
Doskonale pamiętam premierę pierwszych słuchawek i głośników komputerowych marki Bowers & Wilkins. Oto firma kojarzona z wysokiej klasy kolumnami wypuściła na rynek wyjątkowo ładne nauszniki i miniaturowe zestawy głośnikowe, które niejeden audiofil postawiłby sobie na biurku, w miejscu pracy, ewentualnie w sypialni lub innym pomieszczeniu, w którym pełnowymiarowy system nie ma racji bytu. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że była to genialna zagrywka, chociaż wtedy nie wszyscy byli w stanie to przewidzieć, a pewna grupa audiofilów zareagowała na te nowości alergicznie. No bo jak to? Firma, która kusiła nas słynnymi Nautilusami i zapewniała, że nawet w tańszych modelach znajdziemy te same rozwiązania techniczne, jednocześnie zniżyła się do poziomu miniaturowych kolumienek do laptopa? Wówczas w poszukiwaniu słuchawek trzeba było przejrzeć katalogi Sennheisera, Kossa albo AKG, a po porządne głośniki komputerowe szło się do salonu Bose. Bowers & Wilkins był jedną z pierwszych naprawdę audiofilskich firm, które zaczęły walczyć o tego samego klienta. Dziś nikogo to już nie szokuje. Focal dostarcza audiofilom słuchawki za kilkanaście tysięcy złotych, wizytówką Devialeta stały się luksusowe głośniki sieciowe, Burmester jest znany jako firma dostarczająca nagłośnienie do limuzyn Mercedesa, a Sennheiser wszedł w paradę producentom głośników, wypuszczając na rynek hi-endowy soundbar. Na przestrzeni kilkunastu lat zupełnie zmieniły się zasady gry. Klasyczny podział na specjalizacje odszedł w zapomnienie. Tymczasem brytyjscy inżynierowie wciąż rozwijali słuchawki i głośniki bezprzewodowe. I wcale nie polegało to na podnoszeniu poprzeczki cenowej raz na pół roku. Najdroższe P9 Signature kosztują obecnie 3999 zł, co w porównaniu z flagowcami Focala, HiFiMAN-a czy Audeze wydaje się śmieszne. Najtańsze są natomiast PX5 - bezprzewodowe nauszniki z systemem aktywnej redukcji hałasu. W cenniku figuruje obok nich kwota 1299 zł, ale na stronie dystrybutora można je dostać za 999 zł. Warto?

Z produktami marki Tellurium Q dawno już nie miałem realnej styczności, choć regularnie słyszę pytania o to, które jej kable najlepiej sprawdzą się z takim czy takim systemem. Odnoszę nawet wrażenie, że niektórzy melomani próbują znaleźć rozwiązanie tej zagadki w całkowicie błędny sposób - bez odsłuchu, tylko na podstawie recenzji, komentarzy użytkowników i porównywania ze sobą dziwacznych wykresów znalezionych w sieci - a mimo to są przekonani, że powinni kupić kable Tellurium Q. Szczerze mówiąc, zastanawiają się tylko nad tym, czy powinny to być przewody z serii Blue czy Black, albo Black Diamond czy Ultra Silver. A przecież dobrych lub nawet bardzo dobrych kabli na naszym rynku nie brakuje. Dlaczego akurat te? Biorąc pod uwagę fakt, że firma nie inwestuje setek tysięcy funtów w akcje promocyjne, reklamy w prasie branżowej czy sponsorowane posty w mediach społecznościowych (podczas pisania tego testu, jak zwykle, wielokrotnie wpisywałem w wyszukiwarkę różne hasła związane z kablami tej marki i ani razu nie wyskoczyła mi żadna reklama, a ostatnio dzieje się to niezwykle rzadko - przeglądając mój komputer, od razu wiedzielibyście, co ostatnio testowałem), zainteresowanie audiofilów jej przewodami wydaje się tak niezwykłe, że aż zagadkowe. O co chodzi?

