
Czasami ogarnia mnie poczucie, że moja praca jest w gruncie rzeczy bezsensowna. Nie mówię o tym, że pisanie o brzmieniu sprzętu stereo jest jak tańczenie o architekturze. Wydaje mi się, że nauczyłem się robić to tak, aby odbiorcy coś z tego tańca rozumieli. Nie mówię też o tym, że jestem w stanie przetestować zaledwie ułamek procenta spośród tysięcy dostępnych na rynku urządzeń. Ostatecznie wystarczy wybierać te, które prezentują się wyjątkowo interesująco i zapisywać się na ich wypożyczenie pięć minut po pojawieniu się pierwszych zapowiedzi. Pomijam też to, że ile ton kartonów bym nie przerzucił, ilu testów i poradników bym nie napisał, zawsze znajdzie się ktoś, kto późnym wieczorem zacznie pisać komentarze z pytaniami, czy ten wzmacniacz pasuje do tamtych kolumn (z czego nie testowałem ani jednego, ani drugiego), czy taki streamer do takiej muzyki będzie dobrym wyborem, albo po prostu - a co tam - jaki jest najlepszy zestaw do danej kwoty (zdecydowanie moje ulubione). Wielokrotnie pisałem też, że moja praca jest pozbawiona sensu, przynajmniej w wymiarze pragmatycznym, kiedy opisuję sprzęt ekstremalnie drogi. Istnieją małe szanse, że mój test zainteresuje kogoś, kto ma do wydania, nie wiem, sześćset tysięcy złotych. Taki klient najzwyczajniej w świecie chwyci za telefon, zadzwoni do pierwszego poważnego sklepu i poprosi, aby zorganizowano mu prezentację, w sklepie lub w domu. O ile oczywiście nie zleci tej roboty swojemu architektowi, bo audiofilska aparatura jest przecież elementem wystroju wnętrza i służy do tego, aby robić wrażenie na znajomych i dobrze prezentować się na zdjęciach. Opinia jakiegoś biednego redaktorzyny będzie go obchodziła tyle, co mandat za parkowanie na trawniku. Dlatego opisywaniem hi-endowych urządzeń zajmuję się okazjonalnie, właściwie dla poszerzania własnych horyzontów, a przy okazji dla garstki najbardziej wkręconych w temat audiofilów, którzy z chęcią przeczytają taką recenzję, aby dowiedzieć się, jak taki wyczynowy sprzęt jest zbudowany i jak gra. Praktyka pokazuje, że jest ich zdecydowanie mniej niż ludzi szukających budżetowego sprzętu, ale broniących się rękami i nogami, aby przypadkiem nie dowiedzieć się czegoś więcej i nie dać się wkręcić w jakieś niestworzone historie o prawidłowym ustawianiu kolumn. Czasami jednak praca recenzenta sprzętu stereo jest bezsensowna z zupełnie innego powodu. Pozwólcie, że wytłumaczę to na przykładzie nowych słuchawek Sennheisera.

