
Dual zaliczył ostatnio spektakularny comeback. Legendarny producent gramofonów, który jeszcze niedawno kojarzył nam się wyłącznie z vintage'owym sprzętem, nagle wrócił do gry. W pierwszej kolejności zaprezentowano światu hi-endowy model Primus Maximus, co można odczytywać jako swego rodzaju manifest, pokaz możliwości technicznych i być może zapowiedź kolejnych modeli, które będą jego odrobinę prostszymi i tańszymi odpowiednikami. Jeżeli jednak szukamy budżetowego gramofonu, raczej nie powinniśmy oglądać się na urządzenia zajmujące szczytowe pozycje w katalogu. Wiem, na pierwszy rzut oka wszystkie niedrogie modele dostępne na rynku wydają się podobne, ale wystarczy przyjrzeć się kilku kluczowym elementom, takim jak wkładka, ramię, napęd i wyposażenie tylnego panelu, aby mieć już pojęcie na temat tego, który jest zbudowany solidnie, a który tylko ładnie wygląda na zdjęciach. Jeśli poświęcicie na to trochę czasu, zorientujecie się, że Dual to nie tylko historia sięgająca 1900 roku i obiekt westchnień audiofilów pamiętających lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku, ale także firma oferująca jedne z najciekawszych i najlepiej wyposażonych budżetowych gramofonów. Czy CS 429 będzie kolejnym dowodem potwierdzającym tę tezę?

Audeze to amerykańska firma specjalizująca się w produkcji słuchawek ortodynamicznych. W wyniku zastosowania zaawansowanego procesu produkcyjnego i najnowszych materiałów powstają nauszniki, w których zastosowano ekstremalnie cienką membranę z naniesioną na niej cewką napędową i bardzo silnymi magnesami. Firma twierdzi, że technika planarna pokonuje wiele szkodliwych ograniczeń występujących w typowych słuchawkach dynamicznych - lekka membrana jest znacznie szybsza w działaniu i bardziej dokładna w wykonywanych ruchach niż zdecydowanie cięższy zestaw cewki napędowej z typową membraną stożkową. Żeby było jeszcze ciekawiej, nie mamy do czynienia z kolejnym przedsiębiorstwem, które potrafi tylko zaprojektować lub zamówić sprzęt, a później czekać na dostawę i sprawdzać zawartość przesyłki od podwykonawcy z takim samym dreszczykiem emocji, jaki towarzyszy klientom robiącym zakupy w sklepie internetowym. Wszystkie produkty Audeze są wytwarzane ręcznie w USA, a dokładniej w mieście Santa Ana w kalifornijskim hrabstwie Orange, właściwie na przedmieściach Los Angeles. Tam, gdzie to tylko możliwe, firma stara się korzystać z podzespołów od amerykańskich poddostawców. Oczywiście wszystko to kosztuje, jednak możliwość wejścia w posiadanie niepowtarzalnych nauszników planarnych okazała się dla audiofilów ważniejsza, dzięki czemu marka szturmem wdarła się na salony, a dziś pozostaje jedną z firm dyktujących zasady gry w swoim sektorze. W ostatnich latach Amerykanie sporo eksperymentowali, wprowadzając słuchawki dla graczy, planarne dokanałówki, kilka modeli bezprzewodowych i odchudzone, tańsze wersje swoich hitów. Wymagający audiofile wypatrywali jednak nowego flagowca - dużych, otwartych nauszników wokółusznych wykonanych z najlepszych dostępnych materiałów i wyposażonych w najbardziej zaawansowane technicznie przetworniki. Doczekali się. Przed nami LCD-5.

