
Nie mam już pomysłu na to, jak zacząć test kolejnych kolumn marki Pylon Audio. Od biedy mógłbym coś wymyślić, ale mam wrażenie, że polskiej manufaktury nikomu nie trzeba już przedstawiać. Słyszał o niej każdy, kto w ostatnim czasie stanął przed wyborem zestawów głośnikowych. Poświęcając na poszukiwania chociaż dziesięć minut, nie da się na te produkty nie trafić, a kiedy się już trafi, nie sposób nie wziąć ich pod uwagę. Sam przetestowałem już modele Topaz 20, Pearl 25, Sapphire 31, Diamond Monitor, Pearl 27, Ruby 25 mkII i Ruby Monitor, dodatkowo Corale 25 zrecenzował Adam Widełka, Opale 20 - Jacek Stobiecki, Diamondy 25 - Witek Szwacki, a zaprojektowane we współpracy z naszą redakcją Sapphire'y 31 StereoLife Edition grzecznościowo opisał Dawid Grzyb, aby i ten test był w miarę obiektywny. W międzyczasie Jacek Stobiecki przygotował jeszcze prezentację firmy, a kilka miesięcy temu opublikowaliśmy poradnik o ustawianiu kolumn, stworzony wspólnie z Pylonem i wydany również w wersji papierowej. Jeśli się nad tym zastanowić, nie mamy na koncie tylko dwóch rzeczy - wywiadu i lotu w kosmos. Do tego pierwszego z pewnością kiedyś dojdzie, a do drugiego już dawno by doszło, gdyby ekipa z Jarocina zamiast zestawów głośnikowych postanowiła budować rakiety.

Quadral to niemiecka firma specjalizująca się w produkcji zestawów głośnikowych. Przedsiębiorstwo zostało założone w 1971 roku, jednak wówczas nie zajmowało się jeszcze wytwarzaniem kompletnych urządzeń, ale importem komponentów elektronicznych. Dopiero dziesięć lat później komuś przyszedł do głowy pomysł, aby korzystając z dostępnych części, zaprojektować i zbudować bezkompromisowe kolumny. Jak powszechnie wiadomo, jeśli nasi zachodni sąsiedzi wpadną na jakiś śmiały pomysł, realizują go z godną podziwu konsekwencją i starannością, dlatego ich pierwszy projekt wyglądał jak audiofilski odpowiednik 80-cm działa kolejowego "Schwerer Gustav". Wprowadzony na rynek w 1981 roku model Titan był mierzącym półtora metra i ważącym 115 kilogramów wolnostojącym zestawem głośnikowym wyposażonym w podwójną linię transmisyjną. W skrzyni wielkości lodówki zamontowano 32-cm woofer, 12-cm głośnik średniotonowy i wstęgowy tweeter dostarczony przez Isophona. Imponujący flagowiec pozwolił hanowerskiej manufakturze wejść na rynek z przytupem i przyciągnąć uwagę klientów - nawet tych, których na takie kolumny nie było stać - a przy okazji zapracował na siebie, bowiem był produkowany w dziewięciu różnych wersjach i wciąż pozostaje punktem odniesienia zarówno dla innych modeli Quadrala, jak i hi-endowych zestawów innych marek.

Temat polskiego sprzętu audio działa na melomanów jak papierek lakmusowy. Teoretycznie nie jesteśmy w tej dziedzinie jakąś potęgą, choć kiedy pięć lat temu znajomy poprosił mnie o pomoc w przygotowaniu profesjonalnego raportu dotyczącego rodzimych producentów audiofilskiej aparatury, sam byłem w szoku, jak wiele firm znalazło się na tej liście i jakie wnioski można było wysnuć z poszczególnych tabelek i wykresów zawartych w tym opracowaniu. W przypadku aż 39% badanych firm ich właściciele przyznali, że spółka powstała dlatego, że mogła zaoferować produkty lepsze niż konkurencja. 28% polskich producentów sprzętu audio rozpoczęło swoją działalność dzięki pomysłowi na innowacyjne rozwiązanie, którego do tej pory nie było na rynku. Autorzy publikacji pokusili się o stworzenie przykładowego systemu zbudowanego z urządzeń pochodzących wyłącznie od polskich producentów. Cena tego zestawu sięgnęła 682000 zł, a chyba i tak nie była to najbardziej rozbudowana konfiguracja, jaką można ułożyć z klocków wytwarzanych nad Wisłą. Jeśli chodzi o klientów, myślę, że wciąż można podzielić ich na trzy albo cztery grupy. Pierwsza to patrioci, którzy uważają, że zawsze trzeba sięgać po polskie produkty bez względu na to, czy kupujemy pomidory, materiały budowlane czy wzmacniacze. Druga to audiofile, którzy mają pozytywne doświadczenia z elektroniką wyprodukowaną w naszym kraju i nie kupują jej na zasadzie "dobre, bo polskie", tylko "dobre, bo dobre". Trzecia grupa to umiarkowani sceptycy, którzy twierdzą, że nigdy nie należy sugerować się marką, lokalizacją fabryki albo recenzją takiego czy innego magazynu, a wszystko trzeba oceniać samodzielnie. I wreszcie czwarta to ludzie, którzy z jakichś względów są do polskich wyrobów uprzedzeni i wychodzą z założenia, że lepiej kupić sprzęt brytyjski, niemiecki, francuski, amerykański, japoński lub skandynawski. Rynek jest jednak tak chłonny, że wiele krajowych manufaktur prosperuje całkiem dobrze. Od czasu do czasu którejś z nich udaje się zabić zagranicznej konkurencji i samym audiofilom takiego ćwieka, że wszyscy zastanawiają się, czy ktoś przypadkiem nie pomylił się w obliczeniach. Tylko czy coś z tego wynika?

