
W środowisku fanów motoryzacji od pewnego czasu panuje moda na restomody, czyli auta reprezentujące połączenie dwóch zupełnie różnych światów - wiernego odnawiania klasycznych, najczęściej zabytkowych pojazdów oraz modyfikowania, często bardzo daleko posuniętego, ich konstrukcji, od silnika przez hamulce po nowoczesne dodatki we wnętrzu, generalnie utrzymanym jednak w dawnym stylu. Dziwactwo, prawda? Niektórzy uważają, że każdego nadającego się do takiej terapii oldtimera należy przywrócić do oryginalnego stanu, ale o ile stylistyka takich samochodów jest nie do podrobienia (i nie do powtórzenia, bo ze względu na normy emisji spalin, wymogi bezpieczeństwa i przepisy regulujące nawet to, na jakiej wysokości mają znajdować się reflektory żaden z tych samochodów nie mógłby ponownie trafić na linię produkcyjną), o tyle cała warstwa mechaniczna i elektryczna jest najczęściej do bani. Okej, mało który miłośnik samochodów zdobyłby się na wyrzucenie silnika V8 spod maski jednego z kultowych amerykańskich muscle carów, ale żeby jeszcze z taką pieczołowitością odnawiać hamulce bębnowe albo zawieszenie oparte na resorach piórowych, to już przesada. Nie każdy chce mieć w garażu eksponat muzealny, a trzeba przyznać, że perspektywa przejażdżki Jaguarem E-Type, Lancią Deltą Integrale czy Fordem Mustangiem Fastback z nowoczesnymi podzespołami wydaje się niezwykle kusząca. W świecie sprzętu audio ta tendencja dopiero zaczyna być widoczna, ale nawet profesjonalnie wykonane przeróbki kultowych wzmacniaczy czy zestawów głośnikowych nie wyglądają spektakularnie. Niewiele można tu wymyślić. Co innego, gdy rozmawiamy o zupełnie nowych produktach. Tutaj projektanci mają duże pole manewru - mogą na przykład naśladować kształty i stylistykę urządzeń z lat sześćdziesiątych, używając nowoczesnych części. Tylko czy w dzisiejszym świecie ma to sens?

Jestem już na tym etapie życia, na którym człowieka nie fascynują już ani imprezy, ani koncerty, ani nawet podróże czy drogie samochody, ale nowe tabletki do zmywarki. Staram się jednak zrozumieć ludzi, którym to wszystko jeszcze się nie znudziło, szczególnie tych młodszych ode mnie. No bo gdyby elektryczne hulajnogi, bezprzewodowe głośniki i drony były dostępne, kiedy miałem kilkanaście lat, jeździłbym, słuchał i latał jak szalony. I pewnie nie zastanawiałbym się, czy to aby bezpieczne, czy przez nierówno ułożone płyty chodnikowe nie stracę zębów albo czy intensywnie eksploatowana i ładowana przy każdej nadarzającej się okazji hulajnoga w końcu się nie zapali. Teraz takie ustrojstwo mogłoby się pode mną co najwyżej złamać. Patrzę na ludzi, którzy jeżdżą po mieście jak wariaci, życząc im, by nadziali się na patrol straży miejskiej lub podobnego sobie idiotę, który także uważa, że jazda wąskim chodnikiem z prędkością 40 km/h nie jest ani trochę niebezpieczna. Ale co tam drony i hulajnogi... Jestem przekonany, że gdybym w czasach licealnych miał do dyspozycji telewizor z opłaconym Netflixem i porządne głośniki sieciowe, które za dotknięciem palca odtwarzają to, co tylko wybiorę w aplikacji Spotify lub TIDAL-a, wychodziłbym z domu tylko wtedy, gdybym absolutnie musiał. A jeśli już, na pewno brałbym ze sobą słuchawki bezprzewodowe. Może nawet takie jak JBL Tour Pro.