Rosnąca popularność serwisów streamingowych, zainteresowanie audiofilów plikami wysokiej rozdzielczości i stająca się już normą potrzeba łączenia sprzętu audio z telewizorami, konsolami, smartfonami i systemami inteligentnego domu sprawiły, że coraz więcej klientów zmieniło swoje postrzeganie systemu stereo. Nie jest on już odrębnym, niezależnym bytem, ale elementem większej układanki. W największym stopniu odbiło się to na wzmacniaczach. Kiedyś miały one zasadniczo jedną funkcję, co odzwierciedlała forma ich przedniego panelu. Szczególnie dobrze było to widać w epoce dominacji płyty kompaktowej, kiedy melomani przerzucili się na ten jeden format, pozbyli się magnetofonów, gramofonów, tunerów i korektorów. Zapanowała moda na minimalizm. Audiofile zaczęli szukać urządzeń, których konstrukcja gwarantowała jak najmniejszą ingerencję w odtwarzany materiał. W ich mniemaniu wzmacniacz miał mieć z przodu tylko włącznik i dwa pokrętła - jedno do wyboru źródła (chociaż w wielu zestawach i tak było tylko jedno), drugie do regulacji głośności. Dokładnie tak wyglądał mój pierwszy "poważny" wzmacniacz - Creek 4330 mkII. Żaden szanujący się entuzjasta hi-fi nie marzył o pokrętłach do regulacji barwy w stylu McIntosha, szukając raczej urządzeń skonstruowanych wedle zasady "mniej znaczy więcej". Prosty układ, krótka ścieżka sygnałowa, a do tego najlepiej kolumny z niefiltrowanym wooferem i kopułką, za magnesem której przylutowany był tylko jeden rezystor. Później wystarczyło tylko wyjąć płytę z pudełka, wcisnąć "play" i delektować się brzmieniem podanym bez zbędnych kombinacji, zgodnie z intencjami artystów. To było jednak dwadzieścia lat temu. Tego świata już nie ma. Ale czy na pewno?

Od ładnych paru lat toczy się zażarta dyskusja pomiędzy fanami nowoczesnych rozwiązań służących do konsumowania cyfrowej muzyki i tradycjonalistami, stale kupującymi płyty winylowe i kompaktowe. Jedni próbują udowodnić drugim wyższość swojej filozofii. W tej całej dyskusji śmieszne jest to, że na większość argumentów każdej z grup można bez problemu znaleźć kontrargument. Dostęp do plików i streamingu jest zdecydowanie łatwiejszy. Za cenę abonamentu miesięcznego można mieć dostęp do milionów otworów. Zgadza się, ale biblioteka serwisów muzycznych jest płynna i brakuje w niej wielu albumów. Sam mogę wymienić co najmniej kilkanaście, których siłą rzeczy muszę słuchać z płyty. Dostęp do streamingu kończy się w momencie, gdy znika Internet. W przypadku urządzeń mobilnych można stworzyć sobie offline'ową bazę. Jednak czy ktoś myśli o takiej bazie w przypadku sprzętu domowego? Chyba tylko osoby dysponujące plikami wysokiej rozdzielczości. Wielokrotnie słyszeliśmy też, że muzyka cyfrowa nie ma duszy, a ta fizyczna zapewnia dodatkowe doznania, jakimi są między innymi możliwość rozpakowania własnego egzemplarza, zapoznania się z książeczką, tekstami i ewentualnymi dodatkami. Przy takim scenariuszu podobno mocniej wspiera się artystę. Minus jest taki, że przy wydaniach fizycznych na taką kolekcję trzeba mieć miejsce. Dla posiadaczy trzydziestu płyt nie jest to problem, ale co zrobić, gdy ta liczba dobija do dwóch, pięciu czy dziesięciu tysięcy? Kolejny regał z Ikei? Już piąty kupiony w przeciągu ostatniego roku? Dodatkowo rozwiązanie cyfrowe jest w stanie dostarczyć jakość wyraźnie przewyższającą możliwości płyty kompaktowej. Ale z drugiej strony... Wiecie już, do czego zmierzam, prawda? Wszystko ma swoje plusy i minusy, jednak statystyki mówią, że Compact Disc jest nośnikiem na wymarciu, a melomani opowiedzieli się za streamingiem. Potrzeba upraszczania sobie życia wtargnęła do świata muzyki nie tylko od strony software'u, ale wyraźnie zmieniła też obraz systemu stereo, jakiego chcemy używać w domu. Potężna wieża złożona z pięciu klocków, a do tego kolumny wielkości małej lodówki? Dajcie spokój, to było modne w czasach PRL-u. Dziś chcemy mieć wszystko w jednym, kompaktowym pudełeczku, do którego podłączone będą eleganckie, najlepiej stosunkowo nieduże głośniki na dizajnerskich podstawkach. Audiofile wciąż jarają się wzmacniaczami ważącymi kilkadziesiąt kilo i kablami wykonanymi z kosmicznych materiałów, ale normalni ludzie chcą mieć coś takiego jak NAD M10 V2. Czy to ma sens?