Zeszłoroczny wybuch pandemii praktycznie z dnia na dzień przemeblował codzienne życie większości z nas. Drastycznej modyfikacji uległa znaczna część planów, również tych związanych chociażby z urlopem. Marzenia o dalekich podróżach trzeba było odłożyć na kolejne lata. W związku z tym pojawił się pewien dodatkowy budżet, który można było "zamrozić" na poczet przyszłych wycieczek lub ewentualnie przeznaczyć na inne cele, jak zakup sprzętu muzycznego do domu. O takich zakupach pomyślało wielu z nas, co w pewnym momencie doprowadziło do sporych problemów z dostępnością towaru u dystrybutorów. Jednak w przypadku pracy zdalnej (i nie tylko) warto było czekać, aby stać się posiadaczem sprzętu umilającego czas spędzany w domu. W przypadku niektórych rodzin i deficytu pomieszczeń w mieszkaniu, sytuacja zaczęła robić się niewesoła. I tu w pomocą przyszły słuchawki, które pozwalały domownikom zamknąć się w swoim muzyczno-pracowniczym świecie.

Kiedy brytyjska manufaktura zaprezentowała pierwszą generację Muso, wierni miłośnicy sprzętu tej marki nie mogli zrozumieć, co to za cudo, dlaczego wygląda tak nowocześnie i po jaką cholerę w ogóle firma znana z produkcji sprzętu dla ortodoksów pakuje się w coś takiego. W ich świecie wprowadzenie hi-endowego wzmacniacza zintegrowanego lub systemu typu all-in-one było niepotrzebnym eksperymentem, odejściem od purystycznej elektroniki w kierunku wygodnictwa. W Salisbury ktoś jednak w porę zdał sobie sprawę z tego, że na kurczowym trzymaniu się ekscentrycznych rozwiązań i chęci zadowolenia najwierniejszych fanów daleko się nie zajedzie. Naim mógłby na pewno wciąż produkować wyłącznie dziwaczne klocki wyposażone w gniazda, które reszta świata uważa za przestarzałe, ale zamiast rozwijać się, po pewnym czasie zapewne zacząłby się powoli zwijać. Postanowiono więc porzucić pielęgnowane dziesiątki lat schematy i tak powstał pierwszy w historii Naima jednoczęściowy głośnik sieciowy. "Co za szajs, jakiś soundbar, wiocha i tandeta!" - krzyknęli audiofile. "Piękny sprzęt, ale pięć tysięcy za radio to stanowczo za drogo." - stwierdzili melomani, dla których punktem odniesienia jest kino domowe z supermarketu. Z komentarzy wynikało, że ludzie podzielili się w tej sprawie na dwa obozy, a ciekawy pomysł tak naprawdę do nikogo nie trafił. Na szczęście pierwsze wieści z frontu zupełnie temu zaprzeczały. Muso sprzedawał się jak ciepłe bułeczki. Gdzieś pomiędzy dwiema skrajnymi grupami musiała wykiełkować trzecia. Klienci świadomi istnienia obu tych światów wreszcie dostali połączenie audiofilskiego dźwięku i supermarketowej wygody w jednym, niezwykle eleganckim opakowaniu. Wkrótce głośniki z serii Muso i systemy all-in-one z serii Uniti stały się filarami sprzedaży Naima.

