
Ten moment przychodzi w życiu każdego audiofila. Kiedy pokombinujemy z kolumnami, wzmacniaczami i źródłami, a nasz system zaczyna grać naprawdę dobrze, zadajemy sobie pytanie, czy nie powinniśmy zainteresować się kablami. Jedni twierdzą, że jak najbardziej, inni zaś śmieją się, twierdząc, że "trzeba było uważać na fizyce w podstawówce". Istnieje tylko jeden sposób, aby się przekonać - spróbować i ocenić samemu. Jeżeli nie słyszymy różnicy, istnieją tylko trzy logiczne wytłumaczenia. Pierwsze - nasz zestaw jest jeszcze zbyt słaby, aby pokazać takie niuanse albo wypożyczone do odsłuchu przewody mimo ładniejszych wtyczek niewiele różnią się od tych, których używamy na co dzień. Drugie - nasz słuch nie jest aż tak czuły, jak nam się wydawało i to, co dla innych jest "przepaścią", dla nas praktycznie nie istnieje. Trzecie - kable nie mają żadnego wpływu na brzmienie, a poprawiają jedynie samopoczucie właściciela i stan konta producenta. Wielu ludzi życzyłoby sobie, aby właśnie taki był wynik ich eksperymentów. Zaoszczędziliby mnóstwo czasu, energii i pieniędzy. Niestety jest też druga opcja - różnice są na tyle wyraźne, że drążymy temat dalej i wypożyczamy do odsłuchu kolejne przewody, próbując dobrać optymalny zestaw. Najpierw następuje faza "rozsądna" - kupujemy coś lepszego w miejsce zwykłych drutów. Z czasem jednak okazuje się, że za stolikiem mamy obrazek przypominający obrady polskiego parlamentu - cztery marki, pięć serii, różne długości, różne charaktery, jeden model zupełnie od czapy i jeden, który miał być tym "docelowym", ale jednak nim nie jest. Jeden przewód wprowadza do brzmienia odrobinę ciepła, drugi wyrównuje górę, trzeci dobrze zgrał się z naszym poprzednim wzmacniaczem i został na swoim miejscu, bo nie mieliśmy pod ręką nic lepszego. Oczywiście dramatu nie ma, bo sprzęt działa i nawet jakoś gra, ale zaczynamy mieć wrażenie, że wciąż nie funkcjonuje jako całość, tylko zbiór kompromisów. W tym momencie pojawia się kolejna myśl - a może by tak oddać całą tę plątaninę węży w dobre ręce i zastąpić ją kablami jednej serii - dopasowanymi nie tylko do naszego zestawu, ale też do siebie nawzajem?

W świecie sprzętu audio nietrudno o historie, które dobrze brzmią na papierze, ale po zderzeniu z rzeczywistością szybko tracą swój urok. Ktoś ma ciekawy pomysł, dobre zaplecze techniczne, wyrazistą wizję, nawet właściwy moment wejścia na rynek, a mimo to po dwóch albo trzech latach zostają po nim pojedyncze wzmianki w archiwach specjalistycznych portali i kilka urządzeń, które właściciele wspominają z pewnym sentymentem, ale bez większego przekonania. Z Fezz Audio od początku było inaczej. Owszem, można było patrzeć na tę markę z ostrożnością, bo przecież debiutowała w branży, która z jednej strony kocha nowe historie, ale z drugiej jest niezwykle konserwatywna i nieufna. Jeżeli ktoś pojawia się na tej scenie z oryginalnym wzmacniaczem lampowym, wielu melomanów zadaje sobie pytanie, czy to naprawdę ma sens. Czy jest to tylko kolejna próba zaoferowania czegoś, co wygląda znajomo, po zmroku mieni się bursztynowym blaskiem i ma przyciągać klientów obietnicą magicznego brzmienia, ale niekoniecznie idzie za tym dojrzała konstrukcja?