Doświadczeni audiofile twierdzą, że kiedyś sprzęt grający był lepszy. Czy to prawda, czy raczej odzywają się sentymenty związane z latami młodości, słuchaniem muzyki z nie do końca dobrze ustawionego gramofonu i przeglądaniem katalogów z niedostępnymi w naszym kraju urządzeniami? Myślę, że trzeba tu zachować odrobinę zdrowego rozsądku. Klocki z dawnych lat są cudowne, ale nie wszystkie były udane, a te najfajniejsze kosztowały krocie. Stawianie vintage'owego hi-endu obok dzisiejszej budżetówki i porównywanie urządzeń, które nawet kiedyś były budowane dla wybrańców z tymi, które dziś grają w wielu domach, mija się z celem. Nieustanne podnoszenie poprzeczki sprawiło, że doczekaliśmy się urządzeń, o jakich dawniej nikomu by się nie śniło. Jestem przekonany, że gdyby trzydzieści lat temu audiofile zobaczyli dzisiejsze hi-endowe słuchawki, większość chciałaby natychmiast wsiąść na pokład wehikułu czasu i przenieść się do naszej epoki. Gdyby jeszcze pokazano im, że dzięki streamingowi można teraz uzyskać dostęp do niemal całej muzyki, jaka kiedykolwiek została zarejestrowana, na nic zdałyby się ostrzeżenia o wojnach, epidemiach, globalnym ociepleniu i innych okropnościach. Nie zmienia to jednak faktu, że ciągle za czymś tęsknimy. Za jakością, stylem, charakterem, a nawet pewną bezczelnością charakteryzującą sprzęt sprzed kilku dekad. Dlaczego dziś już nie robi się takich amplitunerów, takich gramofonów i takich kolumn? Przecież producentów elektroniki nie obowiązują normy emisji spalin ani inne ograniczenia. Dlatego też z niezwykłą satysfakcją obserwuję, jak legendarne marki wracają do swoich korzeni. A im większym sentymentem je darzę, tym szybciej ustawiam się w kolejce do przetestowania sprzętu utrzymanego w stylu retro.

Jeszcze kilka dni temu Mark Levinson kojarzył mi się wyłącznie z hi-endową elektroniką dla najbardziej wymagających audiofilów. Wiedziałem, że sprzęt tego producenta budzi w środowisku złotouchych powszechny zachwyt, jednak nie brałem po uwagę tego, że mógłbym przetestować jakiś model z jego katalogu. No bo jak, gdzie, z czym? Nie dysponuję ogromnym pokojem odsłuchowym wypełnionym po brzegi aparaturą za setki tysięcy złotych. Nie jestem ani potencjalnym klientem amerykańskiej firmy, ani nawet koneserem, który doskonale wie, jakich zmian w brzmieniu można się spodziewać po zamianie końcówki mocy za 43990 zł na dwa monobloki, z których każdy kosztuje 71990 zł. Aby móc na co dzień obcować ze sprzętem Marka Levinsona, musiałbym kupić samochód Lexusa wyposażony w system audio tej właśnie marki, jednak trudno mi wyobrazić sobie, że miałbym chodzić na parking, aby posłuchać muzyki na audiofilskim sprzęcie. Zresztą wiadomo, że takie nagłośnienie daje tylko namiastkę tego, co może zaoferować nam domowy system stereo. Trudno było też oczekiwać, że Amerykanie nagle wprowadzą na rynek serię przystępnych cenowo urządzeń, takich jak wzmacniacze zintegrowane czy odtwarzacze sieciowe. Dla wieloletnich fanów marki mógłby to być wyraźny sygnał, że najwyższy czas znaleźć sobie innego dostawcę elektroniki. Wychodzi jednak na to, że nie warto tracić nadziei, bowiem miesiąc temu światło dzienne ujrzały słuchawki Nº 5909. Tanie oczywiście nie są, ale jeśli spojrzymy na sprawę zupełnie obiektywnie, kosztują mniej więcej połowę tego, ile trzeba zapłacić za flagowe smartfony czołowych producentów, takich jak Apple czy Samsung. Może więc w tym szaleństwie jest metoda? Postanowiłem czym prędzej przekonać się o tym na własnej skórze.