Zorganizowana na przełomie sierpnia i września premiera najnowszych komponentów stereofonicznych Marantza była jednym z najbardziej oczekiwanych wydarzeń tego roku. Choć przeprowadzono ją w formie wideokonferencji, firma dała zaproszonym dziennikarzom i dealerom do zrozumienia, że będzie to coś więcej niż prezentacja kolejnych urządzeń różniących się od swoich poprzedników kilkoma detalami. Sprawa była na tyle poważna, że Marantz poprosił wszystkich o podpisanie umowy poufności, co w przypadku tego typu konferencji jest niezwykle rzadką praktyką. Wystarczy przecież na samym początku określić embargo informacyjne i żaden poważny magazyn nie opublikuje newsa przed tą datą. Przedstawiciele japońskiego producenta musieli jednak dojść do wniosku, że w tym przypadku to nie wystarczy i wystosowali dokument napisany tak, jakby jego sygnatariusze mieli co najmniej poznać szczegóły planowanego ataku nuklearnego. W pierwszej chwili miałem ochotę wyrzucić tę umowę do kosza, ale polski dystrybutor Marantza zapewniał mnie, że warto. Po co wprowadzać taką atmosferę przed wideokonferencją, w trakcie której zaprezentowano sprzęt, który kilka dni później i tak zobaczyli wszyscy? Zastanawiałem się nad tym nawet wtedy, gdy już dołączyłem do wąskiego grona oglądających. Kiedy pokazano pierwsze zdjęcia opisywanego kompletu, wiedziałem już, że może on zwiastować przełom - pierwszą poważną zmianę od co najmniej kilkunastu lat. Nowe wzornictwo, nowa końcówka mocy, nowe elementy elektroniczne, a może i nowe podejście do funkcjonowania systemu hi-fi jako takiego. Czy faktycznie tak jest? Ani na podstawie zdjęć i filmów, ani krótkiego odsłuchu podczas spotkania zorganizowanego w siedzibie dystrybutora nie byłem w stanie tego ocenić. Dlatego Model 30 i SACD 30n trafiły do mnie na test.

Audio-Technica to jedna z firm, z której produktami stykam się wyjątkowo regularnie. Nie chodzi nawet o to, że pałam do tej marki jakąś nieuzasadnioną miłością. Japończycy po prostu wprowadzają na rynek wiele nowych produktów, z których większość adresowana jest do wymagających melomanów lub ekstremalnie wkręconych w swoje hobby audiofilów. Możliwe, że jest to sprytny chwyt marketingowy, ale wystarczy, że jeden na dziesięć modeli wyda mi się interesujący, aby wytworzyć wrażenie, że Audio-Technica ma w naszym dziale testów stałe, podpisane miejsce. Nie mogę jednak nic poradzić na to, że japońska manufaktura raz po raz wypuszcza na rynek coś, do czego świecą mi się oczy. Może nie do budżetowych gramofonów i słuchawek dla sportowców, ale do zaawansowanych technicznie wkładek gramofonowych i nauszników z wysokiej półki - tak. Zauważyłem, że w niższych segmentach Audio-Technica gra według ogólnie przyjętych zasad, dostarczając klientom sprzęt, którego szukają. Nie ma w tym wielkiej filozofii. Niedrogie gramofony i słuchawki są dobre, ale niczym szczególnym się nie wyróżniają, bo zupełnie nie o to chodzi. Jeżeli jednak przekroczymy pewien pułap cenowy, reguły zmieniają się diametralnie - tutaj japońscy inżynierowie idą swoją drogą, stosując nieraz bardzo oryginalne rozwiązania, co zazwyczaj przekłada się na równie ciekawe wrażenia odsłuchowe. Kiedy otrzymałem informację o planowanej premierze słuchawek ATH-AWKT i ATH-AWAS, wiedziałem już, że jednemu z tych modeli będę chciał przyjrzeć się bliżej.