W ostatnich latach możemy zaobserwować bardzo dynamiczny rozwój segmentu sprzętu audio do użytku codziennego. W łatwy sposób możemy dobrać odpowiednie urządzenie do konkretnych potrzeb. I tak jeśli szukamy czegoś, co umili nam muzycznie czas na wyjazdach i jednocześnie nie będzie zajmować pół plecaka, z pomocą przyjdą nam głośniki przenośne, takie jak chociażby JBL Flip czy Charge. I o ile rozwiązanie to świetnie sprawdzi się w terenie, tak w domu może się okazać niewystarczające. Przenośny głośnik nie zda egzaminu, gdy będziemy chcieli obejrzeć film z dźwiękiem lepszej jakości niż ten z telewizora. W takiej sytuacji powinniśmy raczej wybrać soundbar, który z kolei nie wypadnie najlepiej podczas słuchania muzyki. Błędne koło, prawda? Przy powyższym scenariuszu od razu nasuwa się jedno rozwiązanie - zakup kilku urządzeń do konkretnych celów. Przy nieograniczonym budżecie i dużej powierzchni mieszkaniowej będzie to z pewnością najlepsza opcja, jednak wielu z nas ma ograniczenia - zarówno finansowe, jak i przestrzenne. Producenci elektroniki wyszli naprzeciw oczekiwaniom i tej grupy docelowej (swoją drogą chyba największej) i stworzyli rozwiązanie, które będzie w stanie zaspokoić większość potrzeb "domowych". Jednocześnie nadal będzie to sprzęt na tyle mobilny, że możliwe będzie przewiezienie go do domu letniskowego lub na imprezę do znajomych bez rozbierania połowy umeblowania. Przedstawicielem takiego rodzaju rozwiązania jest bohater dzisiejszego testu - Audioengine HD6.

Nie jest tajemnicą, że branża audio nie należy do najbardziej innowacyjnych. Postęp techniczny i zmiany trendów, i tak napędzane w dużej mierze przez siły zewnętrzne, widać tu wprawdzie wyraźniej niż w wielu innych dziedzinach naszego życia, ale do wyścigu zbrojeń znanego z rynku komputerów, smartfonów i telewizorów jeszcze sporo nam brakuje. Producenci audiofilskiej aparatury starają się przyciągać naszą uwagę chwytliwymi sloganami, jednak niektórzy posuwają się zdecydowanie za daleko. Ich zdaniem przełomowym wynalazkiem może być na przykład głośnik z zawieszeniem pofałdowanym w nietypowy sposób lub wzmacniacz, w którym zastosowano nowy typ lamp mocy. Co za absurd, prawda? Tego typu patenty być może mają wpływ na brzmienie, ale poza tym nie zmieniają absolutnie nic. Nie czynią systemu stereo mniejszym, bardziej wydajnym, sprytniejszym ani bardziej ekologicznym. Nie zmieniają naszego sposobu słuchania muzyki, nie dają nam żadnych nowych narzędzi, nie pozwalają nam myśleć inaczej o ustawieniu sprzętu w pokoju odsłuchowym. Doświadczeni melomani w ogóle takich rewolucji nie potrzebują, a większości klientów wystarczy spokojna ewolucja - świadomość, że ich nowy sprzęt będzie pod jakimś względem lepszy od poprzedniego. Przyjrzyjmy się zatem nowoczesnym wzmacniaczom i systemom typu all-in-one. Jakie elementy tu powtarzają? W warstwie wizualnej - luksusowy minimalizm i piękne wyświetlacze, w konstrukcyjnej - przetworniki, łączność sieciowa i końcówki mocy pracujące w klasie D, w software'owej - kompatybilność z popularnymi usługami muzycznymi i asystentami głosowymi, w technologicznej - multiroom, możliwość rozbudowy systemu o kolejne klocki, zgodność z systemami automatyki domowej oraz praktyczne dodatki, jak systemy korekcji akustyki pomieszczenia. Producentom takich klocków wydaje się, że są kapitanami okrętu wpływającego na nieznane wody, że surfują na fali cyfrowej rewolucji, że robią coś, czego nie odważył się zrobić nikt inny. Wszyscy podążają jednak ścieżką, którą wiele, wiele lat temu wytyczył Peter Lyngdorf.

Ken Ishiwata to postać, która audiofilom jednoznacznie kojarzy się z marką Marantz. Jako starszy menedżer produktu i ambasador firmy, Ken używał swoich uszu i doświadczenia inżynierskiego do pracy z zespołami projektowymi w Europie i Japonii po to, aby wprowadzać poprawki w urządzeniach, które i tak zasługiwały na wysokie noty. Charyzmatyczny Japończyk stał się specjalistą od - jeśli można to tak ująć - fabrycznego tuningowania komponentów stereo, a produkty opatrzone jego inicjałami pozostają poszukiwanymi na rynku wtórnym perełkami. Ken oceniał każdy nowy produkt Marantza w swoim pokoju odsłuchowym w Eindhoven. Od czasu do czasu zauważał urządzenie, które miało potencjał, aby brzmieć jeszcze lepiej. Takie produkty, po kompleksowej kuracji polegającej zwykle na poprawie jakości kluczowych komponentów, zyskiwały dopisek Special Edition lub KI Signature. Ostatnimi takimi perełkami, a właściwie rubinami, wypuszczonymi na rynek przez Marantza, były odtwarzacz SA-KI Ruby oraz wzmacniacz zintegrowany PM-KI Ruby - piękne klocki z wygrawerowanym podpisem konstruktora, upamiętniające 40-lecie jego współpracy z tą marką.

