
Żyjemy w czasach pełnych kontrastów i sprzeczności. Jedna piąta populacji naszej planety żyje w skrajnej biedzie, co nie przeszkadza najbogatszym inwestować w jachty, odrzutowce i luksusowe posiadłości z trzema basenami i dwudziestoma sypialniami dla gości. Ludzie mówią o globalnym ociepleniu i biadolą, że żywność droga, ale potrafią wyciąć pół lasu i postawić na jego miejscu bloki i parkingi. Nad całym tym wariactwem rozpościera się gruba warstwa poprawności politycznej, dzięki której można udawać, że jesteśmy cywilizowanym społeczeństwem, które dba o planetę, nie śmieje się z blondynek, pomaga biednym dzieciom z telewizora i nie zna takich pojęć jak przemoc domowa, nepotyzm czy wyprzedzanie na trzeciego. Co to ma wspólnego ze sprzętem audio? Otóż jego producenci również zaczęli poddawać się presji otoczenia i wytwarzać urządzenia, które nie wywołują żadnych emocji. Mówię przede wszystkim o warstwie brzmieniowej, ale nie tylko. Nuda, panie, nuda! Spójrzcie chociażby na produkowane dziś zestawy głośnikowe i porównajcie ich kształt z odjazdowymi projektami z ubiegłego wieku. Jeżeli obecnie znajdziecie kolumny, które prezentują się choć trochę oryginalnie, prawdopodobnie będą kosztowały co najmniej kilkadziesiąt tysięcy złotych. Za rozsądne pieniądze kupimy wyłącznie prostopadłościenne skrzynki w trzech kolorach do wyboru - czarnym, białym i orzechowym. Dźwięk prawie na bank będzie totalnie bezpieczny. Neutralny, równy, nijaki, może z lekko podkreślonym basem. A gdzie jakieś wodotryski? Gdzie cechy, które kojarzyliśmy na przykład z daną manufakturą albo przynajmniej ze "szkołą brzmienia" charakterystyczną dla wybranego regionu geograficznego? Coraz trudniej jest coś takiego znaleźć. Na szczęście nie wszyscy poddali się tej modzie. Jedną z firm, które mają w nosie poprawność polityczną i opinie innych, jest Triangle. W ubiegłym roku manufakturze z Soissons stuknęła czterdziestka, w związku z czym Francuzi postanowili zrobić sobie i swoim klientom wyjątkowy prezent. Zamiast prezentować światu nowy model flagowy, wypuścili jubileuszowe wersje dwóch bestsellerów - monitorów Comète i trójdrożnych podłogówek Antal.

Bowers & Wilkins działa w branży wysokiej klasy sprzętu audio od ponad 50 lat. W tym czasie ten brytyjski producent zdążył zaznaczyć swoją obecność na rynku audiofilskich zestawów głośnikowych, systemów kina domowego, głośników przewodowych oraz słuchawek - zarówno nausznych czy wokółusznych, jak i dokanałowych. W odróżnieniu od swojego odwiecznego rywala z Saint-Étienne, firma założona przez Johna Bowersa i Roya Wilkinsa nie przypuściła ataku na słuchawkowy Mount Everest. Podczas gdy Focal wprowadzał hi-endowe Utopie oraz kolejne odmiany ich nieco tańszych odpowiedników, Brytyjczycy mocno stąpali po ziemi, udoskonalając modele wycenione o wiele rozsądniej i przeznaczone do codziennego użytku, nawet w podróży czy podczas dojazdów do pracy. Nie zmienia to faktu, że słuchawki tej marki od samego początku prezentowały się luksusowo. Co ciekawe, Bowers & Wilkins nie ma w zwyczaju zalewać rynku dziesiątkami nowych modeli. W aktualnym katalogu oprócz dokanałówek PI3, PI4, PI5 i PI7 znajdziemy tylko dwie "duże" konstrukcje - nauszne PX5 i wokółuszne PX7.

