
Rynek wysokiej klasy przetworników cyfrowo-analogowych przez ostatnie lata rozwijał się raczej ewolucyjnie niż rewolucyjnie. Nowe konstrukcje pojawiały się regularnie, ale często ograniczały się do nieznacznie zmodyfikowanych wersji sprawdzonych, doskonale znanych klientom układów, z kosmetycznymi zmianami funkcjonalnymi lub niewielkimi poprawkami brzmienia. Od czasu do czasu na rynku pojawiało się coś ciekawszego, jak konwertery bazujące na architekturze R2R lub układach FPGA, jednak większość nowych DAC-ów - pomijając śmiałe pomysły projektantów w dziedzinie wzornictwa - nie ma nam do zaoferowania nic nowego. Odnoszę nawet wrażenie, że przetworniki przestały być ekscytujące, zupełnie audiofilom spowszedniały, w związku z czym ich uwaga przeniosła się na streamery, usługi muzyczne, aplikacje, a nawet zasilacze czy akcesoria w stylu hi-endowych kabli USB i LAN. Tymczasem Rose - marka, która w ciągu kilku lat zdobyła uznanie świata audiofilskiego za sprawą swoich streamerów z efektownymi ekranami i nietuzinkowym podejściem do wzornictwa - postanowiła wypełnić tę lukę i zaprezentowała urządzenie, które robi wrażenie nie tylko swym wyglądem, ale także funkcjonalnością, architekturą wewnętrzną i, przynajmniej tak zapewnia producent, brzmieniem. Model RD160 to pierwszy samodzielny przetwornik w katalogu tej firmy i zarazem naturalny partner dla jej transportu sieciowego RS130. Czy faktycznie jest to godny uwagi DAC, który wyróżnia się nawet na tle licznej i utytułowanej konkurencji, czy może sprzęt, który najlepiej prezentuje się na zdjęciach?

W świecie hi-endowego audio za najciekawszymi urządzeniami stoją często prawdziwi ekscentrycy, ludzie patrzący na świat z innej perspektywy i na przekór obowiązującym trendom, a nierzadko nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi, realizujący swoje dziwne, śmiałe pomysły. Założyciel marki Mola Mola, Bruno Putzeys, z pewnością do nich należy. Gdy większość inżynierów pracujących nad wzmacniaczami czy przetwornikami trzyma się utartych ścieżek, on od początku swojej kariery kierował się czymś w rodzaju wewnętrznej niezgody na "tak się robi od lat i tak trzeba". A jego historia to opowieść o tym, jak silna może być potrzeba zrobienia czegoś po swojemu - nawet jeśli przez długi czas nie ma się do tego odpowiednich narzędzi. Putzeys urodził się w 1973 roku w Brukseli. Jego kariera w świecie audio zaczęła się w latach dziewięćdziesiątych w Philipsie, kiedy to, będąc jeszcze studentem, Bruno poświęcił swoją pracę magisterską zagadnieniu wzmacniaczy klasy D. Był to wówczas temat raczej egzotyczny, traktowany przez branżę z rezerwą, a przez audiofilów z otwartą niechęcią. Putzeys nie tylko się tym nie zraził, ale "przy okazji" zaprojektował przetwornik cyfrowo-analogowy, który potrafił bezpośrednio konwertować sygnały DSD do postaci analogowej. Równolegle pracował nad konwersją PCM do postaci PWM - technologią, która z czasem stanie się jednym z jego znaków rozpoznawczych. W Philipsie nie wzbudziło to jednak większego entuzjazmu. Projekty Putzeysa, choć odważne, były jak na korporacyjne standardy zbyt ryzykowne, zbyt odległe od bieżących celów firmy. Przyszły twórca Mola Moli miał więc dwie opcje - dopasować się albo ruszyć dalej własną ścieżką. Wybrał to drugie.