Atoll jest jedną z niewielu firm, które w czasach nadprodukcji informacji, wszechobecnego pierdzielenia o niczym i pompowania różnych baloników do granic możliwości działają na innych, kompletnie niedzisiejszych zasadach. Francuzi już dawno temu postanowili ograniczyć marketingowy bełkot do zera. Reklamy ich sprzętu, jeśli w ogóle gdzieś się pojawiają, są zwykle emitowane z inicjatywy dystrybutorów i dealerów, przyjmując maksymalnie uproszczoną, zwięzłą formę. Profile firmy w mediach społecznościowych są niezwykle skromne. Atoll zazwyczaj wrzuca tylko pojedyncze zdjęcia lub linki do recenzji bez żadnych podpisów, a w tym roku uczynił to zaledwie trzy razy. Starczy. Nic dziwnego, że kiedy na rynek wchodzi jakiś nowy model, dowiadują się o tym tylko zainteresowani. Nie ma komunikatów prasowych pełnych "ochów" i "achów", tłumaczenia filozofii stojącej za zmianą umiejscowienia przycisku trybu czuwania czy cytatów z wypowiedzi projektanta, który wyjaśnia, że nowy dizajn przedniej ścianki nawiązuje do sklepień krzyżowo-żebrowych w gotyckich katedrach, a gałka potencjometru była wzorowana na kołach marsjańskich łazików. Atoll wypuszcza nowy klocek, publikuje kilka zdjęć oraz dane techniczne i to właściwie wszystko. Resztę zrobią dealerzy i niektórzy recenzenci, ale to też nie jest do końca potrzebne, bo nawet te urządzenia, których testy można policzyć na palcach jednej ręki, sprzedają się naprawdę nieźle. Można odnieść wrażenie, że cała para idzie gdzie indziej - tam, gdzie przekłada się to na jakość produktów. Bazując na moich doświadczeniach ze sprzętem tej marki, mogę powiedzieć, że dokładnie tak jest. Atoll to pewniak. Manufaktura z Brécey jest jednak kojarzona głównie z elektroniką ze średniej półki cenowej, takimi jak wzmacniacze IN80 Signature (4690 zł), IN100 Signature (5190 zł) czy opisywany przeze mnie półtora roku temu IN200 Signature (7990 zł). Co się stanie, gdy zechcemy wspiąć się wyżej? Cóż, właśnie nadarzyła się okazja, aby to sprawdzić, ponieważ w Polsce pojawiły się pierwsze egzemplarze klocków z nowej serii 300 - streamer ST300 Signature i końcówka mocy AM300.

Pamiętacie czasy, kiedy człowiek wszędzie zabierał ze sobą przenośny odtwarzacz kaset, płyt kompaktowych lub plików i czuł się jak król życia? Możliwość słuchania muzyki w dowolnych okolicznościach była i wciąż pozostaje dla wielu ludzi czymś, bez czego trudno byłoby sobie wyobrazić normalne funkcjonowanie. Przewijanie kaset za pomocą ołówka, aby oszczędzać baterie... Zabieranie w podróż specjalnych segregatorów na płyty, aby nie nosić i - co ważniejsze - nie połamać oryginalnych pudełek... Zachwycanie się pierwszymi "empetrójkami" i trzymanie na komputerze folderów przygotowanych tak, aby znajdujące się w nich pliki wypełniały ograniczoną pamięć urządzenia... Dla mnie to masa wspomnień, które automatycznie kojarzą mi się z konkretną muzyką, ludźmi, miejscami, a nawet zapachami. Dziś niemal każdy ma w kieszeni "prostokąt", który przejął funkcję przenośnego odtwarzacza plików, aparatu fotograficznego, kalkulatora, dyktafonu, notatnika, latarki, mapy oraz wielu innych przedmiotów i urządzeń, bez których dawniej nie wyruszylibyśmy w żadną podróż. Nie używamy nawet nawigacji samochodowej, bo ta w smartfonie jest bardziej aktualna. Kto potrzebuje przenośnego odtwarzacza plików, gdy ma mądry telefon z aplikacją serwisu streamingowego i bezprzewodowe słuchawki? Przetrwały właściwie tylko te urządzenia, którym smartfony jakościowo nigdy nie dorastały do pięt. Najnowszy iPhone może i robi niezłe zdjęcia, ale wciąż nie są one tak dobre jak te wykonane lustrzanką z dużym obiektywem. Z tego samego założenia wyszli ludzie, którzy powołali do życia markę Astell&Kern, specjalizującą się w produkcji odtwarzaczy przenośnych z najwyższej półki. Dziś koreańska manufaktura jest w tej dziedzinie prawdziwym hegemonem. Jej projektanci nie mają jednak zamiaru spocząć na laurach i regularnie pokazują nam urządzenia łamiące wszelkie schematy. Dziwne, odlotowe, jedyne w swoim rodzaju. I kiedy wydawało się, że nie wymyślą już nic szokującego, zrobili to ponownie, wprowadzając na rynek połączenie hi-endowego playera i biurkowego wzmacniacza słuchawkowego. Przed nami ACRO CA1000.

