
Jeszcze kilka dni temu Mark Levinson kojarzył mi się wyłącznie z hi-endową elektroniką dla najbardziej wymagających audiofilów. Wiedziałem, że sprzęt tego producenta budzi w środowisku złotouchych powszechny zachwyt, jednak nie brałem po uwagę tego, że mógłbym przetestować jakiś model z jego katalogu. No bo jak, gdzie, z czym? Nie dysponuję ogromnym pokojem odsłuchowym wypełnionym po brzegi aparaturą za setki tysięcy złotych. Nie jestem ani potencjalnym klientem amerykańskiej firmy, ani nawet koneserem, który doskonale wie, jakich zmian w brzmieniu można się spodziewać po zamianie końcówki mocy za 43990 zł na dwa monobloki, z których każdy kosztuje 71990 zł. Aby móc na co dzień obcować ze sprzętem Marka Levinsona, musiałbym kupić samochód Lexusa wyposażony w system audio tej właśnie marki, jednak trudno mi wyobrazić sobie, że miałbym chodzić na parking, aby posłuchać muzyki na audiofilskim sprzęcie. Zresztą wiadomo, że takie nagłośnienie daje tylko namiastkę tego, co może zaoferować nam domowy system stereo. Trudno było też oczekiwać, że Amerykanie nagle wprowadzą na rynek serię przystępnych cenowo urządzeń, takich jak wzmacniacze zintegrowane czy odtwarzacze sieciowe. Dla wieloletnich fanów marki mógłby to być wyraźny sygnał, że najwyższy czas znaleźć sobie innego dostawcę elektroniki. Wychodzi jednak na to, że nie warto tracić nadziei, bowiem miesiąc temu światło dzienne ujrzały słuchawki Nº 5909. Tanie oczywiście nie są, ale jeśli spojrzymy na sprawę zupełnie obiektywnie, kosztują mniej więcej połowę tego, ile trzeba zapłacić za flagowe smartfony czołowych producentów, takich jak Apple czy Samsung. Może więc w tym szaleństwie jest metoda? Postanowiłem czym prędzej przekonać się o tym na własnej skórze.

Atoll jest jedną z niewielu firm, które w czasach nadprodukcji informacji, wszechobecnego pierdzielenia o niczym i pompowania różnych baloników do granic możliwości działają na innych, kompletnie niedzisiejszych zasadach. Francuzi już dawno temu postanowili ograniczyć marketingowy bełkot do zera. Reklamy ich sprzętu, jeśli w ogóle gdzieś się pojawiają, są zwykle emitowane z inicjatywy dystrybutorów i dealerów, przyjmując maksymalnie uproszczoną, zwięzłą formę. Profile firmy w mediach społecznościowych są niezwykle skromne. Atoll zazwyczaj wrzuca tylko pojedyncze zdjęcia lub linki do recenzji bez żadnych podpisów, a w tym roku uczynił to zaledwie trzy razy. Starczy. Nic dziwnego, że kiedy na rynek wchodzi jakiś nowy model, dowiadują się o tym tylko zainteresowani. Nie ma komunikatów prasowych pełnych "ochów" i "achów", tłumaczenia filozofii stojącej za zmianą umiejscowienia przycisku trybu czuwania czy cytatów z wypowiedzi projektanta, który wyjaśnia, że nowy dizajn przedniej ścianki nawiązuje do sklepień krzyżowo-żebrowych w gotyckich katedrach, a gałka potencjometru była wzorowana na kołach marsjańskich łazików. Atoll wypuszcza nowy klocek, publikuje kilka zdjęć oraz dane techniczne i to właściwie wszystko. Resztę zrobią dealerzy i niektórzy recenzenci, ale to też nie jest do końca potrzebne, bo nawet te urządzenia, których testy można policzyć na palcach jednej ręki, sprzedają się naprawdę nieźle. Można odnieść wrażenie, że cała para idzie gdzie indziej - tam, gdzie przekłada się to na jakość produktów. Bazując na moich doświadczeniach ze sprzętem tej marki, mogę powiedzieć, że dokładnie tak jest. Atoll to pewniak. Manufaktura z Brécey jest jednak kojarzona głównie z elektroniką ze średniej półki cenowej, takimi jak wzmacniacze IN80 Signature (4690 zł), IN100 Signature (5190 zł) czy opisywany przeze mnie półtora roku temu IN200 Signature (7990 zł). Co się stanie, gdy zechcemy wspiąć się wyżej? Cóż, właśnie nadarzyła się okazja, aby to sprawdzić, ponieważ w Polsce pojawiły się pierwsze egzemplarze klocków z nowej serii 300 - streamer ST300 Signature i końcówka mocy AM300.