W świecie kolumn głośnikowych są konstrukcje budzące respekt zaawansowanymi rozwiązaniami technicznymi i parametrami, a także takie, które nie wyglądają jak statek kosmiczny i nie wykorzystują materiałów rodem z filmów science fiction, ale wygrywają pięknym, muzykalnym brzmieniem i tym, że chce się z nimi żyć na co dzień. Vienna Acoustics jest jednym z reprezentantów tego drugiego obozu. Austriacka manufaktura nigdy nie skupiała się na symulacjach, obliczeniach i wykresach, w pierwszej kolejności dbając raczej o to, co czyni jej wyroby atrakcyjnymi dla oka i ucha. Firma została założona w 1989 roku przez Petera Gansterera i Petera Haferla, którzy za cel postawili sobie połączenie dwóch światów - rzetelnej inżynierii i estetyki charakterystycznej dla najwyższej klasy mebli. Manufaktura z Rust, niewielkiej miejscowości położonej w austriackim regionie Burgenland, zatrudnia obecnie około 40 osób. W środowisku audiofilów znana jest z niebanalnych kolumn charakteryzujących się świetną stolarką. W katalogu dominują modele zaprojektowane z myślą o systemach stereo, a nazwy poszczególnych konstrukcji powinny być bliskie każdemu miłośnikowi muzyki. Liszt Reference, Beethoven Concert Grand Reference, Haydn SE Signature, Mozart SE Signature - widać tu pewien motyw przewodni, nieprawdaż? Ostatni z wymienionych modeli to najnowsze wcielenie jednej z najważniejszych podłogówek w historii marki Vienna Acoustics, a przy okazji dobry przykład na to, jak różnie można rozumieć hi-fi.

Kiedy kilkanaście lat temu pojawiły się pierwsze wzmacniacze z wbudowanym przetwornikiem cyfrowo-analogowym, a później streamerem, wielu audiofilów traktowało je jak oznakę pogoni za modą, niegroźną ciekawostkę albo drogę na skróty. No bo jak to? Mielibyśmy zastąpić kilka wyspecjalizowanych urządzeń połączonych pięknymi i stanowczo zbyt drogimi kablami jakimś pudełkiem, które wewnątrz bardziej przypomina komputer niż porządny, uczciwy wzmacniacz? Takie wygodnictwo jest dobre dla osób, którym do szczęścia wystarczy budżetowy amplituner, a nie dla wymagających melomanów. Tymczasem owa "moda" rozkręciła się tak, że dotarła nawet do hi-endu. Dziś wzmacniacz sieciowy, lub jak kto woli system all-in-one, jest często punktem wyjścia do budowy systemu stereo. Coraz więcej osób chce mieć w salonie jedno urządzenie, które przejmie rolę klasycznego wzmacniacza, odtwarzacza sieciowego, przetwornika cyfrowo-analogowego, a przy okazji zajmie tyle miejsca, co grubsza książka. Dla takich ludzi powstał NAD M10, a później M10 V2. Najnowsza wersja z dopiskiem "V3" ma pokazać, że taki kompaktowy system all-in-one nie jest już eksperymentem, ale dopracowanym narzędziem do codziennego słuchania muzyki na wysokim poziomie.

Meze Audio jest jednym z producentów, którzy w ciągu zaskakująco krótkiego czasu przeszli drogę od ciekawostki z peryferii rynku do roli jednego z najważniejszych graczy w segmencie słuchawek klasy premium. Rumuńska marka, założona przez industrialnego projektanta Antonio Meze, zbudowała swoją pozycję na połączeniu rozpoznawalnego wzornictwa, dopracowanej ergonomii i muzykalnego, przyjaznego brzmienia. Pierwszym wielkim hitem i przełomem dla maleńkiej wówczas manufaktury były oczywiście 99 Classics, które z czasem doczekały się kolejnych wcieleń i całej rodziny pokrewnych modeli. Później pojawiły się jeszcze tańsze 99 Neo oraz dokanałówki 12 Classics i 11 Neo, ale to był zaledwie wstęp, ponieważ niedługo potem rumuńska firma przestała się szczypać i odważnie weszła w świat hi-endowych słuchawek planarnych, prezentując takie modele jak Empyrean, Elite i Liric. I to był strzał w dziesiątkę. Manufaktura z Baia Mare, choć już dzięki 99 Classics była kojarzona ze sprzętem wysokiej jakości, nagle zaczęła być postrzegana jako jeden z absolutnych liderów w branży i stawiana obok takich gigantów jak Sennheiser, Audeze czy Focal. Po kilku latach konsekwentnego budowania tego wizerunku Meze Audio stało się marką, którą nawet mniej osłuchani melomani potrafią wskazać po samym kształcie muszli. Katalog firmy miał jednak wyraźną lukę. Z jednej strony relatywnie przystępne cenowo, zamknięte 99 Classics, z drugiej wyżej pozycjonowane otwarte modele dynamiczne oraz bardzo drogie konstrukcje planarne. Brakowało słuchawek zamkniętych, wyraźnie audiofilskich, ale wciąż w zasięgu entuzjasty, który nie chce od razu wchodzić w okolice flagowców. Tę lukę ma wypełnić Strada - zamknięty, wokółuszny model dynamiczny wyceniony na 3499 zł.