Densen to marka, której sprzęt zawsze wywołuje na mojej twarzy szczery uśmiech. Kojarzy mi się z fenomenalnym, minimalistycznym, wybitnie skandynawskim wzornictwem, wysoką jakością wykonania, interesującym, celowo nie do końca neutralnym brzmieniem i słynną reklamą, na której widać trzy uradowane staruszki, z których jedna ewidentnie gra na niewidzialnej gitarze, a na środku duży napis "życie jest zbyt krótkie na nudne hi-fi". Miało to związek z filozofią wyznawaną przez założyciela firmy, Thomasa Sillesena, którą w dużym uproszczeniu można sprowadzić do tak zwanego współczynnika powietrznej gitary (air guitar factor) - jeśli słuchamy muzyki w domu i nie mamy ochoty poderwać się z fotela i zacząć wiosłować na takim właśnie wyimaginowanym instrumencie, to coś jest nie tak. Najlepsze jest to, że Sillesen nigdy nie wspominał o stosowaniu substancji wspomagających. Jego zdaniem elektronika powinna być na tyle dobra, aby odtwarzana przez nią muzyka była tak ekscytująca, że każdy odsłuch zamieni się w niezapomniane przeżycie. Wyobraźcie sobie tylko - siedzicie na kanapie, zero napojów wysokoprocentowych, zero nielegalnych substancji, puszczacie muzykę i nagle wyginacie się w szalonym tańcu niczym ta emerytka z reklamy... No, to teraz już wiecie, dlaczego postanowiłem przetestować wzmacniacz zintegrowany oznaczony symbolem B-130XS.

Szkocja kojarzy nam się z malowniczymi krajobrazami, whisky, potworem z Loch Ness i Melem Gibsonem wcielającym się w rolę Williama Wallace'a, ale ze sprzętem grającym - niekoniecznie. Jest to dość zaskakujące, bo przecież Anglia jest w tej dziedzinie potęgą, Szkocja zaś - ojczyzną wielu genialnych wynalazców, którym zawdzięczamy takie dobrodziejstwa jak telewizja, penicylina, lodówka, radar, silnik parowy, klonowanie, telefon, betablokery, toster czy kolorowa fotografia. Jeśli chodzi o producentów audiofilskiej aparatury, z głowy potrafię wymienić tylko cztery marki - Linn, RHA, Atlas i Fyne Audio. Pierwszej nikomu przedstawiać nie trzeba, druga specjalizuje się w wytwarzaniu pancernych słuchawek dokanałowych, trzecia dostarcza melomanom bardzo ciekawe kable, natomiast czwarta jest w tym towarzystwie najmłodsza, jednak jej kolumny wyglądają i grają, jakby były projektowane i dopieszczane od wielu, wielu lat. Firma powstała w 2017 roku, jednak jej założycieli trudno nazwać debiutantami. Są to bowiem byli pracownicy jednego z prawdziwych gigantów rynku audio - Tannoya.
as