Pamiętacie czasy, kiedy człowiek wszędzie zabierał ze sobą przenośny odtwarzacz kaset, płyt kompaktowych lub plików i czuł się jak król życia? Możliwość słuchania muzyki w dowolnych okolicznościach była i wciąż pozostaje dla wielu ludzi czymś, bez czego trudno byłoby sobie wyobrazić normalne funkcjonowanie. Przewijanie kaset za pomocą ołówka, aby oszczędzać baterie... Zabieranie w podróż specjalnych segregatorów na płyty, aby nie nosić i - co ważniejsze - nie połamać oryginalnych pudełek... Zachwycanie się pierwszymi "empetrójkami" i trzymanie na komputerze folderów przygotowanych tak, aby znajdujące się w nich pliki wypełniały ograniczoną pamięć urządzenia... Dla mnie to masa wspomnień, które automatycznie kojarzą mi się z konkretną muzyką, ludźmi, miejscami, a nawet zapachami. Dziś niemal każdy ma w kieszeni "prostokąt", który przejął funkcję przenośnego odtwarzacza plików, aparatu fotograficznego, kalkulatora, dyktafonu, notatnika, latarki, mapy oraz wielu innych przedmiotów i urządzeń, bez których dawniej nie wyruszylibyśmy w żadną podróż. Nie używamy nawet nawigacji samochodowej, bo ta w smartfonie jest bardziej aktualna. Kto potrzebuje przenośnego odtwarzacza plików, gdy ma mądry telefon z aplikacją serwisu streamingowego i bezprzewodowe słuchawki? Przetrwały właściwie tylko te urządzenia, którym smartfony jakościowo nigdy nie dorastały do pięt. Najnowszy iPhone może i robi niezłe zdjęcia, ale wciąż nie są one tak dobre jak te wykonane lustrzanką z dużym obiektywem. Z tego samego założenia wyszli ludzie, którzy powołali do życia markę Astell&Kern, specjalizującą się w produkcji odtwarzaczy przenośnych z najwyższej półki. Dziś koreańska manufaktura jest w tej dziedzinie prawdziwym hegemonem. Jej projektanci nie mają jednak zamiaru spocząć na laurach i regularnie pokazują nam urządzenia łamiące wszelkie schematy. Dziwne, odlotowe, jedyne w swoim rodzaju. I kiedy wydawało się, że nie wymyślą już nic szokującego, zrobili to ponownie, wprowadzając na rynek połączenie hi-endowego playera i biurkowego wzmacniacza słuchawkowego. Przed nami ACRO CA1000.

Densen to marka, której sprzęt zawsze wywołuje na mojej twarzy szczery uśmiech. Kojarzy mi się z fenomenalnym, minimalistycznym, wybitnie skandynawskim wzornictwem, wysoką jakością wykonania, interesującym, celowo nie do końca neutralnym brzmieniem i słynną reklamą, na której widać trzy uradowane staruszki, z których jedna ewidentnie gra na niewidzialnej gitarze, a na środku duży napis "życie jest zbyt krótkie na nudne hi-fi". Miało to związek z filozofią wyznawaną przez założyciela firmy, Thomasa Sillesena, którą w dużym uproszczeniu można sprowadzić do tak zwanego współczynnika powietrznej gitary (air guitar factor) - jeśli słuchamy muzyki w domu i nie mamy ochoty poderwać się z fotela i zacząć wiosłować na takim właśnie wyimaginowanym instrumencie, to coś jest nie tak. Najlepsze jest to, że Sillesen nigdy nie wspominał o stosowaniu substancji wspomagających. Jego zdaniem elektronika powinna być na tyle dobra, aby odtwarzana przez nią muzyka była tak ekscytująca, że każdy odsłuch zamieni się w niezapomniane przeżycie. Wyobraźcie sobie tylko - siedzicie na kanapie, zero napojów wysokoprocentowych, zero nielegalnych substancji, puszczacie muzykę i nagle wyginacie się w szalonym tańcu niczym ta emerytka z reklamy... No, to teraz już wiecie, dlaczego postanowiłem przetestować wzmacniacz zintegrowany oznaczony symbolem B-130XS.

