
Konstruktorzy sprzętu grającego chyba nigdy nie przestaną zadziwiać mnie pomysłami na nazwy swoich wyrobów i samych marek. Widzieliśmy już serie produktów inspirowanych ciałami niebieskimi, mitologicznymi postaciami, kamieniami szlachetnymi, zjawiskami pogodowymi, a nawet popularnymi trunkami. Doskonale pamiętam, kiedy znajomy pracujący w jednym ze stołecznych salonów z pewnym niedowierzaniem opowiadał mi, że teraz będzie sprzedawał kable HDMI, które nazywają się na przykład "Root Beer" albo "Vodka". Początkowo myślałem, że mnie wkręca, ale okazało się, że mówił całkowicie poważnie i teraz przewody o takich nazwach można znaleźć w ofercie Audioquesta. O krok dalej poszedł Hendry Ramli, założyciel firmy Vermouth Audio.

Kiedy na rynku pojawia się zupełnie nowy producent sprzętu stereo i niemal od razu robi się o nim głośno, staję się podejrzliwy. Często zupełnie niesłusznie, ale jednak jakiś wewnętrzny zgred każe mi sięgnąć głębiej do wrodzonych, całkiem zasobnych pokładów nieufności. Nie reaguję już na newsy o rewolucyjnych produktach i rozwiązaniach technicznych, bo w tej branży postęp kroczy powoli. Nawet naprawdę dobrym pomysłom trzeba dać kilka lat, aby zadomowiły się w systemach audiofilów. Nie dotyczy to jednak kilku rodzajów urządzeń - tych, które w całym łańcuchu odtwarzania dźwięku znajdują się najbliżej komputerów, smartfonów, routerów i szeroko pojętej infrastruktury sieciowej. Pięć lat różnicy między kolumnami lub wzmacniaczami to nic. Między streamerami lub wszechstronnymi systemami all-in-one - przepaść. Być może dlatego nowi gracze mają tu tak wiele do powiedzenia. Jeżeli tylko dysponują odpowiednio zaawansowaną technologią, mają pomysł na sprzęt, a do tego wiedzą, czego oczekują odbiorcy, mają szansę pogonić kota uznanym producentom, z których spora część nie nadąża za szybko zmieniającym się światem. Podczas gdy starzy wyjadacze zastanawiają się, czy wprowadzenie pierwszego w historii firmy odtwarzacza strumieniowego jest dobrym pomysłem, na arenie cyfrowej walki pojawiają się energiczni, postępowi i bardzo mocni zawodnicy. Obecnie najbardziej obiecującą gwiazdą tego turnieju jest Rose.

Czy jeszcze dziesięć lat temu ktokolwiek z nas, rozplątując kłębek z kabla od słuchawek dokanałowych, pomyślałby, że za jakiś czas problem ten zniknie i będziemy mogli cieszyć się muzyką od razu, bez zbędnej frustracji wywołanej koniecznością rozwiązania zagadki, dlaczego po każdym wyciągnięciu słuchawek z kieszeni musimy walczyć z tą plątaniną? Oczywiście przewodowe pchełki nadal można kupić, jednak rozwiązanie to zdaje się być z dnia na dzień coraz bardziej niszowe. I nie chodzi tu nawet o rozwój techniczny w samych dokanałówkach. Coraz więcej producentów smartfonów eliminuje ze swoich urządzeń wyjście 3,5 mm, przez co podłączenie sprzętu do telefonu wiąże się z koniecznością dokupienia przejściówki, która zablokuje nam gniazdo USB, a to oznacza, że nie naładujemy telefonu, słuchając muzyki, chyba że kupimy przejściówkę z rozgałęziaczem. Ogólnie sporo tu kombinowania a przecież w dzisiejszych czasach dążymy do ułatwiania, a nie komplikowania tak podstawowych spraw. Można powiedzieć, że słuchawki przewodowe nadal świetnie radzą sobie w przypadku źródeł innych niż smartfon. Tylko ilu melomanów korzysta z takich odtwarzaczy, jak testowany przeze mnie jakiś czas temu Hidizs AP80 Pro?