Bluesound narodził się w cieniu dwóch doskonale znanych audiofilom marek - NAD Electronics i PSB Speakers. Obie należą do koncernu Lenbrook Group, więc przepływ wiedzy, pomysłów i technologii między nimi jest dość swobodny. Kilkanaście lat temu inżynierowie pracujący nad nowymi produktami zaczęli zadawać sobie pytanie, co by było, gdyby jakość dźwięku nie była ograniczona do standardu wyznaczonego przez płytę kompaktową. Czy można stworzyć coś bezprzewodowego, sieciowego, nowoczesnego, co mimo to nie będzie grało jak tandetny głośnik bezprzewodowy, tylko jak rasowy sprzęt stereo? Dziś może się to wydawać zabawne, ale wtedy ludzie naprawdę widzieli w tym mezalians - muzyki z plików i sieci słuchało się przecież na telefonie lub komputerze z plastikowymi głośniczkami, a jeśli ktoś chciał to robić na poważnie, potrzebna była wielka wieża z gramofonem lub odtwarzaczem CD. Z tego prostego pytania narodził się projekt, który dość szybko oderwał się od NAD-a i zaczął żyć własnym życiem i łamał obowiązujące schematy. Zamiast nostalgii - technologia, zamiast skomplikowanego sprzętu - minimalizm, a zamiast płyt - pliki, streaming i to, co miało dopiero nadejść. Zanim powstały same urządzenia, opracowano BluOS - system operacyjny, który miał łączyć wszystkie elementy układanki. Była to platforma stworzona z myślą o tym, by jak najlepiej i najwygodniej odtwarzać muzykę z różnych serwisów i zarządzać tym procesem nawet w dużym domu, gdzie w kilku pokojach mogą stanąć eleganckie głośniki sieciowe, a w jednym - duży system stereo ze streamerem w roli źródła. BluOS zadebiutował w 2013 roku podczas największej wystawy sprzętu hi-fi w Europie - monachijskiego High Endu. Wtedy też pokazano urządzenie, które w niedalekiej przyszłości miało stać się prawdziwym hitem - Node.

Gdybym miał wskazać producenta sprzętu audio, który w ostatnim czasie wprowadził na rynek najwięcej ciekawych urządzeń z różnych kategorii i przedziałów cenowych, nawet długo bym się nie zastanawiał - FiiO. Firma kojarzona niegdyś z budżetowymi przetwornikami i słuchawkami dostarcza dziś zarówno sprzęt mobilny, jak i nowoczesne, dopracowane komponenty stereo dla wymagających audiofilów. W naszym dziale aktualności jej wynalazki pojawiają się tak regularnie, że gdybym nie dostał kilku kolejnych newsów w ciągu miesiąca, zacząłbym się zastanawiać, co się stało. Tylko w ciągu ostatniego roku informowaliśmy o aż 24 premierowych modelach tej marki, a nie były to wszystkie - jedynie te, które sprowadzono do Polski. Odtwarzacz przenośny M23, biurkowe przetworniki K19 i K9 AKM, "dongle" KA17, KA11 i JA11, słuchawki z drewnianymi nausznikami FT 1, przetwornik K11 R2R, dokanałówki FA19 i FH19, przenośne odtwarzacze płyt kompaktowych DM13 i SR11, gramofon TT13, streamer S15, playery JM21 i Snowsky Echo Mini, słuchawki planarne FT1 Pro i FP3, piękny DAC ze wzmacniaczem słuchawkowym K17, zaawansowane dokanałówki FX17, monitory aktywne SA1, kieszonkowe radio RR11, słuchawki planarne z membraną pokrytą złotem FT7 i ultralekkie słuchawki Anytime - to wszystko pojawiło się w polskich sklepach na przestrzeni 12 miesięcy. Rozumiecie skalę zjawiska? Jasne, wiele z tych nowości w dalszym ciągu adresowanych jest do fanów sprzętu mobilnego, a część to ciekawostki przyrodnicze, ale FiiO coraz odważniej wchodzi w segment audiofilski, nierzadko oferując rozwiązania rodem ze sprzętu hi-endowego, ale wciąż w niezwykle przystępnych cenach. Przetwornik R2R za 899 zł? DAC ze wzmacniaczem słuchawkowym i wzornictwem na kilometr pachnącym piecykami Luxmana za 4999 zł? Słuchawki planarne z membraną o grubości 1 μm pokrytą warstwą 24-karatowego złota, elementami z drewna zebrano, wykończeniem z jagnięcej skóry i zamszu oraz kablem monokrystalicznej miedzi mrożonej ciekłym azotem za 3999 zł? Czy konkurencja powinna zacząć się bać? Teoretycznie tak, ale ciekawy produkt w niskiej cenie to nie wszystko. Trzeba jeszcze udowodnić klientom, że nie jest wydmuszką, która ładnie prezentuje się tylko na zdjęciach. Czy FiiO dba nie tylko o ilość, ale i jakość? Czy sprzęt tej marki jest porządnie wykonany i potrafi grać? Postanowiłem to sprawdzić, biorąc do testu najciekawszą moim zdaniem premierę ostatniego roku - odtwarzacz sieciowy S15.