Szkocja kojarzy nam się z malowniczymi krajobrazami, whisky, potworem z Loch Ness i Melem Gibsonem wcielającym się w rolę Williama Wallace'a, ale ze sprzętem grającym - niekoniecznie. Jest to dość zaskakujące, bo przecież Anglia jest w tej dziedzinie potęgą, Szkocja zaś - ojczyzną wielu genialnych wynalazców, którym zawdzięczamy takie dobrodziejstwa jak telewizja, penicylina, lodówka, radar, silnik parowy, klonowanie, telefon, betablokery, toster czy kolorowa fotografia. Jeśli chodzi o producentów audiofilskiej aparatury, z głowy potrafię wymienić tylko cztery marki - Linn, RHA, Atlas i Fyne Audio. Pierwszej nikomu przedstawiać nie trzeba, druga specjalizuje się w wytwarzaniu pancernych słuchawek dokanałowych, trzecia dostarcza melomanom bardzo ciekawe kable, natomiast czwarta jest w tym towarzystwie najmłodsza, jednak jej kolumny wyglądają i grają, jakby były projektowane i dopieszczane od wielu, wielu lat. Firma powstała w 2017 roku, jednak jej założycieli trudno nazwać debiutantami. Są to bowiem byli pracownicy jednego z prawdziwych gigantów rynku audio - Tannoya.

Ileż to już razy audiofile zarzekali się, że przy wyborze sprzętu grającego kierują się tylko i wyłącznie brzmieniem, po czym rozpływali się nad wskaźnikami wychyłowymi, ekstrawaganckimi gramofonami ze stali i akrylu oraz kolumnami wyglądającymi jak żagle albo statki kosmiczne? Ciężko zaprzeczyć, że zanim jeszcze zainteresujemy się danym urządzeniem i postanowimy sprawdzić jego możliwości w odsłuchu, coś musi nas w nim zainteresować, a ponieważ jesteśmy wzrokowcami, prawdopodobnie tym czymś będzie wygląd. Nawet jeśli preferujemy surowy, minimalistyczny dizajn, nie oznacza to, że nie damy się złapać - do ostatecznego sprawdzianu wytypujemy te modele, które trafiają w nasz gust. Doświadczeni amatorzy hi-endowej elektroniki wyznają zasadę, która mówi, że im więcej pieniędzy dany producent przeznaczy na wzornictwo i widoczne z zewnątrz materiały, tym mniej zostanie mu na komponenty wewnętrzne, od których w sferze brzmieniowej zależy najwięcej. Mówiąc inaczej, im lepiej dane urządzenie wygląda, tym gorzej powinno grać. Wydaje się to całkiem logiczne, jednak nie działa w przypadku jednej grupy - sprzętu projektowanego i budowanego we Włoszech. Nie żartuję. Patrząc na fikuśne wzmacniacze Unisona, Pathosa, Audio Analogue'a, Synthesisa, Normy czy Riviery, gramofony Gold Note'a i New Horizon Audio albo fantastyczne kolumny Sonusa, Opery czy Diapasona (żeby wymienić tylko kilka znanych marek), można pomyśleć, że to tylko drogie, niezwykle efektowne dekoracje do salonu. Szybko okazuje się jednak, że to nieprawda. Ten sprzęt gra, czasami nawet znacznie lepiej od tego "brzydkiego". Włosi chyba inaczej nie potrafią. Moim zdaniem w ogóle się nad tym nie zastanawiają. Wyczucie stylu i piękna pomieszane z odrobiną szaleństwa mają w genach i ten sprzęt po prostu "tak im jakoś wychodzi". Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy nawet ja, miłośnik włoskiej elektroniki, zastanawiam się, czy mam do czynienia ze sprzętem stereo, elementem martwej natury, przedmiotem pełniącym określoną funkcję, czy może z czymś, co powstało przede wszystkim jako dzieło sztuki użytkowej. A kiedy mam do czynienia z nowymi kolumnami marki Audel, zadaję sobie to pytanie praktycznie za każdym razem.