Większość producentów kolumn uwielbia opowiadać, że wszystko zaczęło się od nocnych odsłuchów przy winie, pierwszego koncertu jazzowego albo olśnienia w garażu. DALI od lat gra w zupełnie innej lidze szczerości. Ta firma nie powstała po to, żeby "przekraczać granice niemożliwego" ani spełniać romantyczne wizje konstruktora, który zapragnął zostawić po sobie pomnik. U źródeł Danish Audiophile Loudspeaker Industries leżało coś o wiele bardziej prozaicznego i w gruncie rzeczy bliższego zwykłym ludziom - obserwacja, że klienci jednej ze skandynawskich sieci salonów audio ciągle pytają o kolumny o konkretnych właściwościach, których po prostu nie było w katalogu żadnej istniejącej marki. Chodziło nie tylko o gabaryty, wzornictwo czy charakter brzmienia, ale także - a może przede wszystkim - o cenę. Duńczycy są bowiem na tyle pragmatyczni, że nawet jeśli stać ich na sprzęt z najwyższej półki, zazwyczaj nie widzą sensu wydawania tak dużych pieniędzy na ekscentryczne zachcianki. W odpowiedzi na te realne potrzeby powołano do życia nową firmę, której zadaniem było dostarczać "normalnym" melomanom dokładnie taki sprzęt, jakiego oczekują.

Perlisten jest przykładem marki, która zamiast zaczynać od budżetówki i systematycznie podnosić poprzeczkę od pierwszej chwili jasno pokazała, że interesuje ją tylko hi-end w pełnym znaczeniu tego słowa. Kiedy na rynek trafiły pierwsze modele serii S i R, był to prawdziwy powiew świeżości w świecie zestawów głośnikowych z kategorii "drogie, ale dobre". Wielu audiofilów zachwyciło się nimi, uznając, że mamy do czynienia z produktami z innej bajki - technicznie dopracowanymi, opartymi na bardzo zaawansowanych pomiarach, ale też kosztującymi tyle, że dla sporej grupy melomanów były to kolumny raczej do podziwiania na wystawach niż realnych przymiarek do zakupu. Perlisten poszedł konsekwentną drogą inżynierii, rozwijając własne przetworniki z membranami z włókna węglowego, opatentowany układ średnio-wysokotonowy DPC Array oraz ściśle przestrzegany reżim pomiarowy. A skąd w ogóle wzięło się całe to zamieszanie? Przecież sprzętu z najwyższej półki nie można stworzyć ot tak, w ciągu dwóch tygodni. Fakt, ale za Perlistenem stoją ludzie, którzy przez lata pracowali dla gigantów branży audio i firm operujących zaawansowaną technologią, od motoryzacji po lotnictwo, a sama nazwa firmy nawiązuje do idei perceptual listening, czyli spojrzenia na dźwięk z perspektywy tego, jak odbiera go ludzkie ucho, a nie jak wygląda na pojedynczym wykresie.