Wśród miłośników aparatury audio nie brakuje osób, których zdaniem największy postęp jakościowy daje wymiana kabli, kupno hi-endowego kondycjonera zasilającego lub stolika z tłumieniem olejowym. Czasami warto jednak zejść na ziemię i przypomnieć sobie podstawowe zasady rządzące tym światem. A te są w gruncie rzeczy bardzo proste. Chcąc zbudować wymarzony system stereo, powinniśmy przede wszystkim wybrać zestawy głośnikowe dopasowane gabarytami i brzmieniem do naszego pokoju odsłuchowego, dobrać do nich odpowiedni wzmacniacz i zadbać o jak najlepsze źródło. Całą resztą można zająć się później, w spokoju wybierając okablowanie i akcesoria, które pozwolą dopieścić efekt - postawić kropkę nad "i". Niestety, wielu melomanów przymierzających się do zakupu poważnego sprzętu potyka się już na pierwszym etapie, decydując się na zbyt duże kolumny lub ustawiając je tak, aby nie przeszkadzały pozostałym domownikom, a nie tak, aby uzyskać zrównoważony i przestrzenny dźwięk. Przyjęło się mówić, że optymalnym rozwiązaniem - szczególnie do niewielkich pomieszczeń - są monitory, ale czy na pewno? Czasami tak, ale w wielu przypadkach i tak muszą one wylądować na podstawkach, więc w gruncie rzeczy zajmują tyle samo miejsca, co średniej wielkości podłogówki. A gdzie plusy? W tym, że małe, dwudrożne paczki nie wydobędą z siebie subwooferowego basu, więc nic nie będzie nam się wzbudzać i buczeć? Może lepszym rozwiązaniem byłoby już postawienie na ich miejscu niewielkich zestawów wolnostojących, które - o ile zostaną mądrze zaprojektowane - zaoferują nam równie zdrowy, ale odrobinę potężniejszy dźwięk?

Niezwykle rzadko zdarza mi się testować produkty firm, które klasycznym sprzętem audio właściwie się nie zajmują. Nawet manufaktury specjalizujące się w wytwarzaniu elektroniki dla profesjonalistów mają zazwyczaj dość obszerny katalog z klockami typowo audiofilskimi - przetwornikami, wzmacniaczami czy zestawami głośnikowymi. Nierzadko można nawet odnieść wrażenie, że zakładka z urządzeniami studyjnymi powstała po to, aby dodać powagi i prestiżu tym domowym. Od czasu do czasu batalię o serca i portfele miłośników dobrego brzmienia toczą producenci sprzętu komputerowego, eksperci od smartfonów lub studia, które na co dzień zajmują się wzornictwem przemysłowym. Efekty są różne. Zwykle kończy się na kilku przykuwających uwagę zdjęciach. W przypadku JL Audio tak nie będzie. Projektowanie sprzętu grającego nie jest Amerykanom obce, ale klasycznych urządzeń dla melomanów i audiofilów też jest w ich katalogu jak na lekarstwo. To dlatego, że firma specjalizuje się w szeroko pojętych instalacjach. I to takich, które mają generować mnóstwo hałasu w bardzo nietypowych miejscach.

W środowisku fanów motoryzacji od pewnego czasu panuje moda na restomody, czyli auta reprezentujące połączenie dwóch zupełnie różnych światów - wiernego odnawiania klasycznych, najczęściej zabytkowych pojazdów oraz modyfikowania, często bardzo daleko posuniętego, ich konstrukcji, od silnika przez hamulce po nowoczesne dodatki we wnętrzu, generalnie utrzymanym jednak w dawnym stylu. Dziwactwo, prawda? Niektórzy uważają, że każdego nadającego się do takiej terapii oldtimera należy przywrócić do oryginalnego stanu, ale o ile stylistyka takich samochodów jest nie do podrobienia (i nie do powtórzenia, bo ze względu na normy emisji spalin, wymogi bezpieczeństwa i przepisy regulujące nawet to, na jakiej wysokości mają znajdować się reflektory żaden z tych samochodów nie mógłby ponownie trafić na linię produkcyjną), o tyle cała warstwa mechaniczna i elektryczna jest najczęściej do bani. Okej, mało który miłośnik samochodów zdobyłby się na wyrzucenie silnika V8 spod maski jednego z kultowych amerykańskich muscle carów, ale żeby jeszcze z taką pieczołowitością odnawiać hamulce bębnowe albo zawieszenie oparte na resorach piórowych, to już przesada. Nie każdy chce mieć w garażu eksponat muzealny, a trzeba przyznać, że perspektywa przejażdżki Jaguarem E-Type, Lancią Deltą Integrale czy Fordem Mustangiem Fastback z nowoczesnymi podzespołami wydaje się niezwykle kusząca. W świecie sprzętu audio ta tendencja dopiero zaczyna być widoczna, ale nawet profesjonalnie wykonane przeróbki kultowych wzmacniaczy czy zestawów głośnikowych nie wyglądają spektakularnie. Niewiele można tu wymyślić. Co innego, gdy rozmawiamy o zupełnie nowych produktach. Tutaj projektanci mają duże pole manewru - mogą na przykład naśladować kształty i stylistykę urządzeń z lat sześćdziesiątych, używając nowoczesnych części. Tylko czy w dzisiejszym świecie ma to sens?