Marka NuPrime kojarzona jest głównie ze wzmacniaczami. I choć w jej katalogu znajdziemy również bardzo ciekawe źródła, w tym przetworniki cyfrowo-analogowe, odtwarzacz i transport płyt kompaktowych, a także procesor kina domowego, wzmacniacze słuchawkowe i adapter sieciowy, klienci pamiętają, że firma założona przez Jasona Lima to tak naprawdę jego drugie podejście do tematu popularyzacji piecyków pracujących w klasie D. Dziś technologia ta jest dla nas czymś oczywistym, ale kilkanaście lat temu urządzenia charakteryzujące się taką wydajnością wprawiły audiofilski świat w osłupienie. Tym bardziej, że nie były to budżetowe amplitunery, ale intrygujące i stosunkowo drogie końcówki mocy, które nie powstały, jak to dziś bywa, ze względu na chęć uproszczenia układów wewnętrznych, ale właśnie jako alternatywa dla ogromnych kloców, które ważą kilkadziesiąt kilogramów, grzeją się jak silnik w starym autobusie i żrą tyle prądu, ile zużywa średniej wielkości miasto, a często i tak brakuje im dynamiki.

Szukając świeżości i oryginalności w świecie sprzętu audio, powinniśmy uważnie przyjrzeć się segmentowi źródeł cyfrowych, a w szczególności urządzeniom stworzonym przez stosunkowo młode firmy, których projektanci mają świetne pomysły i wbrew pozorom bardzo dobrze wiedzą, czego szukają doświadczeni melomani, a także jak oni sami postrzegają proces odtwarzania muzyki. Bądźmy szczerzy, renomowani producenci wzmacniaczy lampowych lub zestawów głośnikowych bazujących na pomysłach sprzed pięćdziesięciu lat ledwo nadążają za rzeczywistością, a ich przetworniki i odtwarzacze sieciowe, jeśli w ogóle istnieją, najczęściej są lekko przestarzałe już w momencie premiery. Dla ich twórców i potencjalnych nabywców najważniejsze jest bowiem to, aby wizualnie pasowały do wzmacniacza, odtwarzacza płyt kompaktowych i gramofonu, a do tego aby były w miarę łatwe w obsłudze, bo dla pięćdziesięciolatka ogarnięcie skomplikowanej aplikacji może być większym wyzwaniem niż odłożenie kilku tysięcy dolarów na kolejny klocek. Jeśli chcecie wiedzieć, którzy z dużych graczy poradzili sobie z tym tematem, wystarczy wejść na stronę Roon Labs i przejrzeć listę firm, które w porę zorientowały się, czym jest to oprogramowanie i jakie daje możliwości. Dziś jest ona całkiem długa, jednak to zaledwie wycinek obszernego i różnorodnego kręgu marek, jakie z pewnością kojarzą wkręceni hobbyści. W poszukiwaniu wysokiej klasy przetwornika lub streamera audiofile nie idą dziś do McIntosha, Exposure'a, Krella albo Yamahy, ale do Auralica, Naima, Rose'a lub Chorda - firm, które jeszcze niedawno albo w ogóle nie istniały, albo produkowały sprzęt tak dziwny, że nawet audiofile trzymali się od nich z daleka. Każdy nowy gracz, któremu uda się stworzyć naprawdę dobre, hi-endowe źródło, ma szansę całkiem szybko awansować do ekstraklasy. Jednym z nich jest Waversa Systems.