Marzeniem wielu audiofilów zawsze były kolumny i słuchawki elektrostatyczne. Dla większości niespełnionym, bo zestawy głośnikowe zbudowane w tej technologii wymagają bardzo mocnego wzmacniacza oraz wyjątkowej dbałości o akustykę pomieszczenia odsłuchowego i ustawienie samego sprzętu, natomiast nauszniki wykorzystujące drgającą folię zamiast tradycyjnych membran są po prostu drogie i, podobnie jak kolumny, potrzebują odpowiedniego napędu - zazwyczaj w formie urządzenia, które należy traktować jako nierozłączny element zestawu. Dlatego zdecydowana większość miłośników wysokiej klasy sprzętu grającego pozostała przy tradycyjnych przetwornikach dynamicznych, za szczyt ekstrawagancji uznając kupno kolumn z tweeterem AMT. O ile w przypadku pełnowymiarowych systemów stereo można było jeszcze leczyć fascynację elektrostatami na różne sposoby, na przykład wybierając magnetostaty lub dipole zbudowane na bazie głośników dynamicznych, o tyle w świecie nauszników pole manewru było praktycznie żadne. Dostawaliśmy to, co oferowali nam producenci, a ci raczej nie rwali się do eksperymentowania z nowymi technologiami. W pewnym momencie pojawiły się jednak zupełnie nowe możliwości, bo kilku śmiałych ludzi powiedziało "dość!" i postanowiło stworzyć słuchawki konstrukcyjnie zbliżone do elektrostatów, ale zdecydowanie tańsze i na tyle uniwersalne pod względem elektronicznym, aby można było je wysterować za pomocą dowolnego wzmacniacza, a nawet audiofilskiego odtwarzacza przenośnego. Audiofile szybko się do nich przekonali. I nie powstrzymało ich nawet to, że te pierwsze słuchawki planarne, choć tańsze od elektrostatów Staxa czy słynnych Orpheusów Sennheisera, wciąż kosztowały więcej niż nauszniki wykorzystujące przetworniki dynamiczne.

Czasami sam nie mogę się nadziwić, jak bardzo audiofile muszą się nagimnastykować, aby cieszyć się dostępem do nowoczesnych rozwiązań technicznych. W porządku, nie wszyscy miłośnicy słuchania muzyki na wysublimowanym sprzęcie tego potrzebują. Niektórzy mają w głębokim poważaniu wszystko poza gramofonami, drogimi wkładkami, wzmacniaczami lampowymi, kolumnami tubowymi i innymi wynalazkami, których równie dobrze mogliby używać czterdzieści lat temu. Nie ma w tym nic złego. Brzmienie takiego sprzętu ma w sobie coś szczególnego, co niełatwo jest powtórzyć dzisiejszym konstruktorom. Wielu melomanów chce jednak iść z duchem czasów, bo przecież na coś ten cały postęp musi się przekładać, umożliwiając nam chociażby kontakt z muzyką zapisaną w studyjnej jakości, na przykład w formie gęstych plików. I tu zaczynają się schody... Aby oglądać filmy i seriale w najwyższej rozdzielczości, wystarczy kupić w miarę rozsądny telewizor, wykupić dostęp do jednego z popularnych serwisów strumieniowych i rozsiąść się na kanapie z pilotem w dłoni. Z muzyką, z jakiegoś powodu, zazwyczaj nie jest tak prosto. A to wybrane przez nas urządzenie nie obsługuje serwisu oferującego streaming gęstych lub przynajmniej bezstratnych plików, a to okazuje się, że oprócz sprzętu trzeba będzie kupić całkiem kosztowne oprogramowanie, które następnie będziemy musieli zainstalować na jakimś innym urządzeniu, którego też nie mamy, a ostatecznie dowiadujemy się, że najlepszy dźwięk dadzą nam pliki DSD, które będzie trzeba przechowywać na dysku w domu, wybór tytułów w tym formacie jest bardzo ograniczony, a jeśli już znajdziemy płytę, która nam się spodoba, za jej pobranie zapłacimy kilkadziesiąt dolarów.
Igor