Patrząc na ostatnie poczynania Naima i popularność, jaką cieszą się głośniki sieciowe oraz systemy all-in-one tej marki, śmiało można powiedzieć, że świat klasycznych systemów audio dla zatwardziałych konserwatystów poniósł druzgocącą klęskę w starciu ze sprzętem nowocześniejszym, ładniejszym, tańszym, jednoczęściowym i przystosowanym do słuchania muzyki z sieci. Wprowadzenie eleganckich modeli z serii Muso przyciągnęło do Naima nowych klientów i pozwoliło zwiększyć obroty do poziomu, jakiego brytyjska manfaktura dotychczas nie notowała, nie wpływając jednak na resztę oferty. Audiofile mogli potraktować je jako niegroźną ciekawostkę i nadal interesować się wyłącznie urządzeniami zaprojektowanymi zgodnie z firmową filozofią - jako elementy większej układanki. Kolejna generacja kompaktowych systemów Uniti wywołała w katalogu Naima prawdziwe trzęsienie ziemi. Z całej bazowej serii XS, w której kiedyś można było znaleźć między innymi przedwzmacniacz, końcówkę mocy, integrę, streamer, przedwzmacniacz z funkcjami sieciowymi, odtwarzacz płyt kompaktowych i zasilacz zostały tylko trzy urządzenia - ND5 XS 2, Nait XS 3 i FlatCap XS. Niżej jest tylko wyjątkowo biedny zestaw złożony z odtwarzacza CD5 SI i wzmacniacza Nait 5SI. Zarówno przedstawiciele, jak i fani brytyjskiej marki mówią jednak otwarcie - jeżeli nie stać nas na komponenty z serii Classic, najlepszym wyjściem będzie zakup topowego modelu z serii Uniti. Mają rację, czy trochę przesadzają?

Yamaha to firma, której działalność wykracza daleko poza produkcję sprzętu audio. Jej historia zaczyna się na drugim końcu tego łańcucha - od organów, fortepianów i innych instrumentów muzycznych, a kończy na motocyklach, quadach, wózkach golfowych i łodziach motorowych. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę tylko tę część oferty japońskiego koncernu, która ma cokolwiek wspólnego z nagrywaniem i odtwarzaniem dźwięku, paleta dostępnych produktów będzie szeroka jak cieśnina Naruto. Studyjne monitory bliskiego pola, słuchawki, miksery, soundbary, amplitunery, wzmacniacze zintegrowane, głośniki sieciowe, systemy mikro - w katalogu Yamahy można znaleźć praktycznie wszystko. Niektórzy twierdzą, że sukces tej marki to efekt połączenia pięknej historii z mądrymi decyzjami, systematyczną pracą i typowym dla mieszkańców tej części świata, wybitnie skrupulatnym podejściem do projektowania elektroniki, jednak ja uważam, że i taki kapitał można było zaprzepaścić. Jeśli mówimy o rynku hi-fi, Yamaha jest dzisiaj tu, gdzie jest dzięki dwóm wyjątkowo odważnym ruchom, które pozwoliły jej wyprzedzić konkurencję, a nawet zapoczątkować trend, który trwa do dziś. Pierwszym było stworzenie systemu MusicCast, dającego użytkownikom dostęp do muzyki z sieci i pozwalającego łączyć urządzenia Yamahy w jeden ekosystem. Japończycy zainwestowali w to rozwiązanie mnóstwo pieniędzy, ale ich wysiłek nie poszedł na marne, dzięki czemu firma dysponuje dziś najbardziej rozbudowanym systemem multiroom - takim, do którego można podłączyć wszystko od radiobudzika po hi-endowy amplituner kina domowego. Drugim był natomiast powrót do sprzętu stereo w wielkim, wielkim stylu. Mam tu na myśli oczywiście premierę urządzeń z serii 2000, za którymi poszły kolejne - tańsze, droższe, ale zawsze pięknie wpisujące się w stylistykę nawiązującą do lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