Od kiedy sięgam pamięcią, Cyrus zajmował szczególne miejsce w audiofilskim uniwersum - siedział w jednej loży z brytyjskimi ekscentrykami, takimi jak Naim, Linn, Quad, Rega czy Chord. Każda z tych firm miała swoje własne, często niezwykle oryginalne pomysły na to, jak sprzęt stereo powinien wyglądać, działać i grać, ale łączyło je jedno - miały odwagę, by je realizować, nie oglądając się na innych. Znakiem rozpoznawczym Cyrusa stały się urządzenia zamknięte w charakterystycznych, wąskich i głębokich obudowach. Dziś na nikim nie robi to wrażenia, ponieważ kompaktowe komponenty stereo są zupełnie normalnym zjawiskiem, jednak w latach osiemdziesiątych, zdominowanych przez wieże zbudowane z klocków o standardowej szerokości 43-44 cm, takie podejście było na wskroś nowatorskie. Wrażenie na klientach robiła także jakość wykonania Cyrusów. Sztywne, odlewane obudowy zwiększały odporność sprzętu na zakłócenia i zapewniały mu ponadprzeciętną trwałość. Jednocześnie marka wypracowała własny, łatwo rozpoznawalny styl, którego nie da się pomylić z innymi producentami. Czarne pudełka z mocno oldschoolowymi przyciskami i zielonymi wyświetlaczami niektórym kojarzyły się ze starymi komputerami, innym z aparaturą laboratoryjną, a jeszcze innym ze starymi konsolami do gier lub pulpitem statku kosmicznego. Awangardowość systemów Cyrusa podkreślały firmowe stoliki w formie wysokich słupków z półkami zawieszonymi na jednej nodze. Ustawione na takim postumencie klocki zdawały się lewitować w powietrzu, a dodatkowo stelaż miał przepusty na kable, aby nic nie zaburzało dizajnu rodem z filmów Stanleya Kubricka. Co by nie mówić, manufaktura z Huntingdon umiała szokować. Z biegiem lat nowatorskie niegdyś pomysły stały się dla niej ciężarem. Stali klienci nie chcieli, aby cokolwiek zmieniano w tym charakterystycznym wzornictwie. Cyrus produkował więc całkiem nowoczesne przetworniki i streamery, które jednak wciąż wyglądały, jakby powstały w latach osiemdziesiątych. Na eksperymenty pozwalano sobie tylko w urządzeniach typu all-in-one, takich jak wprowadzony w 2013 roku Lyric czy zaprezentowany cztery lata później One. Wszystko wskazywało na to, że możliwe są tylko dwa scenariusze - albo firma będzie nadal produkować takie same klocki dla swoich wiernych fanów, albo zrzuci ten bagaż i ostro ruszy do przodu. Ruszyła. I to jak!

Firma Wharfedale Wireless Works została założona w 1932 roku przez Gilberta Briggsa, który swoje pierwsze głośniki składał w piwnicy domu w Ilkley, w dolinie rzeki Wharfe. Naturalnie, słowo "Wireless" nie odnosiło się wówczas do głośników bezprzewodowych z technologią Bluetooth, ale czegoś w gruncie rzeczy bardzo podobnego - odbiorników radiowych. Zapotrzebowanie na nie było tak duże, że do Gilberta przyłączyła się jego żona, Doris Edna Briggs. W dużym domku letniskowym małżeństwo uruchomiło linię produkcyjną, na okrągło zajmując się nawijaniem cewek i lutowaniem przewodów. W 1933 roku młodziutka manufaktura wzięła udział corocznym konkursie Bradford Radio Society, zdobywając pierwsze i drugie miejsce. Ważniejsza była jednak inna nagroda - pierwsze naprawdę duże zamówienie. Stało się jasne, że aby nadążyć za popytem, Wharfedale musi przenieść się do większej fabryki, którą postawiono pod nosem organizatorów wspomnianego wyżej konkursu - Bradford.