Historia marki Norma Audio zaczyna się w 1987 roku w Cremonie - mieście, z którego pochodzili nie tylko słynni kompozytorzy, tacy jak Ponchielli czy Monteverdi, ale także znakomicie mistrzowie lutnictwa - Stradivari, Amati i Guarneri. Tworzeniem aparatury, na której można posłuchać takich wspaniałości w zaciszu własnego domu, zajął się człowiek o równie włosko brzmiącym nazwisku - Enrico Rossi. Pierwszym urządzeniem wyprodukowanym pod marką Norma Audio był wzmacniacz oznaczony symbolem NS 123. Nie odniósł on spektakularnego sukcesu komercyjnego, ale prawdopodobnie nikt nawet się tego po nim nie spodziewał, ponieważ był to poboczny, może nawet lekko hobbystyczny projekt. Zupełnie nowy rozdział w historii włoskiej manufaktury zaczął się, kiedy została ona przejęta przez należącą do Enrico Rossiego firmę Opal Electronics, która zajmowała się produkcją urządzeń pomiarowych. I co? Kolejne urządzenia, pierwsze sukcesy, rosnąca sprzedaż i kilka prestiżowych nagród na koncie w przeciągu kilku lat? Nie. W 1991 roku właściciel Normy rozpoczął projekt badawczy, którego celem było zrozumienie tego, w jaki sposób sprzęt grający może degradować dźwięk i jak można tego uniknąć. To, czego tak uparcie szukał, znalazł dopiero niecałe siedem lat później. Na pewno nie było to jedno genialne rozwiązanie, a raczej zbiór wielu odkrytych osobno reguł i wskazówek. W przeciwieństwie do manufaktur, które zbudowały swoją reputację na jakimś konkretnym rozwiązaniu technicznym, Norma niczego takiego nie opisuje i nie opiera całej swojej promocji na jednym patencie. Jeżeli jednak chcielibyście wiedzieć, jakiego brzmienia można się po tym sprzęcie spodziewać, Enrico stawia sprawę jasno - dźwięk ma być naturalny, dynamiczny i treściwy, a jego kluczowym atutem powinna być realistyczna średnica.

Bryston jest jedną z firm, które dość sztywno trzymają się przyjętego dawno temu schematu nazywania swoich produktów. I tak symbole wzmacniaczy zwykle zawierają literę "B", nazwy przetworników cyfrowo-analogowych zaczynają się od liter "BDA", odtwarzaczy sieciowych - "BDP", procesorów kina domowego - "SP", a przedwzmacniaczy - "BP". Uzupełniają je liczby, które mogą mieć związek z mocą wyjściową (wzmacniacz zintegrowany B135² oddaje 135 W na kanał przy 8 Ω) lub informować nas o tym, z którą generacją danego modelu mamy do czynienia (BHA-1 to pierwszy wzmacniacz słuchawkowy kanadyjskiej manufaktury, a BDP-3 miał już dwóch poprzedników - BDP-1 i BDP-2). Urządzenia, których nie da się przydzielić do żadnej z istniejących już kategorii, to u Brystona wielka rzadkość. Kiedy więc zdecydowano się złamać obowiązujący wzorzec i wypuszczono na rynek przedwzmacniacz, który powinien nazywać się BP-18³ (ponieważ jest następcą modelu BP-17³), ale otrzymał symbol BR-20, wiadomo było, że nie jest to przypadek. Przyczyna tej nagłej zmiany okazała się, niestety, smutna. Kanadyjczycy chcieli w ten sposób uhonorować swojego kolegę i wieloletniego prezesa firmy, Briana Russela, który w ubiegłym roku zmarł we śnie na atak serca. W tym czasie ekipa Brystona kończyła prace nad urządzeniem, które miało otrzymać nazwę BP-18³. Członkowie zespołu projektowego i pozostali szefowie wiedzieli, że jest to wyjątkowo udany model, który dla wielu audiofilów - nawet tych, którzy dorobili się bardzo rozbudowanych, drogich, wieloelementowych systemów stereo - będzie prawdziwym odkryciem. Tak oto pod koniec 2020 roku świat obiegła informacja, że kolejny dwukanałowy przedwzmacniacz Brystona będzie oznaczony symbolem BR-20.

Anssi Hyvönen nie jest jednym z konstruktorów, którzy średnio raz na kilka lat wpadają na jakiś odjazdowy pomysł i wymieniają całą ofertę, tłumacząc fanom marki i potencjalnym klientom, że od tej pory wszystko będzie inne. Finowie stawiają na rozwój poprzez doskonalenie istniejących konstrukcji, wprowadzanie zmian w rozsądnym tempie i twarde trzymanie się pierwotnych założeń. Wszystko to sprawia, że poruszamy się w istocie na niewielkim obszarze - Amphion celuje wyłącznie zestawy głośnikowe, z których najtańsze (Helium 410) kosztują w standardowym wykończeniu 3490 zł, a najdroższe (Krypton 3) - 73990 zł. Rozstrzał wydaje się spory, ale należy przy tym zaznaczyć, że Krypton 3 to w katalogu Amphiona zupełny odmieniec. Taki wybryk natury, który nawet nie jest częścią większej serii, ale odosobnioną perełką wykorzystującą obudowy i przetworniki skonstruowane inaczej niż w pozostałych modelach tej marki. Za drugie w kolejności podłogówki Argon 7LS zapłacimy 20990 zł, a to już inna rozmowa. Generalnie można powiedzieć, że w zakładce z kolumnami do użytku domowego panuje jasny podział - zestawy z serii Helium są bardziej nowoczesne i funkcjonalne, a oprócz tego są zauważalnie tańsze i oferują przyjemniejszy, bardziej muzykalny dźwięk, natomiast modele z rodziny Argon to poważniejsze, bardziej audiofilskie konstrukcje, z których część właściwie niewiele różni się od profesjonalnych głośników Amphiona.