Trudno w to uwierzyć, ale pierwszy odtwarzacz cyfrowych plików audio został stworzony jeszcze w ubiegłym tysiącleciu. MPMan F10 oferował zawrotną pojemność 32 lub 64 MB, co jak na tamte czasy i tak dawało duże pole manewru. Rosnąca w zastraszającym tempie popularność formatu MP3 spowodowała, że producenci sprzętu zwietrzyli szansę zarobku. Praktycznie z miesiąca na miesiąc pojawiały się nowe odtwarzacze oferujące coraz większą pojemność. W przeciągu kilku lat od premiery modelu F10 została złamana granica 1 GB, później część odtwarzaczy została wyposażona w kolorowe wyświetlacze, obsługę plików MP4 i inne gadżety mające niewiele wspólnego ze słuchaniem muzyki. Biznes wyhamował w momencie, gdy producenci telefonów komórkowych doszli do wniosku, że wyposażenie nowych modeli w funkcję odtwarzania empetrójek nie będzie dla nich dużym problemem. Już niebawem smartfony miały przejąć rolę wielu innych urządzeń, bez których wielu z nas nie wyobrażało sobie życia. Pojawiły się nawet modele zbudowane z myślą o miłośnikach dobrego brzmienia. Mimo to, producenci przenośnych odtwarzaczy plików audio nie dali się wyeliminować, dostarczając wymagającym użytkownikom sprzęt, którego możliwości coraz mocniej zahaczały o to, z czym wcześniej można było spotkać się wyłącznie w aparaturze stacjonarnej. Playery wyposażone w audiofilskie przetworniki, mocne układy wzmacniające i pojemną pamięć z możliwością rozszerzenia o kolejne karty microSD pozwoliły audiofilom zrealizować niedostępne wcześniej marzenie - rozkoszowanie się brzmieniem plików hi-res poza domem, i to za pośrednictwem słuchawek, których nie był w stanie napędzić żaden smartfon.

Nie będę ukrywał, że Yamahę darzę olbrzymim sentymentem. Moim pierwszym zestawem stereo będącym czymś więcej niż radiomagnetofon lub marketowa wieża był model CRX-330 z kultowej serii PianoCraft. Mimo ponad dziesięciu lat na karku ten system micro nadal jest w pełni sprawny i nawet mimo intensywnego użytkowania nie przydarzyła mu się żadna awaria. Drugim sprzętem japońskiego producenta, z którego korzystam praktycznie codziennie, jest zestaw głośników sieciowych MusicCast 20. Tutaj również mogę opisywać go w samych superlatywach, podkreślając niesamowitą wygodę użytkowania oraz mobilność. Gdzieś po drodze na testy trafił do mnie jeszcze gramofon MusicCast VINYL 500, który również bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, jednak ze względu na bardzo ubogą kolekcję płyt winylowych nie stałem się jego właścicielem. Mając tak pozytywne dotychczasowe doświadczenia z elektroniką tej marki, z radością przyjąłem informację o możliwości przetestowania najnowszego modelu słuchawek - YH-E700A.

Szukając wzmacniacza zintegrowanego lub systemu all-in-one w cenie do dziesięciu tysięcy złotych, wielu audiofilów zacznie zastanawiać się nad odsłuchem takich urządzeń jak Hegel H95, Atoll IN200 Signature, NuPrime IDA-16, Primare I15 Prisma, Naim Uniti Atom, a może nawet Unison Research Simply Italy albo Cary Audio Xciter. Intuicja podpowiada, że lepiej mieć najtańszego Hegla, Naima lub Primare'a niż najdroższego Marantza, Denona, Cambridge'a albo Rotela. Ale czy na pewno? Logiczna analiza argumentów za i przeciw zdaje się wskazywać zupełnie inny kierunek. Specjaliści od sprzętu z wyższej półki za 8000-10000 zł proponują nam małe, skromnie wyposażone wzmacniacze, w których wnętrzu coraz częściej kryje się końcówka mocy pracująca w klasie D, a przednia ścianka może być nawet wykonana z plastiku. Marki kojarzone z tańszymi integrami i amplitunerami najczęściej są skłonne za te same pieniądze oddać w nasze ręce dużego, ciężkiego, obładowanego gniazdami kloca, który prezentuje się przy tamtych pudełeczkach jak zawodnik z zupełnie innej ligi. Przy okazji dostaniemy pewnie szereg przydatnych funkcji i trzycyfrową moc.