W ostatnich latach miałem styczność z wieloma modelami słuchawek nausznych i wokółusznych. Jedne lepiej sprawdzały w określonych gatunkach muzycznych i w codziennym użytkowaniu, na przykład na spacerze lub w pracy. Inne zapewniały wyjątkowo dobry dźwięk, ale kulały w czasie telekonferencji lub gubiły się po podłączeniu do kilku urządzeń jednocześnie. Każdy z modeli miał tę samą bolączkę, a właściwie niedogodność, z którą oczywiście można było sobie poradzić, jednak nie zawsze chciało się to robić. Chodzi tu o odtwarzanie muzyki wysokiej rozdzielczości. Nawet jeśli wybierzemy nauszniki, które powinny ten dar mieć, później okazuje się, że niekoniecznie współpracują z telefonem lub laptopem wyposażonym w łączność Bluetooth starszego typu, ponieważ ten jest dla nich zwyczajnie za słaby wydajnościowo jeśli chodzi o przesyłanie danych. Jakimś rozwiązaniem jest przesiadka na połączenie przewodowe, na przykład przez kabel USB, ale spójrzmy prawdzie w oczy - kto w dzisiejszych czasach kupuje słuchawki bezprzewodowe aby od razu wiązać je na smyczy? Jakość możliwa do wygenerowania bezprzewodowo jest na tyle dobra, że powinna zaspokoić codzienne potrzeby użytkowników, a słuchanie plików hi-res, użycie kabla czy zabawa z kodekami to tematy, które interesują chyba tylko audiofilów. Nie zmienia to faktu, że czasem chciałoby się zakosztować dźwięku wysokiej próby i to najlepiej bez plączącego się kabla lub przejściówek. Okazuje się, że można połączyć przyjemne z pożytecznym i dzięki pewnemu bardzo sprytnemu rozwiązaniu ominąć problem kodeków czy różnych wersji systemu Bluetooth po stronie słuchawek i źródła. Zainteresowani?

Kiedy Rega wprowadziła siódmą generację swojego wzmacniacza zintegrowanego Brio, byłem nieco zaskoczony. Którą?! Fakt, model ten figuruje w ofercie brytyjskiej firmy od kiedy pamiętam, ale nie zdawałem sobie sprawy, że doczekał się już aż tylu różnych wersji. Ostatni raz miałem z nim kontakt w 2016 roku, kiedy przetestowałem go w komplecie z odtwarzaczem Apollo-R i monitorami KEF LS50. Kompaktowy piecyk nosił wtedy nazwę Brio-R, a kolejna generacja była przedstawiana po prostu jako Brio, bez wskazywania na to, który to już "mark". Okazuje się, że historia tego modelu sięga początku lat dziewięćdziesiątych. I choć przez te ponad trzy dekady urządzenie zmieniało się, ewoluowało i dostosowywało do nowych wymagań rynku, jego filozofia konstrukcyjna pozostała niezmienna. Brio zawsze było sprzętem zaprojektowanym z myślą o prostocie, funkcjonalności i muzykalności. Miał dawać melomanom przedsmak tego, co potrafią zaoferować droższe, większe wzmacniacze, ale w przystępnej, minimalistycznej formie. Bez przesady i prężenia muskułów. Taka też wydaje się być najnowsza wersja, choć niewątpliwie w kilku aspektach "siódemka" została unowocześniona - pojawiły się tu rzeczy, na które spora część klientów rozglądających się za takim wzmacniaczem czekała i które z pewnością zostaną przyjęte z entuzjazmem.