Niesamowita aktywność, żeby nie powiedzieć dominacja JBL-a na rynku nowoczesnych słuchawek i głośników bezprzewodowych sprawiła, że logo tej marki doskonale kojarzą już nie tylko audiofile i profesjonaliści zajmujący się nagłaśnianiem koncertów, sal kinowych oraz mniejszych i większych obiektów użyteczności publicznej, ale właściwie wszyscy. Nawet nastolatkowie marzący o tym, aby w przyszłości zawodowo zajmować się wstawianiem filmów na YouTube'a. Jestem pewien, że część użytkowników tego sprzętu nie ma zielonego pojęcia, co właściwie oznaczają te trzy litery. A wiedzę tę warto posiąść z kilku powodów. Po pierwsze - aby nie wyjść na idiotę, kiedy ktoś nas o to zapyta. Po drugie - ponieważ historia firmy uważanej dziś za największą potęgę w branży głośnikowej jest naprawdę ciekawa, pełna zaskakujących wydarzeń i nagłych zwrotów akcji. Po trzecie - dlatego, że w tym roku JBL obchodzi siedemdziesiątą piątą rocznicę istnienia. Grzechem byłoby nie zrobić z tej okazji czegoś wyjątkowego. Amerykanie doszli do tego samego wniosku i postanowili wypuścić na rynek dwa jubileuszowe produkty. Pierwszy to kolumny L100 Classic 75, będące w gruncie rzeczy zmodyfikowaną wizualnie wersją potężnych monitorów L100 Classic, które testowaliśmy trzy lata temu. Drugi to prawdziwy rarytas - jedyny w ofercie tej marki wzmacniacz stereofoniczny, SA750. Jego obudowa nawiązuje do stylistyki klasycznych modeli SA600 i SA660, w środku natomiast kryje się nowoczesny układ ze 120-watową końcówką mocy pracującą w klasie G, przetwornikiem cyfrowo-analogowym oraz modułem strumieniowym, obsługującym UPnP, Chromecast, Apple Airplay 2, a nawet Roona i pliki zakodowane w standardzie MQA. Jakby tego było mało, to piękne urządzenie wyposażono w system korekcji akustyki pomieszczenia Dirac Live. "SA750 łączy w sobie atrakcyjność stylu retro z najnowszymi technologiami optymalizacji pomieszczenia i transmisji strumieniowej na rynku. To wszystko co najlepsze ze świata przeszłości i teraźniejszości. Już teraz wywołuje spore podekscytowanie wśród audiofilów i entuzjastów, którym go pokazaliśmy." - powiedział Jim Garrett, starszy dyrektor ds. strategii i planowania produktu w Harman Luxury Audio. Nic dziwnego, że nowy wzmacniacz JBL-a trudno było nawet wypożyczyć do testu, ponieważ w kolejce ustawili się wszyscy dziennikarze i blogerzy, których znam oraz kilku, których zupełnie nie kojarzę. Ale spójrzcie tylko na niego. Nie zdziwiłbym się, gdyby egzemplarz demonstracyjny w przerwach między odsłuchami zaliczał nawet sesje zdjęciowe do magazynów o wystroju wnętrz. Na szczęście ja również zawczasu zapisałem się na listę, dzięki czemu SA750 trafił do mnie jeszcze w tym roku.

Wielu producentów hi-endowych kabli stara się przekonać nas, że płacimy za zaawansowane rozwiązania techniczne, niesamowicie precyzyjną inżynierię, egzotyczne materiały i dopracowane do perfekcji detale, takie jak opatentowane wtyki pokryte srebrem, złotem, rodem albo wszystkimi tymi kosztownymi metalami po kolei. Do pewnego stopnia jest to prawda. Trudno jest bowiem osiągnąć upragniony rezultat, próbując zbudować takie przewody z tanich przewodników, najgorszych jakościowo dielektryków i wtyków za dwa dolary. A kiedy wszystkie te składniki bierze się z najwyższej półki, cena może poszybować w kosmos. Nie odstrasza to jednak klientów, którzy w poszukiwaniu idealnego dźwięku zabrnęli naprawdę daleko, wydając wielokrotnie więcej na kolumny, wzmacniacze, źródła, stoliki antywibracyjne, akcesoria zasilające i adaptację akustyczną pokoju odsłuchowego. Jest to układanka, którą niektórzy pasjonaci budują kilka, kilkanaście, a czasami nawet kilkadziesiąt lat. Wielu z nich dochodzi do momentu, w którym zmiana zestawów głośnikowych lub wzmacniacza nie ma żadnego sensu, bo udało im się osiągnąć efekt synergii. Inni nie mają już na co się zamienić, bowiem nie istnieją urządzenia obiektywnie lepsze niż te, które już posiadają. W obu przypadkach do gry wchodzą akcesoria i dodatki, dzięki którym można jeszcze wykonać krok do przodu, wycisnąć z posiadanego zestawu wszystko, co tylko się da. Czy to szaleństwo, kompletne wariactwo, marnotrawstwo pieniędzy? Pewnie tak. Co nie zmienia faktu, że nie brakuje ani chętnych na zakup hi-endowych kabli, jak i firm gotowych dostarczyć najbardziej wymagającym audiofilom to, czego pragną.

Spora część społeczeństwa myśli, że słuchanie muzyki na poziomie trochę wyższym niż wieża z hipermarketu to spory wydatek. I faktycznie, hi-endowe rozwiązania potrafią kosztować fortunę. Za standardowy zestaw złożony z kolumn, wzmacniacza, źródła i niezbędnych akcesoriów też bez problemu możemy zapłacić kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Istnieją jednak rozwiązania pośrednie, które przeciętnemu człowiekowi dostarczą wystarczająco dobrych wrażeń dźwiękowych, nie wydzierając mu przy tym kosmicznych sum z portfela. W tę lukę ze swoimi głośnikami Monitor XT20 stara się wstrzelić amerykańska marka Polk Audio.