Poznawanie nowych marek i produktów to dla mnie zawsze ciekawe doświadczenie, a jeśli nie mówimy o urządzeniach zbudowanych przez amatorów, zazwyczaj także duża przyjemność. Niektórzy audiofile podchodzą do takich wynalazków nieufnie, ale wielu widzi w nich szansę na znalezienie czegoś, czego do tej pory na rynku nie było. Albo było - tyle, że zdecydowanie poza ich zasięgiem finansowym. Trigon to niemiecka firma, która nie obiecuje nam niskich cen i nie chce rywalizować z chińską masówką. W jej katalogu znajdziemy przede wszystkim urządzenia ze średniej i wyższej półki. Priorytetem jest jakość, a ceny - przynajmniej w porównaniu z bardziej utytułowaną konkurencją zza naszej zachodniej granicy - jeszcze nie zwalają z nóg. Wyraźnie widać, że w niektórych tematach Niemcy nie uznają kompromisów. W ich ofercie nie znajdziemy czegoś takiego, jak głośnik sieciowy. System all-in-one jest jeden i można odnieść wrażenie, że powstał trochę na siłę, z połączenia innych komponentów. Nikt nie chwali się tym, że wzmacniacz zintegrowany wyposażony w wejścia cyfrowe można podłączyć do telewizora. Podział obowiązków musi być zachowany, bo wysokiej klasy system stereo powinien składać się przynajmniej ze źródła i wzmacniacza, a najlepiej - źródła, przedwzmacniacza i końcówki mocy. Czy zatem mamy do czynienia ze starą szkołą budowania sprzętu audio? Nie do końca, bowiem Trigon jest otwarty na pliki i streaming, czego dowodem jest uniwersalne źródło cyfrowe o nazwie Exxceed Audio Server.

Wielu melomanów uważa, że poruszanie się po świecie sprzętu audio jest niezwykle trudne, a dojście do celu wymaga niezwykłego szczęścia lub opanowania umiejętności odróżniania wartościowego sprzętu od drogiej tandety oraz łączenia poszczególnych urządzeń w taki sposób, aby pokazywały jak najwięcej zalet, dając upragniony efekt synergii. Jeżeli tak, to proces dobierania do takiego systemu właściwego okablowania można porównać chyba tylko do próby ucieczki z labiryntu w środku nocy i z prawym butem przywiązanym do lewego. Nawet jeśli poświęcimy wiele czasu, aby zbadać temat, przeczytamy wiele testów i artykułów tłumaczących zawiłe kwestie techniczne, trafienie za pierwszym razem jest praktycznie niemożliwe. Wybrane kable mogą zagrać jak marzenie w jednym systemie, a w drugim wypaść znacznie, znacznie gorzej. Żeby było jeszcze trudniej, coraz ciężej jest odróżnić wartościowe przewody od wynalazków wprowadzanych na rynek przez szarlatanów lub cwaniaczków liczących na szybki zysk. Tym pierwszym wydaje się, że po miesiącach odsłuchów drutów wykonanych z przetopionej figurki afrykańskiego czarodzieja odkryli coś, czego nie zauważył nikt inny. Dorabiają do tego wielką filozofię i uderzają do audiofilów, którzy lubią sprawdzać podobne dziwactwa. Drudzy uważają audiofilów za skończonych idiotów, którzy nie są w stanie odróżnić zaawansowanych technicznie przewodów od kabla z marketu budowlanego zapakowanego w wąż ogrodowy i gruby oplot. Dla niepoznaki konfekcjonują je drogimi wtykami Furutecha lub WBT. Wydatek spory, ale wystarczy jeden frajer, aby inwestycja zwróciła się razy trzydzieści. Tym bardziej doceniam firmy, które w swojej pracy kierują się pomiarami i faktami, a procesy produkcyjne oraz gotowe przewody opisują z dokładnością specjalistów od kryminalistyki. Cardas, Albedo, Nordost, Enerr, Tara Labs, AudioQuest, Kimber Kable, Equilibrium - mogą być drogie, mogą być tanie, może sprawdzą się w naszym systemie, może nie, ale przynajmniej nikt nam nie wciska ciemnoty. Podobno na listę godnych zaufania producentów należy wpisać jeszcze jedną firmę - Atlas. Ponieważ jednak jestem zbyt stary, aby wierzyć we wszystko, co mi się opowiada, postanowiłem sprawdzić to osobiście.