Bowers & Wilkins to firma, która w świecie audio ma status legendy. Nie bez powodu. Od lat sześćdziesiątych tworzy sprzęt, który trafia zarówno do domów melomanów, jak i - czym marka lubi się chwalić, choć konkurencja celująca w rynek profesjonalny ma na tym polu znacznie większe dokonania - do najbardziej wymagających realizatorów nagrań. Kolumny z serii 800 Diamond są używane w Abbey Road Studios, a modele z serii 600 i 700 należą do tych produktów, których w zasadzie nie trzeba reklamować. Są dostępne od dawna i ulepszane z generacji na generację, a dla audiofilów stanowią punkt odniesienia w kategorii zestawów głośnikowych, które można postawić w salonie. Ale to nie wszystko, bowiem Bowers & Wilkins ma również spore doświadczenie w produkcji słuchawek. Pierwszym, odważnym podejściem do tego tematu były P5 z 2010 roku, których prywatnie wciąż używam. Te eleganckie, skórzane, smukłe nauszniki po piętnastu latach wciąż wyglądają jak nowe i mogą pochwalić się świetnym brzmieniem. Oczywiście nie katuję ich zbyt mocno, bo mają dla mnie wartość sentymentalną, ale ich przykład pokazuje, jak poważnie Brytyjczycy potraktowali tę nową część swojej oferty. Postarali się i przyłożyli chyba nawet bardziej niż do zestawów głośnikowych, przewidując, że już niebawem rynek słuchawek eksploduje i każdy będzie chciał odkroić sobie kawałek tego smakowitego tortu. P5 przetarły szlak, którym poszły kolejne modele, takie jak P7, P9 Signature, a w ostatnich latach - seria PX, która przeszła ogromną ewolucję. Model Px7 S2e z 2023 roku spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem. Chwalono go za wysoką jakość wykonania, świetne przetworniki i naturalne, ale lekko ocieplone brzmienie. Ale konkurencja nie śpi. JBL, Focal, Bang & Olufsen czy Sennheiser raz po raz podkręcają tempo. Dlatego nie próżnuje też Bowers & Wilkins. Jeśli się nie mylę, ostatnio dość długo trwała cisza w eterze i nie widzieliśmy zbyt wielu nowych modeli tej marki. Ostatnim dużym wydarzeniem była premiera bezprzewodowych dokanałówek Pi6 i Pi8 w sierpniu zeszłego roku. I wreszcie doczekaliśmy się "tego momentu" - oto nowe Px7 S3.

Wielu producentów sprzętu audio potrzebuje przynajmniej kilka lat, aby ktoś ich zauważył i docenił. Owszem, zdarzają się przypadki, kiedy już pierwsze zaprezentowane publicznie urządzenie staje się hitem, jednak najczęściej jest to długa i pracochłonna operacja. Młodym firmom ciężko jest się przebić i nie chodzi tu o opór stawiany przez branżę, ale o mechanizm prosty jak drut - aby kupić sprzęt nieznanej marki, klienci muszą mieć nawet nie jeden, a szereg powodów pozwalających sądzić, że jest to dobra decyzja. W przeciwnym wypadku nigdy nie kupią kota w worku. A co jeśli mówimy o firmie, która może i powstała kilka lat temu, ale weszła do gry z przytupem, od samego początku oferując sprzęt dorównujący, a nawet wyprzedzający topowe modele wielu uznanych marek? Wówczas sprawa wygląda zupełnie inaczej. Właśnie w taki sposób na scenie pojawił się Perlisten. Amerykanie długo przygotowywali się do premiery swoich kolumn, ale kiedy to się stało, audiofile i miłośnicy hi-endowych systemów kina domowego nie byli pewni, czy to się dzieje naprawdę, czy to tylko przekręt w stylu niektórych akcji z serwisów crowdfundingowych, gdzie widzimy ciekawy pomysł i ładne wizualizacje, firma zbiera zaliczki, potem informuje o najróżniejszych problemach z produkcją, a pewnego dnia po prostu rozpływa się w powietrzu. Zobaczyliśmy bowiem niezwykle zaawansowane technicznie i dopracowane kolumny, wyglądające jak skrzyżowanie wysokich modeli Magico, Dynaudio i PMC. Ceny również wskazywały, że mamy do czynienia ze sprzętem z bardzo wysokiej półki. Za parę flagowych S7T trzeba było zapłacić 95 990 zł. Kto normalny wchodzi na rynek z takim produktem? Trzeba być albo pomyleńcem, albo doskonałym, pewnym siebie fachowcem, który wie, że takie kolumny poradzą sobie w starciu z konkurencją.
Hugo