Z produktami greckiej firmy Lab12 po raz pierwszy zetknąłem się siedem lat temu, kiedy to do naszej redakcji trafił uroczy wzmacniacz słuchawkowy o nazwie HPA. Od tego czasu manufaktura z Aten zrobiła ogromne postępy, wspinając się coraz wyżej po drabince jakościowej i wprowadzając do swojego katalogu coraz większe i droższe urządzenia. Na szczęście odbywało się to w zgodzie z pierwotną ideą założyciela, Stratosa Vichosa, polegającą na połączeniu długiego procesu projektowania (ma on trwać do skutku, a więc do momentu uzyskania upragnionego efektu brzmieniowego), używania podzespołów wysokiej jakości, dokładnego, ręcznego montażu i wzornictwa, w którym znajdziemy zarówno elementy nowoczesne (wyświetlacze, proste fronty i minimalistyczne pokrętła), jak i tradycyjne (takie jak lampy czy dyskretne wskaźniki wychyłowe). Firmowa filozofia może nie jest wielce oryginalna, ale coraz mniej producentów ją praktykuje, w związku z czym urządzenia Lab12 wydają się wyjątkowo pociągające. Ostatnio Stratos Vichos, podobnie jak wielu innych audiofilów, zakochał się w lampach KT150, jednak wyraźnie widać, że nie chce, aby jego firma została zaszufladkowana jako producent wzmacniaczy. Obok końcówki mocy Suara, przedwzmacniacza Pre1 i wzmacniacza zintegrowanego Integre4 w katalogu pojawiły się urządzenia, z których można zbudować kompletną wieżę - przedwzmacniacze gramofonowe Melto1 i Melto2, przetwornik Dac1 Reference oraz kondycjonery zasilające Noyra i Gordian.

Konstruktorzy sprzętu grającego chyba nigdy nie przestaną zadziwiać mnie pomysłami na nazwy swoich wyrobów i samych marek. Widzieliśmy już serie produktów inspirowanych ciałami niebieskimi, mitologicznymi postaciami, kamieniami szlachetnymi, zjawiskami pogodowymi, a nawet popularnymi trunkami. Doskonale pamiętam, kiedy znajomy pracujący w jednym ze stołecznych salonów z pewnym niedowierzaniem opowiadał mi, że teraz będzie sprzedawał kable HDMI, które nazywają się na przykład "Root Beer" albo "Vodka". Początkowo myślałem, że mnie wkręca, ale okazało się, że mówił całkowicie poważnie i teraz przewody o takich nazwach można znaleźć w ofercie Audioquesta. O krok dalej poszedł Hendry Ramli, założyciel firmy Vermouth Audio.

Kiedy na rynku pojawia się zupełnie nowy producent sprzętu stereo i niemal od razu robi się o nim głośno, staję się podejrzliwy. Często zupełnie niesłusznie, ale jednak jakiś wewnętrzny zgred każe mi sięgnąć głębiej do wrodzonych, całkiem zasobnych pokładów nieufności. Nie reaguję już na newsy o rewolucyjnych produktach i rozwiązaniach technicznych, bo w tej branży postęp kroczy powoli. Nawet naprawdę dobrym pomysłom trzeba dać kilka lat, aby zadomowiły się w systemach audiofilów. Nie dotyczy to jednak kilku rodzajów urządzeń - tych, które w całym łańcuchu odtwarzania dźwięku znajdują się najbliżej komputerów, smartfonów, routerów i szeroko pojętej infrastruktury sieciowej. Pięć lat różnicy między kolumnami lub wzmacniaczami to nic. Między streamerami lub wszechstronnymi systemami all-in-one - przepaść. Być może dlatego nowi gracze mają tu tak wiele do powiedzenia. Jeżeli tylko dysponują odpowiednio zaawansowaną technologią, mają pomysł na sprzęt, a do tego wiedzą, czego oczekują odbiorcy, mają szansę pogonić kota uznanym producentom, z których spora część nie nadąża za szybko zmieniającym się światem. Podczas gdy starzy wyjadacze zastanawiają się, czy wprowadzenie pierwszego w historii firmy odtwarzacza strumieniowego jest dobrym pomysłem, na arenie cyfrowej walki pojawiają się energiczni, postępowi i bardzo mocni zawodnicy. Obecnie najbardziej obiecującą gwiazdą tego turnieju jest Rose.