Tellurium Q to jedna z najbardziej enigmatycznych firm produkujących okablowanie do systemów audio. Brytyjczycy twierdzą, że w swojej pracy opierają się przede wszystkim na badaniach naukowych, jednak nie podają na ten temat żadnych szczegółów. Możliwe, że prowadzą naprawdę zaawansowane eksperymenty w jakimś tajnym laboratorium, ale równie dobrze może tutaj chodzić o prace naukowe opublikowane dawno temu, a więc dokumenty, których zawartość jest dla każdego doświadczonego inżyniera czymś oczywistym. Sloganem Tellurium Q jest walka ze zniekształceniami fazowymi, a więc problemem, któremu podobno żadna inna manufaktura nie poświęca zbyt wiele uwagi, a którego eliminacja ma skutkować radykalną poprawą jakości brzmienia. Gdybyście jednak chcieli dowiedzieć się, co dokładnie konstruktorzy tych kabli mają na myśli, jak rozumieją i mierzą owe zniekształcenia, a przede wszystkim w jaki sposób z nimi walczą, utkniecie w martwym punkcie. Kupując kable Tellurium Q, prawdopodobnie nie dowiecie się nawet, jaki materiał zastosowano w nich w roli przewodnika. Miedź, srebro, aluminium, węgiel? Aby się o tym przekonać, trzeba by było rozciąć dany przewód i poddać go dokładnej analizie. Co ciekawe, taka taktyka zupełnie nie wpływa na wyniki sprzedaży, a kto wie, może nawet działa na nie stymulująco. Ostatecznie nic nie kręci nas tak, jak audiofilski gadżet, o którego budowie wewnętrznej niewiele wiadomo. Kierujący brytyjską manufakturą Geoff Merrigan postanowił, że w kwestii jakości brzmienia kabli Tellurium Q trzeba oddać głos klientom i recenzentom. Zadziałało to spektakularnie, bowiem nagrody zaczęły płynąć z całego świata, a wyobrażenie na temat wolumenu sprzedaży daje przyznana firmie już po raz drugi biznesowa nagroda Królowej Brytyjskiej - Queen's Awards for Enterprise.

Brytyjczycy są dziwni. Na śniadanie lubią zjeść sobie chleb tostowy zapieczony z fasolą w sosie pomidorowym, a po południu wypić filiżankę herbaty z mlekiem. W samochodach montują kierownicę po prawej stronie, a jeżdżą po lewej i z jakiegoś powodu uważają, że reszta świata robi to źle. Mają umywalki z dwoma osobnymi kranami do ciepłej i zimnej wody, mimo że bateria umożliwiająca regulację temperatury nie wydaje się strasznie skomplikowanym wynalazkiem. Właściwie gdzie by nie spojrzeć, wszędzie znajdziemy kolejne przykłady "oryginalnego" myślenia - inne jednostki miary, inne gniazdka w ścianie, a nawet inne zwyczaje i poglądy na otaczającą nas rzeczywistość. A jednak nie bez powodu Wielka Brytania jest w wielu dziedzinach prawdziwą potęgą. Weźmy na przykład sprzęt stereo. Wiadomo, że Amerykanie, Niemcy, Włosi, Francuzi, Japończycy, Duńczycy, a nawet Norwegowie albo Polacy mają tu swoje osiągnięcia, ale gdybyśmy nagle wystrzelili w kosmos wszystkich brytyjskich producentów audiofilskiej aparatury i wszystkie istotne wynalazki, które właśnie tam się narodziły, powstałaby wyrwa, której prawdopodobnie nikomu nie udałoby się zalepić. Założona w 1989 roku firma Chord Electronics jest tego doskonałym przykładem, a jej najnowsza propozycja - miniaturowy wzmacniacz zintegrowany Anni - potwierdza, że Brytyjczycy nie zważają na konwenanse i nie boją się eksplorować obszarów, których wcześniej właściwie nikt nie badał, a już z pewnością nie w tak odważny, bezkompromisowy sposób.
Piotr