Jestem już na tym etapie życia, na którym człowieka nie fascynują już ani imprezy, ani koncerty, ani nawet podróże czy drogie samochody, ale nowe tabletki do zmywarki. Staram się jednak zrozumieć ludzi, którym to wszystko jeszcze się nie znudziło, szczególnie tych młodszych ode mnie. No bo gdyby elektryczne hulajnogi, bezprzewodowe głośniki i drony były dostępne, kiedy miałem kilkanaście lat, jeździłbym, słuchał i latał jak szalony. I pewnie nie zastanawiałbym się, czy to aby bezpieczne, czy przez nierówno ułożone płyty chodnikowe nie stracę zębów albo czy intensywnie eksploatowana i ładowana przy każdej nadarzającej się okazji hulajnoga w końcu się nie zapali. Teraz takie ustrojstwo mogłoby się pode mną co najwyżej złamać. Patrzę na ludzi, którzy jeżdżą po mieście jak wariaci, życząc im, by nadziali się na patrol straży miejskiej lub podobnego sobie idiotę, który także uważa, że jazda wąskim chodnikiem z prędkością 40 km/h nie jest ani trochę niebezpieczna. Ale co tam drony i hulajnogi... Jestem przekonany, że gdybym w czasach licealnych miał do dyspozycji telewizor z opłaconym Netflixem i porządne głośniki sieciowe, które za dotknięciem palca odtwarzają to, co tylko wybiorę w aplikacji Spotify lub TIDAL-a, wychodziłbym z domu tylko wtedy, gdybym absolutnie musiał. A jeśli już, na pewno brałbym ze sobą słuchawki bezprzewodowe. Może nawet takie jak JBL Tour Pro.

Historia marki Norma Audio zaczyna się w 1987 roku w Cremonie - mieście, z którego pochodzili nie tylko słynni kompozytorzy, tacy jak Ponchielli czy Monteverdi, ale także znakomicie mistrzowie lutnictwa - Stradivari, Amati i Guarneri. Tworzeniem aparatury, na której można posłuchać takich wspaniałości w zaciszu własnego domu, zajął się człowiek o równie włosko brzmiącym nazwisku - Enrico Rossi. Pierwszym urządzeniem wyprodukowanym pod marką Norma Audio był wzmacniacz oznaczony symbolem NS 123. Nie odniósł on spektakularnego sukcesu komercyjnego, ale prawdopodobnie nikt nawet się tego po nim nie spodziewał, ponieważ był to poboczny, może nawet lekko hobbystyczny projekt. Zupełnie nowy rozdział w historii włoskiej manufaktury zaczął się, kiedy została ona przejęta przez należącą do Enrico Rossiego firmę Opal Electronics, która zajmowała się produkcją urządzeń pomiarowych. I co? Kolejne urządzenia, pierwsze sukcesy, rosnąca sprzedaż i kilka prestiżowych nagród na koncie w przeciągu kilku lat? Nie. W 1991 roku właściciel Normy rozpoczął projekt badawczy, którego celem było zrozumienie tego, w jaki sposób sprzęt grający może degradować dźwięk i jak można tego uniknąć. To, czego tak uparcie szukał, znalazł dopiero niecałe siedem lat później. Na pewno nie było to jedno genialne rozwiązanie, a raczej zbiór wielu odkrytych osobno reguł i wskazówek. W przeciwieństwie do manufaktur, które zbudowały swoją reputację na jakimś konkretnym rozwiązaniu technicznym, Norma niczego takiego nie opisuje i nie opiera całej swojej promocji na jednym patencie. Jeżeli jednak chcielibyście wiedzieć, jakiego brzmienia można się po tym sprzęcie spodziewać, Enrico stawia sprawę jasno - dźwięk ma być naturalny, dynamiczny i treściwy, a jego kluczowym atutem powinna być realistyczna średnica.

