana i doświadczona konkurencja. Co takiego ten Hegel w sobie ma?! Może chodzi o typową dla skandynawskich producentów prostotę? Może to specyficzna mieszanka autorskich technologii, zamiłowania do muzyki i biznesowego wyczucia, dzięki któremu manufaktura założona przez Benta Holtera wypłynęła na szerokie wody wtedy, gdy wszyscy inni chowali się po kątach, obawiając się ekonomicznego kryzysu? Może sekretem jest progresywne podejście norweskich projektantów, którzy w temat plików i przetworników wchodzili już dziesięć lat temu, a dziś streaming i łączenie sprzętu audio z systemami inteligentnego domu są dla nich czymś normalnym? A może, tak po prostu, wszystkie te rzeczy zbiegają się podczas odsłuchu, kiedy stawiamy wybrany model na stoliku, włączamy, odpalamy ulubioną muzykę i...

Wydawałoby się, że rynek sprzętu audio jest nasycony produktami zbudowanymi z myślą o najróżniejszych zastosowaniach i skierowanymi do odbiorców o dowolnej zasobności portfela. Weźmy na przykład wzmacniacze zintegrowane. Na stronie jednego tylko sklepu można znaleźć ponad dwieście różnych modeli w cenie od 499 do 159999 zł. Kolumny podłogowe? Najtańsze kosztują 929 zł za parę, najdroższe - 911600 zł. Słuchawki - od 299 do 30990 zł. Interkonekty RCA - od 115 do 112000 zł. Czy można zatem założyć, że producenci elektroniki zrobią dla nas wszystko, czego tylko zapragniemy. Nie do końca. Niektóre kategorie urządzeń są jakby zapomniane, a jest to o tyle dziwne, że właśnie taki sprzęt jest dziś bardzo poszukiwany. Powiedzmy, że rozglądamy się za wysokiej klasy monitorami, ale mamy kilka podstawowych wymagań - chcemy, aby grały naprawdę dobrze i wyglądały tak, aby rzeczywiście stały się ozdobą naszego pokoju odsłuchowego, ale jednocześnie nie zgadzamy się, aby były to duże skrzynie, które trzeba będzie ustawić na ciężkich podstawkach. Wówczas moglibyśmy przecież kupić sobie nieduże podłogówki, a zupełnie nie o to chodzi. Nie mamy takiej potrzeby, bo omawiane pomieszczenie ma w porywach dwadzieścia, może dwadzieścia kilka metrów kwadratowych. Szukamy więc monitorów audiofilskich, ale małych i wykonanych jak hi-endowe zestawy wolnostojące. Odrzucamy kolumny aktywne i lifestyle'owe głośniki sieciowe, bo mamy fajny wzmacniacz i nie chcemy się z nim rozstawać. I co? Wcale nie jest tak różowo. Są Amphiony Helium 410, Gato Audio FM-8, Opery Prima, Harbethy P3ESR, Piegi Premium 301, Spendory Classic 4/5, Diapasony Karis III i kilka innych konstrukcji, które wyglądają ciekawie, a przy odrobinie szczęścia powinny pracować prawidłowo nawet na biurku lub dużej komodzie, jednak niektóre z takich "pudełek po butach" mają swoje ograniczenia i bez wspomagania w postaci aktywnego subwoofera mogą rozczarować. Może trzeba zwiększyć budżet? Niestety, niewiele to da. Większość monitorów powyżej tego poziomu cenowego to już duże skrzynie, których raczej nie ustawimy tam, gdzie nam się podoba. Wygląda na to, że nikt nie jest zainteresowany produkcją pięknych, audiofilskich, dobrze brzmiących mini-monitorów, które nie byłyby dziwactwem w stylu vintage'owych głośników pozbawionych basu lub przepakowanymi w ładniejsze obudowy surroundami. Na szczęście są jeszcze Duńczycy.

Audiofile interesujący się głównie zestawami głośnikowymi, wzmacniaczami, odtwarzaczami płyt kompaktowych i gramofonami twierdzą, że postęp techniczny jest w tej materii praktycznie niezauważalny. Jeżeli jednak zejdziemy na ziemię i przyjrzymy się urządzeniom skonstruowanym z myślą o masowym odbiorcy, sprawa wygląda zupełnie inaczej. W tym obszarze rynku audio dzieje się tak dużo, że trzeba nieustannie przyglądać się nowym rozwiązaniom i aktualizować swoją wiedzę, aby nie wypaść z obiegu. Aplikacje, kodeki, pliki hi-res, streaming, ulepszone systemy aktywnej redukcji szumów, multiroom, nowe serwisy muzyczne, obsługa asystentów głosowych - może nie każdego jednego klienta interesuje każda jedna z tych rzeczy, ale to właśnie w sprzęcie dla przeciętnego słuchacza najszybciej zobaczymy rozwiązania, którymi audiofile zainteresują się znacznie później. Choć brzmi to paradoksalnie, w kwestii nowoczesnych rozwiązań od dłuższego czasu to właśnie droższe komponenty hi-fi muszą nadążać za budżetowymi amplitunerami, soundbarami i głośnikami sieciowymi. Dla miłośnika gramofonów i wzmacniaczy lampowych jest to taki sprzętowy śmietnik. Wszechobecny plastik, zbyt daleko posunięta cyfryzacja i paskudny triumf funkcjonalności nad jakością dźwięku. Sprzęt dla ludzi, którym wydaje się, że potrzebują więcej gniazd, więcej mocy i więcej zabawek, a w rzeczywistości nie wykorzystują nawet połowy z nich. O ile z amplitunerów akceptuję tylko te stereofoniczne, a soundbary traktuję jako zło konieczne, tak z głośnikami sieciowymi wdałem się w dłuższy romans. Co więcej, znam wielu hi-endowców, którzy również się w nich zakochali, traktując je najczęściej jako uzupełnienie pełnowymiarowego systemu lub praktyczną alternatywę dla skomplikowanego, kosztownego, czasami wręcz przytłaczającego systemu stereo. Włączamy głośnik do prądu, łączymy się z aplikacją i słuchamy. Bez dźwigania wzmacniaczy i rozplątywania dwudziestu kabli. Ot tak, jakby była to najprostsza rzecz na świecie. Później kupujemy drugi głośnik i tworzymy parę stereo, albo dokładamy jeszcze kilka i nagłaśniamy cały dom, tworząc różne strefy i zarządzając systemem z poziomu smartfona. Powrót do wzmacniacza, który trzeba obsługiwać pilotem przypomina przesiadkę z elektrycznego auta do dorożki.
Marcin