Żyjemy w czasach pełnych kontrastów i sprzeczności. Jedna piąta populacji naszej planety żyje w skrajnej biedzie, co nie przeszkadza najbogatszym inwestować w jachty, odrzutowce i luksusowe posiadłości z trzema basenami i dwudziestoma sypialniami dla gości. Ludzie mówią o globalnym ociepleniu i biadolą, że żywność droga, ale potrafią wyciąć pół lasu i postawić na jego miejscu bloki i parkingi. Nad całym tym wariactwem rozpościera się gruba warstwa poprawności politycznej, dzięki której można udawać, że jesteśmy cywilizowanym społeczeństwem, które dba o planetę, nie śmieje się z blondynek, pomaga biednym dzieciom z telewizora i nie zna takich pojęć jak przemoc domowa, nepotyzm czy wyprzedzanie na trzeciego. Co to ma wspólnego ze sprzętem audio? Otóż jego producenci również zaczęli poddawać się presji otoczenia i wytwarzać urządzenia, które nie wywołują żadnych emocji. Mówię przede wszystkim o warstwie brzmieniowej, ale nie tylko. Nuda, panie, nuda! Spójrzcie chociażby na produkowane dziś zestawy głośnikowe i porównajcie ich kształt z odjazdowymi projektami z ubiegłego wieku. Jeżeli obecnie znajdziecie kolumny, które prezentują się choć trochę oryginalnie, prawdopodobnie będą kosztowały co najmniej kilkadziesiąt tysięcy złotych. Za rozsądne pieniądze kupimy wyłącznie prostopadłościenne skrzynki w trzech kolorach do wyboru - czarnym, białym i orzechowym. Dźwięk prawie na bank będzie totalnie bezpieczny. Neutralny, równy, nijaki, może z lekko podkreślonym basem. A gdzie jakieś wodotryski? Gdzie cechy, które kojarzyliśmy na przykład z daną manufakturą albo przynajmniej ze "szkołą brzmienia" charakterystyczną dla wybranego regionu geograficznego? Coraz trudniej jest coś takiego znaleźć. Na szczęście nie wszyscy poddali się tej modzie. Jedną z firm, które mają w nosie poprawność polityczną i opinie innych, jest Triangle. W ubiegłym roku manufakturze z Soissons stuknęła czterdziestka, w związku z czym Francuzi postanowili zrobić sobie i swoim klientom wyjątkowy prezent. Zamiast prezentować światu nowy model flagowy, wypuścili jubileuszowe wersje dwóch bestsellerów - monitorów Comète i trójdrożnych podłogówek Antal.

Bowers & Wilkins działa w branży wysokiej klasy sprzętu audio od ponad 50 lat. W tym czasie ten brytyjski producent zdążył zaznaczyć swoją obecność na rynku audiofilskich zestawów głośnikowych, systemów kina domowego, głośników przewodowych oraz słuchawek - zarówno nausznych czy wokółusznych, jak i dokanałowych. W odróżnieniu od swojego odwiecznego rywala z Saint-Étienne, firma założona przez Johna Bowersa i Roya Wilkinsa nie przypuściła ataku na słuchawkowy Mount Everest. Podczas gdy Focal wprowadzał hi-endowe Utopie oraz kolejne odmiany ich nieco tańszych odpowiedników, Brytyjczycy mocno stąpali po ziemi, udoskonalając modele wycenione o wiele rozsądniej i przeznaczone do codziennego użytku, nawet w podróży czy podczas dojazdów do pracy. Nie zmienia to faktu, że słuchawki tej marki od samego początku prezentowały się luksusowo. Co ciekawe, Bowers & Wilkins nie ma w zwyczaju zalewać rynku dziesiątkami nowych modeli. W aktualnym katalogu oprócz dokanałówek PI3, PI4, PI5 i PI7 znajdziemy tylko dwie "duże" konstrukcje - nauszne PX5 i wokółuszne PX7.