Bryston jest jedną z firm, które dość sztywno trzymają się przyjętego dawno temu schematu nazywania swoich produktów. I tak symbole wzmacniaczy zwykle zawierają literę "B", nazwy przetworników cyfrowo-analogowych zaczynają się od liter "BDA", odtwarzaczy sieciowych - "BDP", procesorów kina domowego - "SP", a przedwzmacniaczy - "BP". Uzupełniają je liczby, które mogą mieć związek z mocą wyjściową (wzmacniacz zintegrowany B135² oddaje 135 W na kanał przy 8 Ω) lub informować nas o tym, z którą generacją danego modelu mamy do czynienia (BHA-1 to pierwszy wzmacniacz słuchawkowy kanadyjskiej manufaktury, a BDP-3 miał już dwóch poprzedników - BDP-1 i BDP-2). Urządzenia, których nie da się przydzielić do żadnej z istniejących już kategorii, to u Brystona wielka rzadkość. Kiedy więc zdecydowano się złamać obowiązujący wzorzec i wypuszczono na rynek przedwzmacniacz, który powinien nazywać się BP-18³ (ponieważ jest następcą modelu BP-17³), ale otrzymał symbol BR-20, wiadomo było, że nie jest to przypadek. Przyczyna tej nagłej zmiany okazała się, niestety, smutna. Kanadyjczycy chcieli w ten sposób uhonorować swojego kolegę i wieloletniego prezesa firmy, Briana Russela, który w ubiegłym roku zmarł we śnie na atak serca. W tym czasie ekipa Brystona kończyła prace nad urządzeniem, które miało otrzymać nazwę BP-18³. Członkowie zespołu projektowego i pozostali szefowie wiedzieli, że jest to wyjątkowo udany model, który dla wielu audiofilów - nawet tych, którzy dorobili się bardzo rozbudowanych, drogich, wieloelementowych systemów stereo - będzie prawdziwym odkryciem. Tak oto pod koniec 2020 roku świat obiegła informacja, że kolejny dwukanałowy przedwzmacniacz Brystona będzie oznaczony symbolem BR-20.

Anssi Hyvönen nie jest jednym z konstruktorów, którzy średnio raz na kilka lat wpadają na jakiś odjazdowy pomysł i wymieniają całą ofertę, tłumacząc fanom marki i potencjalnym klientom, że od tej pory wszystko będzie inne. Finowie stawiają na rozwój poprzez doskonalenie istniejących konstrukcji, wprowadzanie zmian w rozsądnym tempie i twarde trzymanie się pierwotnych założeń. Wszystko to sprawia, że poruszamy się w istocie na niewielkim obszarze - Amphion celuje wyłącznie zestawy głośnikowe, z których najtańsze (Helium 410) kosztują w standardowym wykończeniu 3490 zł, a najdroższe (Krypton 3) - 73990 zł. Rozstrzał wydaje się spory, ale należy przy tym zaznaczyć, że Krypton 3 to w katalogu Amphiona zupełny odmieniec. Taki wybryk natury, który nawet nie jest częścią większej serii, ale odosobnioną perełką wykorzystującą obudowy i przetworniki skonstruowane inaczej niż w pozostałych modelach tej marki. Za drugie w kolejności podłogówki Argon 7LS zapłacimy 20990 zł, a to już inna rozmowa. Generalnie można powiedzieć, że w zakładce z kolumnami do użytku domowego panuje jasny podział - zestawy z serii Helium są bardziej nowoczesne i funkcjonalne, a oprócz tego są zauważalnie tańsze i oferują przyjemniejszy, bardziej muzykalny dźwięk, natomiast modele z rodziny Argon to poważniejsze, bardziej audiofilskie konstrukcje, z których część właściwie niewiele różni się od profesjonalnych głośników Amphiona.
Adam