Czy jeszcze dziesięć lat temu ktokolwiek z nas, rozplątując kłębek z kabla od słuchawek dokanałowych, pomyślałby, że za jakiś czas problem ten zniknie i będziemy mogli cieszyć się muzyką od razu, bez zbędnej frustracji wywołanej koniecznością rozwiązania zagadki, dlaczego po każdym wyciągnięciu słuchawek z kieszeni musimy walczyć z tą plątaniną? Oczywiście przewodowe pchełki nadal można kupić, jednak rozwiązanie to zdaje się być z dnia na dzień coraz bardziej niszowe. I nie chodzi tu nawet o rozwój techniczny w samych dokanałówkach. Coraz więcej producentów smartfonów eliminuje ze swoich urządzeń wyjście 3,5 mm, przez co podłączenie sprzętu do telefonu wiąże się z koniecznością dokupienia przejściówki, która zablokuje nam gniazdo USB, a to oznacza, że nie naładujemy telefonu, słuchając muzyki, chyba że kupimy przejściówkę z rozgałęziaczem. Ogólnie sporo tu kombinowania a przecież w dzisiejszych czasach dążymy do ułatwiania, a nie komplikowania tak podstawowych spraw. Można powiedzieć, że słuchawki przewodowe nadal świetnie radzą sobie w przypadku źródeł innych niż smartfon. Tylko ilu melomanów korzysta z takich odtwarzaczy, jak testowany przeze mnie jakiś czas temu Hidizs AP80 Pro?

Wśród miłośników aparatury audio nie brakuje osób, których zdaniem największy postęp jakościowy daje wymiana kabli, kupno hi-endowego kondycjonera zasilającego lub stolika z tłumieniem olejowym. Czasami warto jednak zejść na ziemię i przypomnieć sobie podstawowe zasady rządzące tym światem. A te są w gruncie rzeczy bardzo proste. Chcąc zbudować wymarzony system stereo, powinniśmy przede wszystkim wybrać zestawy głośnikowe dopasowane gabarytami i brzmieniem do naszego pokoju odsłuchowego, dobrać do nich odpowiedni wzmacniacz i zadbać o jak najlepsze źródło. Całą resztą można zająć się później, w spokoju wybierając okablowanie i akcesoria, które pozwolą dopieścić efekt - postawić kropkę nad "i". Niestety, wielu melomanów przymierzających się do zakupu poważnego sprzętu potyka się już na pierwszym etapie, decydując się na zbyt duże kolumny lub ustawiając je tak, aby nie przeszkadzały pozostałym domownikom, a nie tak, aby uzyskać zrównoważony i przestrzenny dźwięk. Przyjęło się mówić, że optymalnym rozwiązaniem - szczególnie do niewielkich pomieszczeń - są monitory, ale czy na pewno? Czasami tak, ale w wielu przypadkach i tak muszą one wylądować na podstawkach, więc w gruncie rzeczy zajmują tyle samo miejsca, co średniej wielkości podłogówki. A gdzie plusy? W tym, że małe, dwudrożne paczki nie wydobędą z siebie subwooferowego basu, więc nic nie będzie nam się wzbudzać i buczeć? Może lepszym rozwiązaniem byłoby już postawienie na ich miejscu niewielkich zestawów wolnostojących, które - o ile zostaną mądrze zaprojektowane - zaoferują nam równie zdrowy, ale odrobinę potężniejszy dźwięk?

Niezwykle rzadko zdarza mi się testować produkty firm, które klasycznym sprzętem audio właściwie się nie zajmują. Nawet manufaktury specjalizujące się w wytwarzaniu elektroniki dla profesjonalistów mają zazwyczaj dość obszerny katalog z klockami typowo audiofilskimi - przetwornikami, wzmacniaczami czy zestawami głośnikowymi. Nierzadko można nawet odnieść wrażenie, że zakładka z urządzeniami studyjnymi powstała po to, aby dodać powagi i prestiżu tym domowym. Od czasu do czasu batalię o serca i portfele miłośników dobrego brzmienia toczą producenci sprzętu komputerowego, eksperci od smartfonów lub studia, które na co dzień zajmują się wzornictwem przemysłowym. Efekty są różne. Zwykle kończy się na kilku przykuwających uwagę zdjęciach. W przypadku JL Audio tak nie będzie. Projektowanie sprzętu grającego nie jest Amerykanom obce, ale klasycznych urządzeń dla melomanów i audiofilów też jest w ich katalogu jak na lekarstwo. To dlatego, że firma specjalizuje się w szeroko pojętych instalacjach. I to takich, które mają generować mnóstwo hałasu w bardzo nietypowych miejscach.
Piotr