Nie mam już pomysłu na to, jak zacząć test kolejnych kolumn marki Pylon Audio. Od biedy mógłbym coś wymyślić, ale mam wrażenie, że polskiej manufaktury nikomu nie trzeba już przedstawiać. Słyszał o niej każdy, kto w ostatnim czasie stanął przed wyborem zestawów głośnikowych. Poświęcając na poszukiwania chociaż dziesięć minut, nie da się na te produkty nie trafić, a kiedy się już trafi, nie sposób nie wziąć ich pod uwagę. Sam przetestowałem już modele Topaz 20, Pearl 25, Sapphire 31, Diamond Monitor, Pearl 27, Ruby 25 mkII i Ruby Monitor, dodatkowo Corale 25 zrecenzował Adam Widełka, Opale 20 - Jacek Stobiecki, Diamondy 25 - Witek Szwacki, a zaprojektowane we współpracy z naszą redakcją Sapphire'y 31 StereoLife Edition grzecznościowo opisał Dawid Grzyb, aby i ten test był w miarę obiektywny. W międzyczasie Jacek Stobiecki przygotował jeszcze prezentację firmy, a kilka miesięcy temu opublikowaliśmy poradnik o ustawianiu kolumn, stworzony wspólnie z Pylonem i wydany również w wersji papierowej. Jeśli się nad tym zastanowić, nie mamy na koncie tylko dwóch rzeczy - wywiadu i lotu w kosmos. Do tego pierwszego z pewnością kiedyś dojdzie, a do drugiego już dawno by doszło, gdyby ekipa z Jarocina zamiast zestawów głośnikowych postanowiła budować rakiety.

Quadral to niemiecka firma specjalizująca się w produkcji zestawów głośnikowych. Przedsiębiorstwo zostało założone w 1971 roku, jednak wówczas nie zajmowało się jeszcze wytwarzaniem kompletnych urządzeń, ale importem komponentów elektronicznych. Dopiero dziesięć lat później komuś przyszedł do głowy pomysł, aby korzystając z dostępnych części, zaprojektować i zbudować bezkompromisowe kolumny. Jak powszechnie wiadomo, jeśli nasi zachodni sąsiedzi wpadną na jakiś śmiały pomysł, realizują go z godną podziwu konsekwencją i starannością, dlatego ich pierwszy projekt wyglądał jak audiofilski odpowiednik 80-cm działa kolejowego "Schwerer Gustav". Wprowadzony na rynek w 1981 roku model Titan był mierzącym półtora metra i ważącym 115 kilogramów wolnostojącym zestawem głośnikowym wyposażonym w podwójną linię transmisyjną. W skrzyni wielkości lodówki zamontowano 32-cm woofer, 12-cm głośnik średniotonowy i wstęgowy tweeter dostarczony przez Isophona. Imponujący flagowiec pozwolił hanowerskiej manufakturze wejść na rynek z przytupem i przyciągnąć uwagę klientów - nawet tych, których na takie kolumny nie było stać - a przy okazji zapracował na siebie, bowiem był produkowany w dziewięciu różnych wersjach i wciąż pozostaje punktem odniesienia zarówno dla innych modeli Quadrala, jak i hi-endowych zestawów innych marek.

Temat polskiego sprzętu audio działa na melomanów jak papierek lakmusowy. Teoretycznie nie jesteśmy w tej dziedzinie jakąś potęgą, choć kiedy pięć lat temu znajomy poprosił mnie o pomoc w przygotowaniu profesjonalnego raportu dotyczącego rodzimych producentów audiofilskiej aparatury, sam byłem w szoku, jak wiele firm znalazło się na tej liście i jakie wnioski można było wysnuć z poszczególnych tabelek i wykresów zawartych w tym opracowaniu. W przypadku aż 39% badanych firm ich właściciele przyznali, że spółka powstała dlatego, że mogła zaoferować produkty lepsze niż konkurencja. 28% polskich producentów sprzętu audio rozpoczęło swoją działalność dzięki pomysłowi na innowacyjne rozwiązanie, którego do tej pory nie było na rynku. Autorzy publikacji pokusili się o stworzenie przykładowego systemu zbudowanego z urządzeń pochodzących wyłącznie od polskich producentów. Cena tego zestawu sięgnęła 682000 zł, a chyba i tak nie była to najbardziej rozbudowana konfiguracja, jaką można ułożyć z klocków wytwarzanych nad Wisłą. Jeśli chodzi o klientów, myślę, że wciąż można podzielić ich na trzy albo cztery grupy. Pierwsza to patrioci, którzy uważają, że zawsze trzeba sięgać po polskie produkty bez względu na to, czy kupujemy pomidory, materiały budowlane czy wzmacniacze. Druga to audiofile, którzy mają pozytywne doświadczenia z elektroniką wyprodukowaną w naszym kraju i nie kupują jej na zasadzie "dobre, bo polskie", tylko "dobre, bo dobre". Trzecia grupa to umiarkowani sceptycy, którzy twierdzą, że nigdy nie należy sugerować się marką, lokalizacją fabryki albo recenzją takiego czy innego magazynu, a wszystko trzeba oceniać samodzielnie. I wreszcie czwarta to ludzie, którzy z jakichś względów są do polskich wyrobów uprzedzeni i wychodzą z założenia, że lepiej kupić sprzęt brytyjski, niemiecki, francuski, amerykański, japoński lub skandynawski. Rynek jest jednak tak chłonny, że wiele krajowych manufaktur prosperuje całkiem dobrze. Od czasu do czasu którejś z nich udaje się zabić zagranicznej konkurencji i samym audiofilom takiego ćwieka, że wszyscy zastanawiają się, czy ktoś przypadkiem nie pomylił się w obliczeniach. Tylko czy coś z tego wynika?