Trudno w to uwierzyć, ale pierwszy odtwarzacz cyfrowych plików audio został stworzony jeszcze w ubiegłym tysiącleciu. MPMan F10 oferował zawrotną pojemność 32 lub 64 MB, co jak na tamte czasy i tak dawało duże pole manewru. Rosnąca w zastraszającym tempie popularność formatu MP3 spowodowała, że producenci sprzętu zwietrzyli szansę zarobku. Praktycznie z miesiąca na miesiąc pojawiały się nowe odtwarzacze oferujące coraz większą pojemność. W przeciągu kilku lat od premiery modelu F10 została złamana granica 1 GB, później część odtwarzaczy została wyposażona w kolorowe wyświetlacze, obsługę plików MP4 i inne gadżety mające niewiele wspólnego ze słuchaniem muzyki. Biznes wyhamował w momencie, gdy producenci telefonów komórkowych doszli do wniosku, że wyposażenie nowych modeli w funkcję odtwarzania empetrójek nie będzie dla nich dużym problemem. Już niebawem smartfony miały przejąć rolę wielu innych urządzeń, bez których wielu z nas nie wyobrażało sobie życia. Pojawiły się nawet modele zbudowane z myślą o miłośnikach dobrego brzmienia. Mimo to, producenci przenośnych odtwarzaczy plików audio nie dali się wyeliminować, dostarczając wymagającym użytkownikom sprzęt, którego możliwości coraz mocniej zahaczały o to, z czym wcześniej można było spotkać się wyłącznie w aparaturze stacjonarnej. Playery wyposażone w audiofilskie przetworniki, mocne układy wzmacniające i pojemną pamięć z możliwością rozszerzenia o kolejne karty microSD pozwoliły audiofilom zrealizować niedostępne wcześniej marzenie - rozkoszowanie się brzmieniem plików hi-res poza domem, i to za pośrednictwem słuchawek, których nie był w stanie napędzić żaden smartfon.

Nie będę ukrywał, że Yamahę darzę olbrzymim sentymentem. Moim pierwszym zestawem stereo będącym czymś więcej niż radiomagnetofon lub marketowa wieża był model CRX-330 z kultowej serii PianoCraft. Mimo ponad dziesięciu lat na karku ten system micro nadal jest w pełni sprawny i nawet mimo intensywnego użytkowania nie przydarzyła mu się żadna awaria. Drugim sprzętem japońskiego producenta, z którego korzystam praktycznie codziennie, jest zestaw głośników sieciowych MusicCast 20. Tutaj również mogę opisywać go w samych superlatywach, podkreślając niesamowitą wygodę użytkowania oraz mobilność. Gdzieś po drodze na testy trafił do mnie jeszcze gramofon MusicCast VINYL 500, który również bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, jednak ze względu na bardzo ubogą kolekcję płyt winylowych nie stałem się jego właścicielem. Mając tak pozytywne dotychczasowe doświadczenia z elektroniką tej marki, z radością przyjąłem informację o możliwości przetestowania najnowszego modelu słuchawek - YH-E700A.

Szukając wzmacniacza zintegrowanego lub systemu all-in-one w cenie do dziesięciu tysięcy złotych, wielu audiofilów zacznie zastanawiać się nad odsłuchem takich urządzeń jak Hegel H95, Atoll IN200 Signature, NuPrime IDA-16, Primare I15 Prisma, Naim Uniti Atom, a może nawet Unison Research Simply Italy albo Cary Audio Xciter. Intuicja podpowiada, że lepiej mieć najtańszego Hegla, Naima lub Primare'a niż najdroższego Marantza, Denona, Cambridge'a albo Rotela. Ale czy na pewno? Logiczna analiza argumentów za i przeciw zdaje się wskazywać zupełnie inny kierunek. Specjaliści od sprzętu z wyższej półki za 8000-10000 zł proponują nam małe, skromnie wyposażone wzmacniacze, w których wnętrzu coraz częściej kryje się końcówka mocy pracująca w klasie D, a przednia ścianka może być nawet wykonana z plastiku. Marki kojarzone z tańszymi integrami i amplitunerami najczęściej są skłonne za te same pieniądze oddać w nasze ręce dużego, ciężkiego, obładowanego gniazdami kloca, który prezentuje się przy tamtych pudełeczkach jak zawodnik z zupełnie innej ligi. Przy okazji dostaniemy pewnie szereg przydatnych funkcji i trzycyfrową moc.
Adam