Czasami odnoszę wrażenie, że jednym z ulubionych zajęć miłośników audiofilskiej aparatury jest narzekanie na ceny hi-endowego sprzętu, który przecież z definicji nie jest dla każdego. To trochę tak, jakby pasjonaci motoryzacji zbierali się wieczorem na wielkim parkingu pod zamkniętym supermarketem i, zamiast podziwiać swoje stuningowane Subaru Imprezy i pięknie utrzymane, 40-letnie Mercedesy SL, zgodnym chórem zawodzili, że Maserati MC20 w topowej wersji kosztuje ponad 800000 zł, McLaren 720S - milion złotych więcej, a Lamborghini Aventador - grubo ponad dwie duże bańki. I kto to, panie, tyle da?! Kto w tym kraju, panie, tyle ma?! Ilekroć na portalach społecznościowych puszczamy newsa o hi-endowych kolumnach lub słuchawkach, pierwszy komentarz w tym tonie pojawia się maksymalnie po trzech minutach. Z kolei kiedy na rynku pojawia się coś tańszego, ludzie narzekają, że obudowa brzydka, przednia ścianka plastikowa, gniazd za mało i w ogóle to już nie to, co kiedyś. Najbardziej przechlapane pod tym względem mają fani plików i streamingu. Szukanie szczęścia na rynku wtórnym jest co najmniej ryzykowne, bo - w przeciwieństwie do kolumn, wzmacniaczy czy gramofonów, które tak szybko się nie starzeją - pięcioletnie streamery pachną minioną epoką, a dziesięcioletnie przetworniki mogą nie obsługiwać gęstych formatów. Nowe urządzenia imponują parametrami i wykorzystują kości, o jakich kilka lat temu konstruktorzy mogli co najwyżej pomarzyć. Jeżeli jednak chcielibyśmy kupić markowy odtwarzacz sieciowy, przetwornik lub wzmacniacz słuchawkowy z wejściami cyfrowymi, wracamy do punktu wyjścia, czyli wysokich cen. Ot, Auralic Vega G2.1. Wygląda? Gra? Ma w środku wszystko, czego potrzeba? Nie wątpię. Ale kosztuje 19999 zł. Czy da się taniej? No... Powiedzmy, że można spróbować.

Czasami odnoszę wrażenie, że firmy działające na rynku audio można podzielić na trzy grupy - te, które spokojnie robią swoje, te, które wegetują, od dawna nie wprowadzają żadnych istotnych nowości i powoli usuwają się w cień oraz te, które są wyjątkowo aktywne i raz po raz nam o sobie przypominają, walcząc o nowych klientów i wspinając się coraz wyżej. Co ciekawe, owa klasyfikacja podlega ciągłym zmianom. Wydawałoby się, że przydzielenie konkretnej marki do jednej z trzech wymienionych grup powinno być powiązane z jakimś naturalnym cyklem życiowym, ale nie zawsze tak jest. Młodzi producenci zwykle mocno rozpychają się łokciami, ale są i tacy, którzy zaczynają skromnie i dopiero w pewnym momencie wchodzą w fazę przyspieszonego rozwoju. Znane marki powinny działać spokojnie i rozważnie, ale czasami ich właścicielom przychodzą do głowy takie pomysły, że nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Na skutek zmian personalnych, wsparcia finansowego, opracowania jakiegoś ciekawego rozwiązania technicznego, zmiany modelu dystrybucji, wypuszczenia na rynek wyjątkowo dobrej serii produktów lub wyczekiwanego od dłuższego czasu złapania kontaktu ze światem nowych mediów każda firma może przeskoczyć z pierwszego lub drugiego worka wprost do trzeciego. Wydaje mi się, że taki transfer zaliczył ostatnio ELAC - jeden z najbardziej doświadczonych producentów zestawów głośnikowych, gramofonów i elektroniki audio. Jeszcze niedawno kojarzyliśmy tę markę tylko i wyłącznie z kolumnami, które były dobre, ale systematycznie się starzały. W katalogu nie działo się prawie nic. A dziś? O, panie...
Seba