Zeszłoroczny wybuch pandemii praktycznie z dnia na dzień przemeblował codzienne życie większości z nas. Drastycznej modyfikacji uległa znaczna część planów, również tych związanych chociażby z urlopem. Marzenia o dalekich podróżach trzeba było odłożyć na kolejne lata. W związku z tym pojawił się pewien dodatkowy budżet, który można było "zamrozić" na poczet przyszłych wycieczek lub ewentualnie przeznaczyć na inne cele, jak zakup sprzętu muzycznego do domu. O takich zakupach pomyślało wielu z nas, co w pewnym momencie doprowadziło do sporych problemów z dostępnością towaru u dystrybutorów. Jednak w przypadku pracy zdalnej (i nie tylko) warto było czekać, aby stać się posiadaczem sprzętu umilającego czas spędzany w domu. W przypadku niektórych rodzin i deficytu pomieszczeń w mieszkaniu, sytuacja zaczęła robić się niewesoła. I tu w pomocą przyszły słuchawki, które pozwalały domownikom zamknąć się w swoim muzyczno-pracowniczym świecie.

Kiedy brytyjska manufaktura zaprezentowała pierwszą generację Muso, wierni miłośnicy sprzętu tej marki nie mogli zrozumieć, co to za cudo, dlaczego wygląda tak nowocześnie i po jaką cholerę w ogóle firma znana z produkcji sprzętu dla ortodoksów pakuje się w coś takiego. W ich świecie wprowadzenie hi-endowego wzmacniacza zintegrowanego lub systemu typu all-in-one było niepotrzebnym eksperymentem, odejściem od purystycznej elektroniki w kierunku wygodnictwa. W Salisbury ktoś jednak w porę zdał sobie sprawę z tego, że na kurczowym trzymaniu się ekscentrycznych rozwiązań i chęci zadowolenia najwierniejszych fanów daleko się nie zajedzie. Naim mógłby na pewno wciąż produkować wyłącznie dziwaczne klocki wyposażone w gniazda, które reszta świata uważa za przestarzałe, ale zamiast rozwijać się, po pewnym czasie zapewne zacząłby się powoli zwijać. Postanowiono więc porzucić pielęgnowane dziesiątki lat schematy i tak powstał pierwszy w historii Naima jednoczęściowy głośnik sieciowy. "Co za szajs, jakiś soundbar, wiocha i tandeta!" - krzyknęli audiofile. "Piękny sprzęt, ale pięć tysięcy za radio to stanowczo za drogo." - stwierdzili melomani, dla których punktem odniesienia jest kino domowe z supermarketu. Z komentarzy wynikało, że ludzie podzielili się w tej sprawie na dwa obozy, a ciekawy pomysł tak naprawdę do nikogo nie trafił. Na szczęście pierwsze wieści z frontu zupełnie temu zaprzeczały. Muso sprzedawał się jak ciepłe bułeczki. Gdzieś pomiędzy dwiema skrajnymi grupami musiała wykiełkować trzecia. Klienci świadomi istnienia obu tych światów wreszcie dostali połączenie audiofilskiego dźwięku i supermarketowej wygody w jednym, niezwykle eleganckim opakowaniu. Wkrótce głośniki z serii Muso i systemy all-in-one z serii Uniti stały się filarami sprzedaży Naima.
Piotr