Rose to jedna z największych niespodzianek, jakie w ostatnich latach widzieliśmy w świecie sprzętu stereo. Ta zupełnie nieznana marka wdarła się na rynek bocznymi drzwiami, a po kilku latach jest już nie tylko "ciekawą alternatywą" dla urządzeń uznanych producentów, ale pełnoprawnym graczem, z którym trzeba się liczyć. Koreańczycy zbudowali swój rozpoznawalny styl na połączeniu świetnie dopracowanego oprogramowania, bardzo dobrych parametrów audio i charakterystycznego designu opartego na szerokich, dotykowych wyświetlaczach, które sprawiły, że ich streamery zaczęły wyglądać jak małe centrum domowej rozrywki. Do tego dochodzi rozbudowana rodzina urządzeń - od kompaktowych transportów przez przetworniki, końcówki mocy i wzmacniacze zintegrowane aż po systemy all-in-one. Co ciekawe, marka będąca oddziałem firmy Citech, istniejącej od 1967 roku i specjalizującej się w rozwiązaniach technologicznych dla przemysł, wcale nie zaczynała od małych i tanich klocków, aby krok po kroku wspinać się coraz wyżej. Rose od samego początku celuje w średnią i wyższą półkę cenową, a to sprawia, że dla części melomanów jej komponenty są niedostępne. Najnowszy streamer RS451 jest na tym tle konstrukcją szczególną. Z jednej strony dziedziczy rozwiązania z referencyjnej platformy RS151, a z drugiej ma być urządzeniem bardziej przystępnym w sensie gabarytów, zastosowań i oczywiście ceny. Z tym ostatnim nie ma co dyskutować - już w momencie swojego rynkowego debiutu RS451 jest niemal o połowę tańszy od uznanego RS151. Brzmi jak okazja, ale może gdzieś kryje się haczyk?

Hegel to marka, która w ciągu ostatnich dwóch dekad zbudowała w świecie audio reputację solidną jak norweska skała. Wzmacniacze tej firmy nie przykuwają uwagi nietuzinkowym wzornictwem ani egzotycznymi materiałami, ale skutecznie przemawiają do użytkowników swoją skromnością, funkcjonalnością i typową dla wielu skandynawskich firm koncentracją na swojej głównej funkcji. Ci, którzy je wybierają, zwykle nie potrzebują tego uzasadniać. Wystarczy kilka minut odsłuchu, by zrozumieć, dlaczego zarówno doświadczeni audiofile, jak i osoby stawiające w tej dziedzinie swoje pierwsze kroki zaufali manufakturze założonej przez Benta Holtera. Można rozpisywać się o technologii, wyliczać najbardziej prestiżowe nagrody i wyróżnienia, o jakich dziesięć lat temu firma prowadzona przez kilku kumpli mogłaby co najwyżej pomarzyć, odmieniać słowa "neutralność" i "uniwersalność" przez wszystkie przypadki, a i tak będziemy zaledwie ślizgać się po powierzchni i nie dowiemy się, dlaczego Hegel stał się takim fenomenem.

W świecie hi-endowego sprzętu audio rzadko pojawiają się firmy tak osobliwe jak Vivid Audio. Z jednej strony to marka stosunkowo młoda, bo założona w 2001 roku, z drugiej - wymieniana jednym tchem z uznanymi manufakturami, które budowały rynek przez dekady. Jej rodowód jest jednocześnie nietypowy i bardzo logiczny. Siedziba oraz fabryka znajdują się w Republice Południowej Afryki, natomiast zaplecze inżynieryjne mieści się w Wielkiej Brytanii. Jeszcze ciekawsze są geny, z których Vivid Audio się narodziło - jest to bowiem bezpośrednia kontynuacja inżynierskich poszukiwań Bowers & Wilkins. Laurence Dickie, główny konstruktor Vivida, dał się wcześniej poznać jako autor legendarnego modelu Nautilus oraz systemu wewnętrznych wzmocnień Matrix. To właśnie on wprowadził do świata kolumn głośnikowych koncepcję zwężających się tub pochłaniających energię tylnej fali przetworników, co nie wynikało z potrzeby stworzenia kolumn w kształcie ślimaka, ale raczej głębokiego zrozumienia zjawisk fizycznych. Dziś wszystkie kolumny Vivid Audio korzystają z rozwinięcia tamtego pomysłu - zaawansowanych komór i tuneli o zmiennym przekroju, których zadaniem jest eliminacja rezonansów i zniekształceń wewnątrz obudowy. Od pierwszego modelu konstruktorowi przyświecała ta sama idea, dzięki której Nautilusy stały się żywą legendą - odtwarzać nagrania jak najwierniej, bez dopisywania własnej historii do tego, co zarejestrowano w studiu.
Krzysztof